sobota, 1 lipca 2017

Rozdział 50. Nowe zasłony


Odjeżdżając z Aberlogwyn, Henry Vincent niemal fizycznie czuł, że z jego barków zniknął ogromny ciężar. Nie trzeba już było tak bardzo zamartwiać się o Tony'ego. Emily zrobiła na poruczniku jak najlepsze wrażenie i mógł być pewien, że przez najbliższe dni to ona zadba o jego przyjaciela. Sama też będzie potrzebować pomocy, dając kapitanowi Scoldingowi pole do popisu, aby nie wykończyło go jego potężne poczucie obowiązku.
- Trzeba przyznać, że świetnie się bawiłem – stwierdził Dunmore, gdy siedzieli już w pociągu, a jego koła dudniły im pod butami.
- Mimo że tamten dzierżawca uderzył cię po kieszeni za twój wybryk z armatą? – zapytał Henry.
- Bez kosztów nie ma prawdziwej zabawy! – uznał Northumbryjczyk z niekłamaną satysfakcją. – Tylko ta panna Harris… Taka piękna, a ze mną w ogóle nie chciała gadać. Jakaś nieprzystępna.
- Co takiego? Odniosłem zupełnie przeciwne wrażenie.
- No właśnie. Że do ciebie panny lgną, to nic dziwnego, ale dlaczego wszystkie rude wspaniałości ignorują mnie?
- Ona i tak ma narzeczonego – zauważył Vincent. – I podobno jest to jeden z naszych. To znaczy pilot z RNAS.
- Może Traylor? – Dunmore wypuścił z siebie groteskowy chichot. – Wyobrażasz sobie?
- Nie jest to niemożliwe, w końcu Traylor cały czas się przechwala narzeczoną. I ciągle opowiada, że pojechał ją odwiedzić, a jej nie było.
- Wcale się jej nie dziwię.
- Odstawiliśmy Tony'ego w dobre ręce i mamy jeszcze dwa tygodnie – porucznik zmienił temat. – Co zamierzasz?
- Muszę się porządnie połajdaczyć przed końcem urlopu. W końcu nie wiadomo, dokąd nas teraz wyślą.
- Mało ci tej whisky od pani Knight? Jeszcze rano byłeś bliski umarcia.
- Samo picie to jeszcze nie jest prawdziwe łajdaczenie się.
Kiedy dotarli do Bristolu, Dunmore poszedł w miasto, by zrealizować swój obmierzły plan. Henry tymczasem półtorej godziny czekał na kolejny pociąg. Wieczorem udało mu się wysiąść na dworcu w Portsmouth.
Niedzielny wieczór nie obfitował w możliwości rozrywki, ale zawsze można było pójść coś zjeść. Decyzja przyszła Henry'emu tym łatwiej, że umówił się z Lindą na obiad, tradycyjnie w restauracji hotelu Speedwell. „Historyczny” stolik, przy którym się poznali, był tym razem zajęty, Vincent usiadł więc przy sąsiednim. Wpatrywał się beznamiętnie w lampy, obrazy na ścianach, twarze innych gości, i czekał.
Ale Linda nie przychodziła, choć minęła już wyznaczona godzina. Na pewno coś jej wypadło, trzeba było poczekać. Henry nie miał powodu do obaw – porę spotkania ustalił z Lindą dość luźno, biorąc pod uwagę, że może, na przykład, przyjechać do Portsmouth z opóźnieniem. Im dłużej jednak czekał, tym bardziej się niepokoił. A może jednak nie przyjdzie? Może jego wyznanie o Josephine ją zniechęciło?
- Czy chciałby pan już coś zamówić, poruczniku? – usłyszał nagle głos nad swym lewym ramieniem.
Henry uniósł głowę i ku swemu zaskoczeniu dostrzegł obok blondynkę z długimi warkoczami. Miała na sobie granatową jedwabną suknię, ozdobioną misternymi haftami wykonanymi złotym bajorkiem. Nie dał się zwieść. Zanim jeszcze rozpoznał twarz, zdradziła ją charakterystyczna intonacja, z jaką mówiła „poruczniku”.
- Lindo, twoje włosy… – przemówił zdumiony.
- Oskalpowałam Adelę! – zawołała panna Dryden, aż jakiś mężczyzna przy sąsiednim stoliku się obejrzał. – Nie, żartuję, założyłam perukę, żeby cię zaskoczyć, ale się nie dałeś.
- Nie bez przyczyny jestem obserwatorem – zauważył Cejloński Storczyk.
Linda dosiadła się, zajmując krzesło naprzeciwko niego.
- Nie muszę chyba mówić, jak bardzo mi cię brakowało przez te trzy dni?
