Rozdział 65. Nad Kanałem


Tony siedział przy biurku w gabinecie i zajmował się papierkową robotą. Miał już za sobą raport do dowódcy skrzydła na temat skuteczności bojowej dywizjonu i zatwierdził wniosek inżyniera o przysłanie nowego zapasu smarów. Teraz odpowiadał na wezwanie do niezwłocznego ukarania zachowującego się skandalicznie podoficera Monteitha. Zastanawiał się nad doborem słów, by uprzejmie, ale stanowczo poinformować wyższy szczebel, że w tej jednostce nie służy żaden Monteith i nigdy nie służył, gdy wtem od strony drzwi ktoś strzelił obcasami.
– Porucznik Joiner melduje przyprowadzenie samolotu! – powiedział wyprężony na baczność oficer w granatowej kurtce z futrzanym kołnierzem.
– Samolotu? – powtórzył kapitan Scolding, wstając z miejsca. – Doskonale, czekam już dość długo.
Wstał, by powitać nowo przybyłego. Joiner wyglądał młodziej niż piloci z eskadry, może w istocie nie był specjalnie młodszy, ale jego wygląd nie zdradzał wojennego zmęczenia, które sam Tony znał aż za dobrze. Pilot mówił z nieco robotniczym akcentem, więc mógł pochodzić już z awansu wojennego.
– Z daleka pan do nas przyleciał? – upewnił się Scolding.
– Z Felixstowe, panie kapitanie.
– Aż z Felixstowe? W takim razie powinien pan odpocząć.
– To niekonieczne, przecież leciałem tylko nieco ponad godzinę.
– Nie szkodzi, po locie należy się coś ciepłego. Proszę iść do mesy oficerskiej, tam wydadzą panu coś do zjedzenia.
– Tak jest, panie kapitanie.
Tony wyprowadził Joinera na korytarz, żeby wskazać mu drogę do mesy, a sam zamierzał obejrzeć nową maszynę.
– Swoją drogą, słyszał pan jakieś nowiny z bazy w Chopham? – zapytał, gdy schodzili po schodach.
– Nie za bardzo. Coś kojarzę, że mieli ostatnio jakiś pogrzeb, bo jeden z oficerów się spalił.
– Który? – spytał Scolding, gorączkowo się zastanawiając, czy chodziło o kogoś z nie tak dawnych towarzyszy. Czy to był Traylor? Może Mildrum?
– Niestety, nie wiem szczegółowo, koledzy rozmawiali u nas przy śniadaniu.
– Trafiony czy zapalił się podczas lądowania?
– Zasnął z zapalonym papierosem. Głupia śmierć, nie?
– A która niby jest mądra… – mruknął Tony. To mógł być Nesbitt, on całkiem dużo palił. Ale może ktoś zupełnie inny, kogo przysłali dopiero po wyjeździe eskadry.
Od kiedy jego short sam się rozłożył w powietrzu na kawałki nad basenem portowym, kapitan nie miał własnej maszyny. Znów musiał się dzielić samolotem z Braeburnem, Dunmore’em czy porucznikiem Donaldsonem, nowym podwładnym Pieta Roelofsa w eskadrze B. Każda z maszyn miała indywidualne narowy i ustawiczne przesiadanie się z jednej do drugiej niezbyt Scoldingowi odpowiadało, ale nie zamierzał sam się przykuć do biurka. Nie po tym, jak przed paroma miesiącami potraktował go komandor Filgate. Dowódca po prostu musiał regularnie latać, choćby dla prestiżu i lepszego rozeznania w sytuacji jednostki, nawet jeśli na co dzień rutynowe zadania wykonywano parami czy nawet pojedynczymi samolotami, a nie siłami eskadry albo całego dywizjonu. Poza tym dla Tony’ego latanie było prawdopodobnie największą przyjemnością dostępną w sytuacji, gdy nie mógł się spotkać z Emily.