- Przypuszczam, że wprost strasznie.
- Ale wiedziałam, że szybko wrócisz. Jesteś już na dobre w moich sidłach, poruczniku.
Jej stwierdzenie nie było gołosłowne. Henry poczuł, jak pod stołem jego noga dostaje się w żelazny uścisk… Zrobiło mu się gorąco, gotów był nawet posunąć się do poluzowania kołnierzyka.
- Tyle na razie musi mi wystarczyć – Linda uśmiechnęła się szelmowsko. – Przeklęte normy społeczne!
Doczekali się w końcu kelnera i zamówili dwudaniowy obiad.
- Czemu ze wszystkich restauracji w Portsmouth chodzimy akurat do tej, w której nie podają wina? – zapytał Henry.
- Z sentymentu – stwierdziła panna Dryden, trzepocząc rzęsami. – A o wino się nie martw, dziś go nam jeszcze nie zabraknie.
W oczekiwaniu na zamówienie opowiedziała o swoim ostatnim angażu. Okazało się, że w New Theatre Royal nawaliła jedna z głównych aktorek i w piątek dyrektor przekonał Lindę, by zagrała Titanię w „Śnie nocy letniej” Szekspira. Premiera jeszcze się nie odbyła. Na próbach wszyscy mówili, że panna Dryden wypada całkiem dobrze, lecz ona sama patrzyła na swoją kreację bardziej krytycznie. Zawsze wolała operę niż dramat, a śpiew, a nie grę aktorską, uważała za swoje właściwe powołanie, ale niedawno przydarzyły jej się spore wydatki i potrzebowała pieniędzy.
Po jakimś czasie kelner w końcu przyniósł obiad. Choć Henry od wyjazdu z Aberlogwyn właściwie nic nie jadł, nie od razu rzucił się na posiłek. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Lindę, podziwiając, z jaką gracją pije herbatę i jak ślicznie przeżuwa. Po chwili zaczął jeść, w przerwach snując opowieść o tym, jak eskortował Tony'ego na urodziny jego wybranki. Panna Dryden słuchała z zainteresowaniem.
- Jestem z ciebie naprawdę dumna – powiedziała, gdy opowiedział o decyzji, by pozostawić kapitana Scoldinga na dłużej w rękach ukochanej.
- To jest Royal Navy, moja droga – odparł Vincent. – Wspieramy jedni drugich. We wszystkim. A Tony w towarzystwie Emily był tak szczęśliwy, że po prostu nie miałbym sumienia zapakować go z powrotem do samochodu.
- Kiedy przyprowadziłeś go na obiad, jakoś było po nim widać, że cierpi. Mówisz, że jest poprawa?
- I to widoczna gołym okiem.
- Powinniśmy się kiedyś spotkać wszyscy razem, we czwórkę. Towarzysze broni i damy ich serc.
- Pod pewnymi względami wszyscy czworo jesteśmy towarzyszami broni.
- Trudno się nie zgodzić… – stwierdziła Linda, uroczo wspierając podbródek na splecionych dłoniach. – Skoro już mianowałam się damą twojego serca, powinnam ci jeszcze dać jakiś podarunek, który będzie ci o mnie stale przypominał. Na razie przyjmij to.
Przesunęła coś po blacie w jego kierunku. Henry przyjrzał się. Były to dwa klucze na żelaznym kółku. Pytająco spojrzał na Lindę.
- To od mieszkania – wyjaśniła. – W razie urlopu nie masz gdzie się podziać na stałym lądzie, więc traktuj je jako swoje. Przychodź, kiedy chcesz, nawet jeśli mnie akurat nie będzie. To nie prośba, to rozkaz.
- Lindo – wykrztusił oszołomiony Vincent – proponujesz, żebyśmy… zamieszkali razem?
- Coś w tym rodzaju! – panna Dryden szeroko się uśmiechnęła. – Wiem, że moja propozycja jest obcesowa, ale nic na to nie poradzę, taka już moja natura.
- Ale to jakoś tak dziwnie… – Henry nagle poczuł, jak w jego wnętrzu zakłopotanie przepycha się z ekscytacją.
- Najdroższy poruczniku, wyczyniałeś już ze mną rzeczy, których mogłaby mi pozazdrościć połowa obywatelek Imperium Brytyjskiego od Aberdeen do Singapuru, a teraz nagle się wstydzisz?
- Wtedy byłem gościem – porucznik Vincent skonkretyzował swoją niepewność. – A na stałe to jakby co innego.
- To moi dawni wielbiciele byli gośćmi – odrzekła z naciskiem. – I nigdy nie pozwalałam im o tym zapominać. A ty powinieneś czuć się u mnie jak w domu. Moje mieszkanie jest mniejsze od Cejlonu i nie tak słoneczne, ale zadbam o to, żeby przynajmniej było gorąco. Ten duży jest od bramy, żebyś dozorcy głowy nie zawracał.