Tak czy inaczej, służba w Dunkierce polegała zazwyczaj na patrolowaniu kanału i linii wybrzeża oraz obrzucaniu bombami niemieckich okrętów podwodnych. Od czasu do czasu zdarzały się bombardowania celów naziemnych i instalacji portowych w okupowanej Belgii czy współpraca z artylerią, za to walki powietrzne należały ostatnio do rzadkości, nie tylko ze względu na złą pogodę. Cały splendor spływał na stacjonującą również w mieście „Morską Siódemkę”, czyli 7. Skrzydło, wyposażone w myśliwce. Tymczasem Tony i jego podwładni wykonywali zadania bardziej żmudne i mniej opiewane, ale nie mniej potrzebne.
Kiedy kapitan znalazł się nad basenem, Angus i mechanicy właśnie oglądali nowo przybyły hydroplan, wyciągnięty na nabrzeże. Scolding ze zdziwieniem zauważył, że samolot jest pod każdym względem mniejszy od shortów: krótszy, niższy i o węższych skrzydłach. W jego sylwetce było coś niepokojąco znajomego, od czego prawie przeszedł go dreszcz.
– Co to za maszyna? – zapytał zdziwiony. – Wygląda coś karłowato.
– Friedrichshafen trzydziesty trzeci – odpowiedział inżynier, który stał na brzegu z nogą opartą o poler i nadzorował prace. – Tamten porucznik przekazał mi dokumentację techniczną.
– Mam latać na zdobycznym sprzęcie? – nie dowierzał Tony. – Jeszcze mnie omyłkowo zestrzelą!
Niemiecki hydroplan został przemalowany według brytyjskich wzorów, na kolor oliwkowozielony, z niebiesko-biało-czerwonym sterem kierunku i trójkolorowymi znakami rozpoznawczymi na burtach. Jednak sama jego sylwetka mogłaby skłonić nerwowego brytyjskiego strzelca, który dotąd widywał takie maszyny tylko w charakterze przeciwnika, do odruchowego ściągnięcia spustu. Scolding odebrał od inżyniera teczkę z dokumentami, przejrzał pobieżnie. Wyglądało na to, że friedrichshafen miał słabszy silnik niż reszta samolotów w dywizjonie i osiągał mniejszą prędkość. I co tu z nim teraz począć?
– Znowu nie mieli shortów na zbyciu – zauważył inżynier.
– No to nie mogli mi przysłać sopwitha albo czegoś na kołach? – zapytał Tony z rozdrażnieniem. – Tak słabo już stoi nasz park maszynowy, że muszą łatać dziury zdobycznym sprzętem?
– Będzie problem z częściami zamiennymi, kapitanie – zauważył inżynier.
– Jak zawsze, kiedy w jednej jednostce służy kilka różnych modeli – odparł Scolding. – Szczególnie zagranicznych. Nie ma rady, będziemy musieli wabić Niemców na naszą stronę frontu i zestrzeliwać na części.
Bosman Angus siedział w kokpicie pilota i zajmował się regulacją przyrządów. Tony nie od razu go dostrzegł, bo przedni kokpit schowany był w cieniu górnego płata, podczas gdy w shortach znajdował się bardziej z tyłu.
– Czy on ma radio? – zawołał Scolding.
– W Felixstowe wprawili mu nadajnik naszego wzoru, panie kapitanie! – odpowiedział szef mechaników.
– No, przynajmniej tyle dobrze. Jak z uzbrojeniem?
– Z tyłu jest obrotnica, więc będzie miejsce na lewisa. Z przodu był niemiecki kaem zamontowany na stałe, ale chłopy w Felixstowe go zdemontowali.
– W takim razie załóżcie karabin dla obserwatora – zdecydował Tony. – Za dwie godziny ma być gotowy.
Przeszedł się w zamyśleniu wzdłuż nabrzeża, docierając do pomostu, gdzie stała zacumowana maszyna Dunmore’a. Na kadłubie widniał świeżo wykonany złotą farbą napis: „Adela”. Co zrobić z takim prezentem od dowództwa? Zostawić „fryca” dla siebie czy oddać go innej załodze, a jeśli tak, to której? Może w ogóle nie używać w służbie czynnej, tylko przeznaczyć do zadań pomocniczych albo trzymać w rezerwie? Musiał się zastanowić, ale najpierw należało sprawdzić, jak ten samolot się prowadzi.
           
W mesie Henry Vincent wpatrywał się w rozłożoną na stoliku mapę wybrzeża, mierząc coś na palcach. Dunmore czyścił służbowy rewolwer, którego części rozłożył obok spustoszonego talerza, Howlett czytał gazetę, a obok porucznik Joiner jadł zupę, żeby się pokrzepić przed powrotnym rejsem do Anglii. Braeburn z Borkerem byli na patrolu, podobnie jedna z załóg eskadry B. Porucznik Crane wrócił niedawno z urlopu zdrowotnego i dołączył do kolegów.
– No, Dwunastu Apostołów, jak się dziewczynie podobał naszyjnik? – zagadnął Pieter Roelofs.
Crane dorobił się ostatnio przezwiska „Dwunastu Apostołów”, bo po powrocie z lotu bojowego nad flandryjskim wybrzeżem wyciągnięto mu z uda dwanaście odłamków. Kazał je oprawić w srebro i zrobić naszyjnik, a jadąc na urlop, zawiózł narzeczonej.
– Była pod wrażeniem, kapitanie – odparł. – Powiedziała, że to bardzo oryginalny prezent, taki prosto z serca.
– Jakby on był prosto z serca, tobyś już z nią nie rozmawiał – wtrącił Dunmore.
– Metafora, człowieku! – obruszył się obserwator. – Ślub planujemy na wiosnę. Gdybym dostał urlop, to chcieliśmy jechać w podróż poślubną do Tipperary, ale po tym, co się ostatnio wyprawiało w Irlandii, jakoś mi się odechciało.
– No i słusznie, bo długa jest droga do Tipperary.
– Irlandia, proszę kolegów, byłaby pięknym krajem, gdyby nie mieszkało tam tylu Irlandczyków – wtrącił Joiner.
– Wytłumaczy mi ktoś, co oznacza słowo „zblośny”? – zapytał z irytacją Howlett zza gazety. – Nic nie rozumiem z tej współczesnej poezji.
Do mesy wszedł Tony. Z zadowoleniem odnotował obecność Henry’ego, ale w pierwszej kolejności spojrzał na Dunmore’a, składającego już z powrotem swoją broń boczną.
– Adela? – zapytał podejrzliwie.
– Wiedziałem! – Vincent uderzył pięścią w blat. – Zamiast do Paryża, wybrał się spryciarz do Portsmouth, teraz nie ma wątpliwości, dlaczego.
– Ta Adela, o której myślę? – nie dowierzał Tony. – Panna Blakeley? Przecież ona w ogóle nie umie śpiewać!
– Gdyby chodziło mi o śpiew, tobym kupił bilet do teatru – odparł Northumbryjczyk. – A ona jest przeurocza, tylko nikt nie zadał sobie trudu, żeby się o tym przekonać.
– Ciarki mnie przechodzą na myśl, co może oznaczać „przeurocza” według twoich pojęć – powiedział Crane.
– Do tej pory traciłem czas na zaloty wobec panien, które nie traktowały mnie poważnie – stwierdził refleksyjnie Dunmore, chowając złożony rewolwer do kieszeni. – Zadzierały nosa, bo cały świat je przekonywał, że są najwspanialsze w okolicy. A tu dziewczyna ciągle słyszy, jaka jest beznadziejna, krytycy ją niszczą, primadonna nią gardzi, jeszcze mówiła, że ojciec ją surowo traktuje. Tylko ja ją szanuję i ona to docenia.
– Ty ją wykorzystujesz! – oburzył się Howlett.