- Jak długo… mogę zostać? – zapytał lekko zdezorientowany Henry.
- Na zawsze! – oznajmiła rozpromieniona. – Chyba że, oczywiście, po wojnie postanowisz wrócić do Josephine i wziąć się ostro za obdarzanie swoich rodziców całą drużyną wnuków. Ale w takim razie będę musiała znaleźć was i popełnić zbrodnię z zazdrości. A chyba nie chcesz, żeby twoja Linda trafiła do więzienia?
- Raczysz sobie żartować – obruszył się Henry. – Nic mnie z nią nie łączy poza machinacjami moich i jej rodziców. Nawet nie wiem, jaki jest jej ulubiony kolor.
- A wiesz chociaż, jaki jest mój? – zapytała zalotnie.
- Purpurowy - wypalił Vincent bez namysłu, choć właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiał.
- Znasz mnie lepiej niż ja sama! – zachichotała. – Nie mogę się doczekać, kiedy mi przypomnisz, jak głęboko już zdążyłeś mnie poznać.
Henry spojrzał w jej rozświetloną z radości twarz.
- Czy mógłbym się nie zgodzić w takich okolicznościach?
- Spróbowałbyś, teraz, kiedy wreszcie kupiłam nowe zasłony, akurat pod kolor twoich oczu!
- Gratuluję sukcesu – rzekł Vincent, pamiętając, że wymiana zasłon była wydatkiem, który planowała już od dawna.
- Ale nie traktuj mojego zaproszenia jako oświadczyn – dodała Linda. – Po prostu chcę cię mieć blisko siebie. A poza tym, czyż sama w sobie, bez żadnych ceremonii, nie jestem wystarczająco wspaniała?
- Najwspanialsza – odparł Henry zgodnie z ustalonym rytuałem.
Ich twarze, spragnione wzajemnej obecności, zbliżyły się do siebie. Vincent ani się spostrzegł, gdy jego wiedzione miłosnym magnetyzmem usta zatonęły w karminowych wargach panny Dryden. Chłonął z nich zmysłowy żar tak łapczywie, jakby rozłąka trwała trzy lata, a nie trzy dni. Przechylał twarz w jedną i drugą stronę, pragnąc skosztować Lindy pod nieco innym kątem; ocierali się przy tym nosami. Linda nasycała swe pocałunki pełnią gorącej ekstazy, unosiła się na jej falach, wprost frunęła, zapewniając ukochanego w bardzo bezpośredni sposób o swych uczuciach. Ale ciągle było jej mało, do rozszalałych warg dołączył gorący język, pieszcząc żywiołowo usta Henry'ego. Odruchowym gestem złapała go za głowę. Porucznik sięgnął pod stół, chwycił Lindę za kostkę i przyciągnął ku sobie, aż krzesło zgrzytnęło po podłodze.
- Przepraszam państwa – rozległ się głos – ale to jest, niestety, porządny lokal.
Oderwali się od siebie gwałtownie, równocześnie spoglądając na kelnera.
- Ach tak? – zapytała kpiąco panna Dryden, odgarniając za ucho kosmyk blond peruki. – A ja myślałam, że z tą waszą „wstrzemięźliwością” chodzi tylko o alkohol.
- Niestety – kelner wyglądał na równie zakłopotanego jak porucznik Vincent – dla ogólnego nastroju byłoby dobrze, gdyby… gdyby zechcieli państwo uprzejmie wyjść.

Kiedy zapłacili rachunek i znaleźli się na ulicy, Henry'emu, choć niby wyszedł z porządnego lokalu, trochę kręciło się w głowie. Z jednej strony rozpaliły go pocałunki Lindy, a z drugiej czuł wielkie rozczarowanie, że ta chwila czystej namiętności, tym gorętszej, że z konieczności skoncentrowanej na ustach, została nagle tak bezceremonialnie przerwana.
- Co za niemożliwy lokal – rzuciła panna Dryden przez zęby. – Żadnego szacunku dla bohatera wojennego!
- Tym razem trochę nas jednak poniosło – odparł Henry.
Zażenowanie mieszało się w nim z poczuciem rozbawienia, ostatecznie jednak to drugie zwyciężyło i nie był w stanie opanować wesołości. Linda tak samo, równocześnie z nim, wybuchnęła śmiechem, wprost zgięła się wpół i wsparła na wiernych ramionach Vincenta. Zdecydowanym ruchem ściągnęła perukę, odsłaniając swe czarne loki, tym razem starannie spięte.
- Nie martw się, takie już życie artystki – powiedziała, krztusząc się tłumionym śmiechem. – Czasem biorą mnie za ladacznicę i zaczepiają, zwłaszcza kiedy się zapomnę i wychodzę na ulicę w teatralnym kostiumie. Ale ja jestem w połowie Włoszką i w zęby dać umiem!
- Co robimy? – zapytał Henry.
- Najchętniej coś jeszcze bardziej niewłaściwego.
- Dobry pomysł.
- Mam nawet na myśli kilka możliwości – Linda uśmiechnęła się łobuzersko. – Chcesz obejrzeć nowe zasłony?

Henry leżał w łóżku i obserwował koronkowe cienie, jakie rzucała na sufit firanka w bladym świetle ulicznej lampy. Pościel wyglądała, jakby huragan się po niej przetoczył, a porucznik Vincent ten huragan właśnie tulił do siebie. Obejmował ramieniem plecy Lindy, jej głowa spoczywała na jego piersi. Było dziesięć po pierwszej. Nowe zasłony miały ładny kolor, nawet po ciemku.
- Zabierzesz mnie kiedyś na Cejlon? – mruknęła miękko.
- Na razie się tam nie wybieram. Z rodzicami jestem w nie najlepszych stosunkach.
- Zaiste, pewnie by się nie ucieszyli, gdybym dała na plantacji taki koncert jak przed chwilą.
- Chyba że poszlibyśmy nad rzekę – stwierdził Henry, bawiąc się jej włosami. – Ty byś się kąpała, a ja bym pływał dookoła i chronił cię przed krokodylami.
Zachichotała, wyciągnęła dłoń i dotknęła dwoma palcami jego nosa.
- Przecież nie musimy ich odwiedzać. Kiedy już będę śpiewaczką tak sławną, na ile zasługuję, przyjadę na tournée do Kolombo, Dżafny czy jakie tam jeszcze miasta macie.
- Trincomalee, Nuwara Eliya, Kandy… Nie, Kandy lepiej nie, za blisko domu. A znowu w okolicach Trincomalee można się natknąć na sama wiesz kogo.
- Nie wiem, Henry… – przyznała panna Dryden, nietypowo zawstydzona – ale czasami o tym za dużo myślę. Trochę mnie nawet cieszy, że mam coś w rodzaju rywalki. Jakby to było potwierdzenie, że dobrze wybrałam. A może po prostu lubię trudne wyzwania.
- Jeśli koniecznie chcesz mieć rywalkę, mogę ci opowiedzieć o pewnej egzaltowanej pannie, której niezgrabnych zalotów doświadczałem w Walii. Byleby tylko to nie była Josephine. Chcę o niej zapomnieć jak najszybciej.
- Przepraszam, nigdy wcześniej nie przeżywałam czegoś podobnego. Do czego ty mnie doprowadzasz, poruczniku…
Uniosła się na łokciach i ucałowała pierś Henry'ego w miejscu, gdzie przed chwilą spoczywał jej policzek. Vincent sięgnął po biodra Lindy, próbując przyciągnąć ją bliżej swej twarzy.
- Gdybyś mnie nawet zostawił, pewnie jakoś bym to zniosła – powiedziała. – Żyłabym dalej, szybko, olśniewająco i krótko jak meteor, bo serce by mi pękło przy pierwszej próbie wejścia na oktawę dwukreślną.
- Nie mam zamiaru cię zostawić. Nigdy.
- Nie boję się obcych kobiet – oznajmiła żarliwie. – Jako artystka mogę stać się każdą z nich, ale żadna z nich nigdy nie stanie się mną.
Henry wplótł palce w jej zachwycające loki.
- Z Cejlonem możemy się na razie wstrzymać, ale chętnie zabiorę cię do Włoch. Może do twojej Werony?
Linda lekko zachichotała, przeciągnęła się w sposób budzący w Vincencie dreszcz.
- W Weronie to znów ja nie chcę się pokazywać – oznajmiła. – Nagrabiłam sobie, dziewczęciem będąc. Ale do Wenecji czy Mediolanu – z przyjemnością! Chciałabym, żebyś zobaczył mnie kiedyś na deskach La Scali. Którejś pięknej nocy…
- A gdybyś tak najpierw rzuciła na kolana Covent Garden? – zaproponował Henry.
- To znakomity pomysł. Ale niech najpierw zeppeliny przestaną latać, boję się jeździć do Londynu.
- Możemy jeszcze spróbować ze Szkocją. Nie ma tam krokodyli!
- W odróżnieniu od Londynu – dodała Linda. – Nie będzie ci zimno tam na wrzosowiskach?
- Z tobą? Nigdy w życiu. Ciepło jest tam, gdzie jesteś ty.