– Nic podobnego – zaprotestował Dunmore. – Wszystko odbywa się za obustronną zgodą i jest bardzo zadowolona.
– W tym właśnie rzecz! Poszłaby w ogień za każdym, kto jej powie coś miłego, a ty, Dunmore, cynicznie wykorzystujesz jej niskie mniemanie o sobie.
– Nieprawda.
– A więc sypiasz z nią ze współczucia. To jeszcze gorzej, niż gdybyś otwarcie ją wykorzystywał.
– Co ci przeszkadza moje życie miłosne? Nauczycielskie nawyki z ciebie wyłażą, Howlett, ciągle byś mnie tylko pouczał.
– Bo ty jesteś po prostu… zblośny!
– Wystarczy tego dobrego! – Tony zakończył narastającą kłótnię. – Wszyscy trzej, będę was potrzebował za dwie godziny. Mam maszynę do oblatania.

O wyznaczonej porze obie załogi spotkały się w porcie, gdzie samoloty, nowy friedrichshafen i stary short Dunmore’a, stały już w gotowości na wodzie, ogonami do nabrzeża. Przez ten czas Angus zdążył zainstalować lewisa uratowanego ze starej maszyny Tony’ego na obrotnicy w tylnym kokpicie. Braeburn i Borker wrócili tymczasem z patrolu i mechanicy zajmowali się też ich maszyną.
– Mam zamiar przetestować tego Niemca – zwrócił się Tony do Dunmore’a. – To właściwie nie patrol ani swobodne polowanie, więc bardzo proszę bez ekstrawagancji, panowie. Was zabieram po to, żebyście nas na wszelki wypadek ubezpieczali.
Dunmore i Howlett poszli do swojego hydroplanu, z pomocą Avery’ego zapuścili silnik. Scolding z Vincentem zajęli miejsca w zdobycznej maszynie. Trochę dziwnie było siedzieć w środku płata zamiast za nim, zmieniało to pole widzenia przy rozglądaniu się w dół i na boki, ale Tony nie miał wątpliwości, że za jakiś czas przywyknie.
– Ubrałeś się cieplej? – upewnił się. – Tu nie ma wtyczki do podłączenia elektrycznych gaci. Angus powiedział, że może ją założyć, ale dopiero jutro się z tym upora.
– Domyśliłem się – odparł Henry, sprawdzając radiostację. – Nie mam zapasowego bębna do karabinu?
– To tylko lot próbny. W razie czego towarzyszy nam Dunmore z podwójną porcją.
Silnik friedrichshafena zawarczał, śmigło zaczęło wirować, mechanik Pegg uciekł z zasięgu skrzydeł. Hydroplan oderwał się od pomostu, zwinnie prześlizgnął po wodzie i już po chwili był w powietrzu, wyprzedzając majestatycznego shorta z Northumbryjczykiem za sterami. Kapitan Scolding wziął kurs na północny zachód, wzdłuż wybrzeża.
Od kiedy James Foy przysłał Tony’emu partię podgrzewanej elektrycznie bielizny według projektu swego szwagra, inżyniera Penrose’a, lotnicy dywizjonu używali jej w czasie lotów, a czasem i na ziemi. Efekty były zróżnicowane. Scolding nie miał zastrzeżeń, a Henry był zadowolony, że w końcu ciepło mu w powietrzu bez konieczności zakładania grubszej odzieży, krępującej swobodę ruchów. Za to Donaldsona popieścił kiedyś prąd, w kalesonach Roelofsa ciągle przepalały się obwody, a Evan Borker za pierwszym razem doznał poparzeń, bo założył elektryczne gacie na gołe ciało zamiast na normalne kalesony, i od tej pory nie pałał entuzjazmem do testowania tego wynalazku. Wieczorami wadliwe egzemplarze oglądał Angus. Pomagał mu nowy znajomy, francuski marynarz Ly, który okazał się wykwalifikowanym elektrykiem – wspólnie naprawili kilka usterek i przekazali swoje uwagi dowódcy. Tony miał już prawie gotowe sprawozdanie, które Foy mógłby potem odesłać szwagrowi, żeby ten mógł wprowadzić zmiany w projekcie.
Tymczasem leciał nad wodami kanału La Manche. Z prawej miał ziemię francuską, a dalej ostatni wolny kawałek Belgii, gdzie na mokradłach trzymała się dzielnie armia króla Alberta. W oddali majaczyła, wijąc się od wybrzeża ku dalekiemu południowi, bruzda wyorana stalowym pługiem Marsa: linia frontu. Za tą potworną niwą, nad brzegiem morza, rozciągała się Ostenda, gdzie przed ponad rokiem Henry odniósł swoją pierwszą ranę. W ostatnich tygodniach kapitan Scolding kilkakrotnie latał w tamtą stronę, wykonując zadania bojowe, korygując ogień brytyjskich okrętów czy artylerii polowej, ale tym razem nie zamierzał się tam zapuszczać.
Za każdym razem, kiedy natrafiał w przestworzach na niemieckie hydroplany, wydawały mu się znacznie szybsze i zwinniejsze od ciężkiego, statecznego shorta. Ale gdy sam usiadł za sterami jednego z nich, wcale nie odczuwał takiego wrażenia. Dopiero po kilku minutach przyzwyczaił się do różnic w sterowaniu i polu widzenia. Synchronicznie z maszyną Dunmore’a zaczął wykonywać różne manewry, żeby sprawdzić, do czego nowy samolot jest zdolny. Friedrichshafen miał niższą prędkość maksymalną, ale istotnie nadrabiał zwrotnością. Za to mniejsze rozmiary oznaczały również mniejszy udźwig, szczególnie po zamontowaniu radiostacji i karabinu. Czy w ogóle miałoby sens używanie tej ptaszyny do bombardowań? Tony uznał, że lepiej będzie przeznaczyć ją ściśle do celów rozpoznawczych albo do eskortowania shortów lecących z ładunkiem bomb. Mimo wszystko miał uzasadnione obawy, że na ostatecznej decyzji zaważy dopiero zachowanie hydroplanu w boju.
Tym razem jednak nie doszło do kontaktu bojowego i niedobrana para hydroplanów zawróciła nad belgijskim terytorium, nie dostając się w zasięg nieprzyjacielskiego lotnictwa. Wkrótce po powrocie Tony’ego na patrol wyleciał Roelofs, biorąc sobie do pomocy trzeciego z pilotów eskadry B, którego nazwiska Scolding nigdy nie mógł zapamiętać. Dzień upływał na pozbawionym dramatycznych zdarzeń, rutynowym patrolowaniu.
Z Henrym też było wyraźnie lepiej. Odkąd wrócił z Portsmouth, nie wyglądał na tak przybitego jak wcześniej, choć nie spotkał panny Dryden.
– Linda nie pisała? – upewnił się Tony, kiedy zdejmowali odzież lotniczą w pomieszczeniu zaadaptowanym na szatnię.
– Niestety… – Vincent pokręcił głową. – Ale przynajmniej wiem, że mnie nie porzuciła, nadal kocha i za jakiś czas się odezwie.
Pozostawała wprawdzie niepokojąca zagadka: co właściwie przeraziło Lindę na tyle, że uciekła z miasta, zacierając za sobą wszelkie ślady? Mimo to po przeczytaniu listu pozostawionego u teatralnej krawcowej Henry poczuł taką ulgę, że ten problem na razie nie spędzał mu snu z oczu.
– Mam nadzieję, że do ślubu się odnajdzie – przemówił – bo jeżeli nie, to kto wam zaśpiewa? Chyba nie powinniśmy liczyć na to, że Dunmore przywiezie pannę Blakeley…
– Wypluj te słowa! – przeraził się Scolding. – To znaczy, przywieźć ją może, nie mam nic przeciwko temu, ale niech ona w żadnym wypadku nie śpiewa.
Zamknął szafkę i wyszedł na schody. Vincent szybko dotrzymał mu kroku.
– A jeśli jednak nie zdąży? – zapytał z niepokojem. – Zostało półtora miesiąca.
– Nie może w nieskończoność siedzieć pod kamieniem. Poza tym wspominałem Emily o takiej możliwości i odpisała, że ten jej szalony wujcio ma znajomych chórzystów.
– W Walii każdy ma znajomych chórzystów. Żeby tylko znowu nie przyszło mu do głowy coś takiego jak wtedy z indyjską armatą…
Wyszli na zewnątrz. Powiało jesiennym chłodem i Henry poprawił golf wystający spod kołnierza kurtki. Naprzeciwko, za rogiem magazynu, Dave Upton i Ron Boswell, zamaszyście gestykulując, rozmawiali z marynarzem o orientalnej fizjonomii, w którym czerwony pompon na czapce od razu pozwalał rozpoznać Francuza.
– Stoimy w obliczu miażdżącej przewagi liczebnej – stwierdził Tony. – Emily, a raczej jej matka, ściągnie na tę uroczystość pół Walii, a z mojej strony tylko rodzice, nieliczne kuzynostwo, ty z Lindą, Dunmore z panną Blakeley i Foy z żoną.
– Abu Asifa przypadkiem nie dojedzie? Poza tym przydałby się od nas ktoś stanu wolnego, żeby wziął na siebie Cordelię, zwłaszcza gdybym miał jednak przyjechać bez Lindy.
– Zabrałbym Braeburna, ale nie mogę nadmiernie ogołacać dywizjonu. Ktoś przecież musi pełnić służbę, nawet pod koniec grudnia.
Henry’emu wkrótce potem przypadała wachta, więc udał się na stanowisko oficera dyżurnego. Porucznik Joiner załapał się tymczasem w porcie na torpedowiec idący do Margate. Scolding zajrzał do mechaników, zamienił parę słów z inżynierem, wysłuchał raportu Roelofsa o eskadrze B. Potem znalazł gdzieś wśród budynków Dunmore’a i poszli zajrzeć do sterowców.
Gdy dotarli na miejsce, uwagę Tony’ego zwróciła leżąca wzdłuż ściany wielkiego hangaru sflaczała powłoka jednej z maszyn. Wokół niej krzątali się mechanicy. Sprawiała dość żałosne wrażenie i była nieco osmalona. Kapitan dostrzegł grupę zasępionych oficerów zgromadzonych na schodach sąsiedniego budynku i skierował się w tamtą stronę. Jamesa Foya wśród nich nie było, choć stał jego kolega, komandor podporucznik Muir.
– Czołem – przywitał się Scolding. – Foy na pokładzie?
Spojrzeli na niego surowo, jakby powiedział coś niewłaściwego.
– To nie słyszeliście? – zapytał Muir. – Fryc go dostał przed dwiema godzinami.
– O w skrzynkę… – warknął Dunmore i wściekle rzucił czapką o ziemię.
– Jak to się stało? – zapytał Tony, czując, jak jego żołądek staje się ciężki, a z tyłu głowy pęcznieje mieszanka niedowierzania i beznadziejności.
– Normalnie. Polecieli szukać U-bootów, a tu nagle Hunowie. Nasi się ostrzeliwali, ale sukinsyn musiał chyba walić rozpryskową amunicją. Jednego z załogi załatwił na miejscu, drugi ranny. Kapitan Foy zdołał wylądować, ale już stracił za dużo krwi i… sanitariuszowi na rękach.
– I wiecie to na pewno? Jak to w ogóle możliwe, żeby Foy… – Scolding był całkiem zagubiony.
Przez głowę przelatywały mu różne myśli, rozmaite wspomnienia chaotycznie wypływały na wierzch, bez jakiegokolwiek porządku. Znali się z Foyem jeszcze ze szkolenia, potem oni z Dunmore’em zostali przy samolotach, a on dostał przydział do sterowców. Sporo się przez tamten czas od siebie oddalili, ale jakieś kontakty co jakiś czas utrzymywali. No  jeszcze Foy ich uratował, kiedy z Henrym dryfowali po morzu. To był ogromny dług, Tony zdołał go częściowo spłacić, ale drugi raz zabrakło go przy koledze.
– Trzeba wykreślić nazwisko z listy gości – przemówił głuchym tonem, nie zdając sobie sprawy, jak to zabrzmiało.
James dopiero co się ożenił, załatwił sobie przeniesienie, żeby być bliżej żony, ale potem rzucili go do Flandrii. Był zaproszony razem z nią. Przyjedzie sama, czy ze względu na żałobę w ogóle nie? I to też Walijka. A co, pomyślał Tony, jeśli ja będę następny? Emily pęknie serce… Gdyby wybrał się na regularny patrol, zamiast bawić się w testowanie nowej maszyny, może by znów wyratował dawnego towarzysza z opałów… Tylko musiałby wylecieć parę godzin wcześniej i wziąć ten sam kurs. Nie mógł tego przewidzieć, zresztą jego jednostka nie miała w zakresie obowiązków eskortowania sterowców, ale czuł się źle ze świadomością, że mógłby jeszcze raz przypadkiem natknąć się na zagrożonego Foya, a tego nie zrobił, bo się złożyło tak, a nie inaczej.
Tony zrobił krok do przodu i zachwiał się. Dunmore uspokajająco wziął go pod ramię. Dla niego te wieści też były szokiem.
– Miałem mu niedługo przekazać raport o bieliźnie – odezwał się Scolding – żeby wysłał temu swojemu inżynierowi szwagrowi. I teraz nic z tego.
– Wyślij pocztą – zasugerował Northumbryjczyk.
– Niby jak? „Bardzo mi przykro z powodu śmierci Jamesa, wszyscy bardzo go ceniliśmy, najszczersze kondolencje dla żony, a przy okazji coś panu powiem o tych pana elektrycznych gaciach”? To idiotyczne.
– Ja bym do niego pojechał, przekazać jedno i drugie osobiście. Mogę to zrobić, jeśli nie masz czasu.
Nie, pomyślał Tony, muszę to zrobić osobiście, bo to ja zmarnowałem znajomość zaraz po tym, jak zaczęło się wydawać, że ją odnowiliśmy. Myśli dalej kotłowały mu się w głowie bez większego porządku. Jechać do samego Cardigan? Za długa przerwa w służbie. Prędzej będzie polecieć. ale i tak służba mu na to nie pozwoli, gdyby nawet po drodze mógł zajrzeć do Emily. Zresztą, czy inżynier Penrose w ogóle siedzi w Walii? Chyba Foy mówił jednak ostatnim razem – tak, naprawdę ostatnim – coś o fabryce w Middlesex. Tony nie spotkałby się w takim razie z Emily, ale przynajmniej załatwiłby sprawę szybko. Jeszcze łatwiej byłoby przekazać komuś to zadanie… Ale czy wtedy zostałoby wykonane porządnie?
Dopiero wczoraj rozmawiał z Foyem, gdy ten wpadł ich odwiedzić w porze obiadowej, jak zawsze ze smukłą, łagodnie zakrzywioną fajką w ustach i jakimś powieścidłem w kieszeni kurtki. Trudno uwierzyć, że już nie przyjdzie. Tak samo, jak przedtem nie wierzył w to, że już nie ma Sinclaira, Matthewsa, Reynoldsa… Powinien był się już przyzwyczaić do takiego uczucia, ale za każdym razem i znów było zaskakujące.
Znów spojrzał na Dunmore’a, potem na Muira i pozostałych.
– Gdzie on jest? – powtórzył. – Chodźmy oddać honory.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz