Rozdział 62. Odsłonięcie




– A więc przed ślubem to całkowicie wykluczone? – westchnęła Emily.
Siedziała w głębokim fotelu, wpatrując się w ciemną sylwetkę po przeciwnej stronie dębowego biurka, odcinającą się na tle błękitnego prostokąta nieba za oknem. Właściciel dość ponurego gabinetu miał około sześćdziesięciu lat, dość tęgą sylwetkę i staromodną, przystrzyżoną brodę. Spoglądał na Emily przez okulary w mosiężnych oprawkach.
– Niestety, panno Knight – rozwiał jej wątpliwości. – Do lutego powinna się pani uzbroić w cierpliwość.
– Nastawiłam się już na grudzień – stwierdziła Emily rzeczowo, starając się uniknąć rozpaczy.
– Rozumiem, ale to siła wyższa – odrzekł uspokajająco William Skelton. –  Jeśli sterowiec zrzucający bombę na drukarnię nie jest przykładem siły wyższej, to nie wiem, co innego nim jest.
– Trudno się nie zgodzić, panie dyrektorze. Czy nie da się przyspieszyć wydania w inny sposób?
– Obawiam się, że nie. Termin lutowy jest realny, kiedy zawrzemy umowę z nową drukarnią, ale i tak pójdzie to szybciej niż przywrócenie starej do użytku. Nawiasem mówiąc, inni nasi autorzy też się znaleźli w takiej sytuacji, nie jest pani jedyna.
– Ale… kiedyś ta książka na pewno się ukaże?
Skelton zdjął okulary i wskazał nimi kąt pomieszczenia.
– Widzi pani ten kosz? Ląduje w nim dziewięćdziesiąt procent rękopisów, które do nas co miesiąc trafiają. Z pani książką jest inaczej, i to wcale nie dzięki referencjom z „Modern Herald”. Nawet pisząc proste historie dla prostych ludzi, warto mieć opanowane pewne podstawy, a pani ma nawet więcej. Krytycy nie będą się bić w restauracjach o rozbieżności interpretacyjne, ale paru tysiącom ludzi ta książka może sprawić przyjemność.
Emily nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie znała się na rynku wydawniczym, nie miała głowy do danych liczbowych i nie wiedziała, czy parę tysięcy to dużo, czy mało jak na debiut.
– Dziękuję, panie dyrektorze. Jestem debiutantką, więc nie do końca orientuję się w zwyczajach branży…
– W porządku, panno Knight. Nikt tu nie myśli, że dopiero wczoraj wzięła pani pióro do ręki.
– Jeszcze raz za wszystko dziękuję.
– Będziemy panią informować listownie o rozwoju sytuacji.
Po rozmowie z dyrektorem Skeltonem Emily wyszła na ulicę. Wydawnictwo stawiało na „proste historie dla prostych ludzi”, a więc musiała wyciąć z „Edyktu wielkiego peszwy” najbardziej kontrowersyjne fragmenty o tematyce społecznej, pozostawiając tylko dyskretne przytyki do europejskiego imperializmu. Może w przyszłości, kiedy wyrobi sobie markę, pozwoli swoim poglądom społecznym mocniej wybrzmieć. Na razie pracowała nad drugim tomem, w którym profesor Seap miał trafić do Singapuru, ale na tym etapie nie musiała się szczególnie spieszyć.
Ruszyła przed siebie powolnym, nierównym krokiem, podpierając się parasolką. Od czasu wypadku tylko raz była w Londynie. Powróciwszy do stolicy po raz pierwszy od dawna, nie czuła się komfortowo. Teraz, po dwóch tygodniach, już się trochę przyzwyczaiła, ale pierwsze dni były dla niej szokiem. To miasto było zbyt wielkie, działo się w nim za dużo i za szybko. Przewalające się tłumy ludzi były wręcz oszałamiająco ogromne. Dżentelmeni w restauracjach, klientki w sklepach, robotnicy, włóczędzy, jakieś orkiestry, samochody, rowery, tramwaje… W Londynie wrzało jak w piekielnym mrowisku i wojna niewiele tu zmieniła, choć dała się dostrzec na każdym kroku. Wszędzie widziało się urlopowanych żołnierzy, na ścianach wisiały patriotyczne plakaty i instrukcje postępowania na wypadek nalotu. Mijając któryś szpital, zauważyła rozwieszony nad ulicą transparent z napisem: „Zachowaj ciszę – ranni chcą odpoczywać”.
– No i jak było? – odezwała się Cordelia Harris.
Nadeszła z naprzeciwka, ubrana w malachitową suknię, której barwa doskonale kontrastowała ze starannie spiętymi rudymi włosami.
– Wydawca ma opóźnienie, bo mu drukarnię zbombardowali – wyjaśniła kwaśno Emily. – Do lutego nie mam się co spodziewać, że książka wejdzie na rynek. Nie będzie specjalnych prezentów dla gości ślubnych.
– Może to i lepiej? Mniej egzemplarzy rozdasz za darmo, to może więcej się sprzeda.
Poszły na dworzec, trzymając się pod ramię. Emily cieszyła się, że już wszystko załatwiła i może wracać do Southend-on-Sea, gdzie zgodnie z wcześniejszymi planami wynajęły domek nad morzem, trzy pokoje z kuchnią.
Zdecydowanie wolała swoją głuchą walijską prowincję niż wielkie miasto. Pani Knight jednak wstydziła się na razie pokazywać córkę publicznie, choć sprawa incydentu na werandzie lorda Conwaya w Pontyllaeth zakończyła się pomyślnie. Sąd wysłuchał zeznań wszystkich uczestników i ukarał grzywną Davida Rhysa jako prowodyra awantury. Niższe kary pieniężne ponieśli dwaj inni robotnicy rolni, brat lorda i jego lokaj, który próbował szarpać Emily. Tymczasem sama panna i trzeci z zatrzymanych parobków zostali oczyszczeni z zarzutów. Było jednak pewne, że notatka z rozprawy w najbliższych dniach pojawi się w lokalnej prasie. Dlatego już następnego ranka Emily wraz z Cordelią stały na peronie w Caerphilly, czekając na pociąg na wschód.
Po jakimś czasie panna Knight przywykła do niespiesznego, wczasowego trybu życia. Raz na tydzień jeździła z Cordelią do Londynu, by odwiedzić tamtejszą rezydencję Knightów. Sprawdzały, czy wszystko jest w porządku, czy dach nie przecieka, a okien ktoś nie powybijał. Panna Harris zaglądała do ogrodu, żeby nazbierać dzikiej róży, zaś Emily robiła inwentaryzację swoich ubrań zalegających z szafach. Większość z nich pochodziła jeszcze sprzed wypadku, więc należałoby oddać potrzebującym…
Większość czasu Emily spędzała w Southend. Flagową atrakcją miasta było najdłuższe na świecie molo dla spacerowiczów, ale okazało się ono za długie na jej kondycję. Nigdy nie zdołała dojść do końca, choć robiła co najmniej cztery podejścia. Całymi dniami przesiadywała na plaży, patrzyła na statki, a w jej głowie trwała wytężona praca nad drugą powieścią. Co wymyśliła, wieczorem przelewała na papier. Chodziła spać przed północą, podczas gdy Cordelia odnawiała swe londyńskie znajomości.
– Rumunia przystąpiła do wojny. Jeszcze jeden kraj wplątał się w to szaleństwo! – westchnęła Emily znad gazety, gdy już wróciły do domu. Chwilę wcześniej ścienny zegar wybił drugą po południu.
– Ja nawet nie wiem, gdzie ta Rumunia – przyznała panna Harris, po raz kolejny tego dnia rozczesując swe imponujące łany roztopionej miedzi. – Gdzieś koło Serbii?
– Mniej więcej.
– Kto by spamiętał te wszystkie bałkańskie państewka… Wiesz, że Lillian Marsh jest w mieście? Zastanawiam się, czy nie złożyć jej wizyty.
– To już jak uważasz – odparła Emily, nie zastanawiając się zbyt długo, kim właściwie może być Lillian Marsh. – Wiesz, że ja dzisiaj nie mogę.
– Wiem – odparła prowokacyjnie Cordelia. – I mam szczerą nadzieję, że to nie wymówka, tylko dzisiejszego wieczoru naprawdę będziesz mieć zajęcie.
Panna Knight przytaknęła nieśmiało. Wyjazd z Aberlogwyn chyba jej wyszedł na zdrowie. Oderwała się trochę od codzienności – spokojnej, ale trochę zbyt monotonnej. Właściwie mogłaby wtedy wyjechać byle gdzie – do Holyhead, Brighton albo Bath – ale za okolicami Londynu przemawiał fakt, że mogłaby się wtedy rozmówić z wydawcą. I była jeszcze jedna rzecz…
           
Wkrótce po opuszczeniu szpitala Tony Scolding pojechał do Eastbourne, gdzie spędził dwa dni. Głęboka rana w ramieniu, zadana fragmentem kątownika, który odłamał się ze szkieletu niemieckiego sterowca, jeszcze nie całkiem się zagoiła. Lekarze zrobili, co mogli, teraz trzeba było po prostu czekać. Tony nosił rękę na temblaku i starał się ją oszczędzać. Pilotaż był wykluczony, więc bez problemu kapitan dostał urlop zdrowotny.
Dywizjon, przetrzebiony po walce z zeppelinem, pozostawił pod opieką Arthura Braeburna. Teraz, gdy zabrakło Filgate’a, kapitan Scolding był w jednostce najstarszy stopniem i doświadczeniem. Z jednej strony oznaczało to, że mógł się cieszyć sporą autonomią. Wysyłał raporty do Felixstowe, a bezpośrednio podlegał Fastly’emu, komendantowi Chopham, który i tak zajmował się właściwie tylko gospodarką, łataniem dziur w ogrodzeniu i wypuszczaniem psa na wydmy. Z drugiej strony – była to odpowiedzialność, na którą Scolding nie czuł się gotowy. Zamierzał jakoś zreorganizować jednostkę, postarać się o uzupełnienia i w bardziej wydajny sposób podzielić personel naziemny, ale to później. Teraz był na urlopie i miał nie myśleć o służbie.
Wieści o przyjeździe Emily do podlondyńskiego kurortu przyjął z radością bliską euforii. W swoich listach panna Knight nie ukrywała, że wybrała Southend przede wszystkim ze względu na niego, sam też nie zamierzał tracić czasu i ruszył tam prosto z rodzinnego Eastbourne. Zanim jeszcze przybył na umówiony podwieczorek, zajrzał do kwiaciarni i kazał wykonać skromny bukiet czerwonych i lawendowych róż, a potem dorzucić jeszcze ze dwie lilie i wszystko oprószyć kwiatami powoju. Bukiet okazał się mniej poręczny, niż myślał, jedną ręką było mu trudno go nosić. Przez moment kapitan zastanawiał się, czy nie dać zarobić dostawcy, ale ostatecznie wziął bukiet pod pachę lewej ręki, skoro i tak nie mógł za bardzo nią machać.
Pod wskazanym adresem zastał piętrowy ceglany domek ze spadzistym dachem, posadowiony przy skarpie, z której rozciągała się perspektywa plaży i morza. Emily siedziała na leżaku przed domem, czytając książkę. Ubrana była w sukienkę w kolorze ametystu i szeroki letni kapelusz. Scolding starał się podejść stosunkowo cicho, żeby dostrzegła go dopiero z bliska.
Gdy dochodził do furtki, panna Knight odchyliła się na oparcie, kładąc książkę na kolanach. Powoli zwróciła głowę w jego stronę. Jej przymrużone oczy szeroko się otworzyły, a twarz rozświetlił uśmiech, na którego widok Tony poczuł się jak przeszyty trójzębem i musiał się przytrzymać murowanego słupa ogrodzeniowego, żeby nie stracić równowagi.
– Tony! – Emily zerwała się z leżaka i wyraźnie utykając, podeszła do furtki.
Scolding odzyskał równowagę i przekroczył próg. Panna Knight najchętniej natychmiast padłaby mu w ramiona, ale na razie ograniczyła się do ciepłego uściśnięcia jego przedramienia. Kapitan nie bez trudu wyciągnął bukiet spod pachy i wręczył jej zdecydowanym ruchem.
– To dla mnie? – zapytała oszołomiona. – Ojej… nie musiałeś, przecież wiesz, że ja cię i tak…
– A dla mnie nie będzie kwiatów? – odezwała się nagle z udawaną urazą Cordelia, pojawiając się w drzwiach domu.
– Proszę! – Emily oderwała jedną z lawendowych róż i podała kuzynce, która od razu wplotła kwiat we włosy.
– Panna Harris? – zapytał Scolding oficjalnie.
– Tak, odpoczywamy we dwie – odparła Emily. – Mama starała się nakłonić Fiodora Andriejewicza, żeby z nami pojechał i miał baczenie, ale szkoli teraz yeomanów w jeździe konnej i wymówił się manewrami.
– Jesteśmy nowoczesnymi kobietami, damy sobie radę – dorzuciła Cordelia. – Chodźcie na herbatę, gołąbki.
Zniknęła we wnętrzu domu, ale Tony i Emily nie spieszyli się zbytnio, woleli się najpierw nacieszyć swoim widokiem.
– Twoja ręka… – z niepokojem wskazała na temblak.
– Taki już urok mojej pracy.
– Bardzo cię boli?
– Jest dużo lepiej, niż było z początku, ale niestety, nie wybiorę się z tobą na przejażdżkę łódką. Zupełnie się nie nadaję do wiosłowania.
Roześmiała się pogodnie, już bez dawnej nieśmiałości. Wzięła Tony’ego pod zdrową rękę i zaprowadziła do środka.
Salon był urządzony skromnie, ale ze smakiem, miał miętowe tapety i komplet orzechowych mebli. Kapitan Scolding powiesił czapkę na wieszaku i usiadł na jasnozielonej otomanie. Jego głowa znalazła się w strudze światła wpadającej przez okno.
– O, kapitanie, twe włosy lśnią jak roztopione złoto w słońcu Albionu! – wypaliła Emily.
– Dziękuję – odparł Tony lakonicznie.
Cordelia wybuchnęła śmiechem, a sama panna Knight poczuła, jak płoną jej uszy. To był spontaniczny przypływ jakiegoś szaleństwa. Serce kłuło ją na myśl, że chyba nie ostatni tego dnia…
Panna Harris wyszła zaparzyć herbatę, a jej kuzynka usiadła obok narzeczonego. Emily poczuła się już na tyle ośmielona, że przytuliła się dyskretnie biodrem i wzięła kapitana za rękę. Musnęła ustami jego policzek, a Tony zrewanżował się pocałunkiem w skroń.
– Od dawna tu jesteś? – zapytał.
– Już dwa tygodnie. Mama wysłała mnie na wczasy od razu po rozprawie.
– Ja też miałem problemy – wyznał Scolding. – Postępowanie dyscyplinarne.
– O Boże – westchnęła. – Czy to zaszkodzi twojej karierze?
– Prawdę mówiąc, bardziej mnie obchodził kawałek żelaza w ramieniu niż zarzuty. Kiedy leżałem w szpitalu, zgromadzili się ludzie, których zdanie coś znaczy, i radzili, czy mają mnie zdegradować za działanie wbrew rozkazom przełożonego, czy awansować, bo te rozkazy były idiotyczne.
– No i co uradzili?
– Postanowili mnie mianować dowódcą całego dywizjonu, głównie dlatego, że nie było nikogo, kto by się bardziej nadawał. Właściwie jest to nagroda i kara równocześnie.
Emily otworzyła usta, przez moment miała ochotę znów go pocałować, ale musiała zadać jedno z pytań, na które bała się odpowiedzi.
– Jak długo możesz zostać? – wykrztusiła wreszcie.
– A jak długo byś chciała?
– Powinnam powiedzieć, że na zawsze, ale z tym muszę jeszcze parę miesięcy poczekać.
– W takim razie jakieś trzy dni, jeśli nie będę dla ciebie obciążeniem.
Weszła Cordelia, niosąc tacę z dużym imbrykiem herbaty, trzema filiżankami i talerzykiem ciastek.
– Może pan spać w moim pokoju, kapitanie – oznajmiła, stawiając herbatę na stole. – Ja się przeniosę do Emilki.
– Ciebie i tak przeważnie wieczorami nie ma – zauważyła Emily, po czym zwróciła się do Tony’ego. – Jak kot, bez przerwy wychodzi z domu i nie wiadomo, gdzie się włóczy.
– Nie wiadomo? – obruszyła się panna Harris. – Przecież ci mówiłam, że idę się zobaczyć z Lillian Marsh. Do lunaparku, a potem na odczyt.
Usiadła w fotelu naprzeciwko narzeczonych. Przez jakiś czas przypatrywała im się kontemplacyjnie, wreszcie pociągnęła łyk herbaty.
– Co za świetny widok, chętnie bym was chociaż naszkicowała. Czuję między wami coś… jakby prawdziwe szczęście. Aż zazdroszczę, też bym tak chciała.
– Nie ma pani przypadkiem narzeczonego, Cordelio? – przypomniał sobie Scolding.
– Teoretycznie tak. Łobuz dał nogę i się nie odzywa, jestem niepocieszona.
– Dał nogę? – powtórzyła Emily. – Mówiłaś, że sama go musisz odstawić, bo przestał być zabawny.
– Przestał być zabawny, ponieważ dał nogę – sprecyzowała Cordelia i niespodziewanie zmieniła temat. – A co tam słychać u porucznika Vincenta, kapitanie?
– Smutny – odparł Scolding. – Jego śpiewaczka jakoś ostatnio nie odpisuje na listy.
– Czyżby to koniec wielkiej, gorącej miłości? – zmartwiła się Cordelia. – Może zasługiwałby na nową szansę? Z kimś, komu się w ostatnim czasie też nie układa?
– Nie sądzę – stwierdził Tony. – Jego wybranka na pewno ma dużo pracy, albo poczta nawaliła. Oni sprawiają raczej wrażenie pary idealnej.
– Błąd, kapitanie. To wy z Emilką jesteście parą idealną.
– Wystarczy! Od prawienia komplementów dziś jestem ja!

Po podwieczorku wyszli we troje na spacer: dwoje narzeczonych i panna Harris, która miała pilnować, żeby przy ludziach przyzwoicie się zachowywali, przynajmniej teoretycznie. Sprawę lekko komplikowało kontuzjowane ramię Tony’ego, przez co Emily musiała go trzymać z drugiej strony. W konsekwencji kapitan Scolding w trakcie spaceru bacznie wypatrywał starszych stopniem oficerów, aby zawczasu ich omijać, bowiem ukochana wsparta na jego prawej ręce nieco utrudniała oddawanie honorów.
Zmierzyć się z wielkim molem postanowili dopiero nazajutrz, a tym razem poszli na promenadę. Scolding starał się nie myśleć za wiele, tylko przeżywać: szum wiatru, ciepło słońca, palce Emily na swoim nadgarstku, dźwięki miasta… Na tym chyba, między innymi, polegało szczęście, na możliwości niezakłóconego odbierania wrażeń zmysłowych. Kiedy mijali stoisko z prasą, w nagłówkach mignęły Tony’emu niezbyt pogodne informacje z frontów, na przykład, że w Afryce generał Smuts ruszył na Taborę, a pod Tarańcem gdzieś na wschodzie wojska niemieckie z ciężkimi stratami zatrzymały rosyjskie natarcie, ale w tym momencie to się nie liczyło.
Emily też była szczęśliwa. Czuła się wprost upojona obecnością mężczyzny, który był jej bliski, a już niebawem miał się stać jeszcze bliższy, włącznie z… Niezależnie od dość szerokiej wiedzy teoretycznej, która niekoniecznie czyniła z niej specjalistkę, do tego jeszcze wzbogaconej mądrościami Cordelii – niezwykle było myśleć o Tonym w taki sposób. Było to niezwykłe i niewłaściwe, ale czy na pewno obmierzłe?
Spacer nie trwał długo, bo Scolding był trochę zmęczony podróżą, a i panna Knight wolała raczej posiedzieć z nim w domu. Wrócili więc, usiedli w salonie i rozmawiali przy kolejnej herbacie i konfiturach. Tony postanowił nie mówić o służbie, ale czasem wdawał się w anegdoty o towarzyszach z jednostki. Narzeczeni cieszyli się swoją obecnością, rozmawiając o czymkolwiek: o Walii, o Eastbourne, o ponurej sławy stacji kolejowej Landi Kotal, gdzie kończyło się panowanie białego człowieka, o przygotowaniach ślubnych, o krzewie dzikiej róży w ogrodzie londyńskiej rezydencji, o curraghu – okrągłej brezentowej łodzi, w której wuj Robert polował na króliki, o Eleonorze Partridge i o książce, którą miała wydać Emily.
– Przepraszam was najmocniej – odezwała się w pewnym momencie Cordelia – ale muszę wyjść, czekają na mnie. Kapitanie, proszę uważać na Emilkę, zrobiła się ostatnio dość nieprzewidywalna.
Po chwili już jej nie było, zostali w domu we dwoje. Panna Knight napotkała pytające spojrzenie Tony’ego.
– Pewnie wróci dopiero nad ranem – stwierdziła. – No i dobrze, nie potrzebujemy nikogo, żeby nas niańczył.

Późnym wieczorem kapitan Scolding siedział w pokoju na piętrze. Przed południem Cordelia przeniosła większość swoich rzeczy do sypialni Emily, a podczas jego obecności spać miała również tam, za parawanem, o ile w ogóle jakimś przypadkiem nie miałaby co robić na mieście. Została tylko sztaluga z niedokończonym pejzażem ujścia Tamizy. Kapitan przyglądał się jej przez chwilę. Nie znał się specjalnie na sztuce, ale musiał przyznać, że panna Harris miała oko do szczegółów. Co za artystyczna jakaś ta rodzina, może i młody Ernie odkryje jakiś inny talent oprócz pakowania się w kłopoty…
– Tony? – dobiegł go nagle niepewny głos z drugiego pomieszczenia. – Chyba powinieneś to zobaczyć.
Zerwał się i natychmiast wybiegł, zaniepokojony. Co się stało? Dobrze, że Emily nie została sama tej nocy. Wparował do jej pokoju i pierwsze, co ujrzał… W ułamku sekundy gwałtownie odskoczył na korytarz i z bijącym sercem skrył się za framugą.
O Boże, za szybko przyszedł i zobaczył ją… odkrytą! Teraz na pewno będzie na niego zła! Oparł dłonie i czoło o ścianę, drżał cały. Widok kobiecej nagości nie był dla niego szczególnie szokujący, w końcu odbył kiedyś rejs dookoła świata. Ale tu chodziło właśnie o nią… Emily, władczyni jego marzeń, nadal mimo wszystko wydawała mu się eteryczna, zupełnie jakby widział tylko jej wzniosłą duszę, swojego anioła stróża, którego nie powinny profanować podszepty cielesnego instynktu. Za każdym razem sobie powtarzał, że nie powinny.
– No, gdzie mi tam uciekłeś? – usłyszał jej wołanie.
– Mogę już wejść? – upewnił się.
– Cały czas możesz!
Poczuł pulsowanie krwi i zakręciło mu się w głowie, ale mężnie wkroczył do pokoju. Emily siedziała na łóżku, właściwie leżała na boku, podparta ramieniem. Otaczały ją miękkie fałdy rozchylonego koronkowego peniuaru, pod którym miała tylko prostą białą halkę, taką od pasa. Scolding zdawał sobie sprawę, że gapi się na nią bezkarnie i bezczelnie, ale nie mógł oderwać wzroku. Nie wiedział też, na co bardziej niewłaściwie jest patrzeć: na piersi bezbronnie odsłonięte przed jego spojrzeniem, na prawą stopę pod kątem, którego nienaturalność dopiero teraz Tony pojął w całej jaskrawości, czy może na twarz, aby Emily nie odczytała targających nim uczuć z jego własnego lica.
– Chodź do mnie, Tony – przemówiła łagodnym tonem i wyciągnęła do niego rękę.
Podszedł kilka kroków, zaczepił czubkiem buta o dywan i skrzywił się cierpiętniczo, ale to nic nie znaczyło wobec pełnej wspaniałości ciała Emily. Była anielsko piękna. Nie mąciła tego nawet głęboka blizna w kształcie odwróconej litery „r”, trzy cale poniżej prawej piersi. Kapitan odważył się wreszcie spojrzeć ukochanej w oczy. Nie była kimś, kto ulega pod naciskiem mężczyzny, żadnego nacisku zresztą nie było. Jej obnażenie było jej własną decyzją i świadczyło o ogromnym zaufaniu. Tak ogromnym, że chyba nie zasługiwał.
– Po wypadku – stwierdziła przepraszająco, śledząc jego spojrzenie.
– Blizny to kronika życia, zapisana na naszym ciele – wyrwało się Tony'emu i machinalnie przesunął końcami palców po czole, gdzie miał bliznę od uderzenia w szybę.
Emily roześmiała się.
– Znowu robisz się poetyczny – powiedziała.
– Bo jesteś jeszcze piękniejsza, niż myślałem – wyrzucił spontanicznie.
Panna Knight wyglądała, jakby miała całą sytuację pod kontrolą, ale sama też czuła w środku potężny orkan namiętności, łatwopalną mieszaninę czułości, podniecenia i lęku przed nieznanym. Gdy kapitan znalazł się już blisko, ujęła jego dłoń i przyciągnęła ku sobie. Z impetem usiadł na skraju łóżka, a wtedy go przytuliła. Miała granitową pewność, że ją kocha, ale pozostawała jeszcze jedna kwestia.
– Tony – odezwała się z szaleńczo bijącym sercem. – Czy ty… mnie pożądasz?
– Tak, ale… – odpowiedział bez namysłu. – To znaczy, od zawsze uważam cię za kogoś godnego wyższych uczuć i nie wydaje mi się właściwe…
– Daj spokój, kapitanie. Cóż może być wyższego i bardziej właściwego od wspólnego dążenia do szczęścia? Doceń mnie w końcu jako kobietę z krwi i kości!
Doceniałbym cię całą noc, gdyby nie towarzyszyło temu poczucie popełniania świętokradztwa, pomyślał Tony, rozdarty wewnętrznie, ale na głos tego nie powiedział. Nie mógł, bo jeszcze w tej samej chwili zaczął ją całować.
Emily nie przypuszczała dotąd, że jej znajomość z kapitanem może osiągać jeszcze wspanialsze wyżyny, lecz nie miała już ochoty wyciągać z ukochanego każdego skrawka inicjatywy. Zarzuciła Tony’emu ramiona na szyję, przyciągając go do siebie. Całowała tak mocno, że kapitan kilka razy po prostu tracił dech.
W końcu Tony się rozluźnił, opuścił zdrową rękę i dotknął talii Emily. Ciepło i aksamitna gładkość jej skóry doprowadzały go do szaleństwa. Nagły spazm bólu, promieniującego z rany lewego ramienia, ostrzegł go, aby nie zapędzał się zbytnio, ale jednocześnie kontrastowo podkreślił jego szczęście. Na moment Scolding oderwał się od ust narzeczonej, spojrzał w jej łagodne oczy, lecz chwilę później to ona zainicjowała kolejne pocałunki. Delikatnie zaczepił palcami o materiał halki i zsunął w dół, odsłaniając urokliwą sinusoidę biodra. W jego dotyku Emily czuła wielką opiekuńczość, jakby chciał ulżyć jej kończynom, tak łatwo się męczącym od nierównego chodu, choć tyle czasu już minęło od wypadku. Dłoń, z palcami wciąż wsuniętymi za skraj halki, przesunęła się ku jej brzuchowi i zsunęła materiał o pół cala niżej. Wtem Tony poczuł palce panny Knight na swojej dłoni.
– Jeszcze nie czas – powiedziała.
– Przepraszam.
Poczuł się trochę zdeprymowany. Cofnął rękę, jakby nie wiedział, co z nią zrobić, pytająco spojrzał Emily w twarz.
– No, kapitanie? – zapytała zalotnie. – Jesteś bardziej czuły, niż myślałam. Od pasa w górę możesz wszystko.
Z pewną dozą nieśmiałości Tony nachylił się do niej. Ucałował ucho, potem przeszedł ku szyi i obojczykowi. Pragnął niżej, ale nie miał odwagi. Emily jednak znów wykazała inicjatywę, podciągając się nieco w górę. Przyjemność i poczucie szczęścia zapierały jej dech, miała wrażenie, że serce niebawem rozsadzi jej pierś. Była podwójnie szczęśliwa: dzięki bliskości ukochanego mężczyzny i z poczucia, że sama na tę bliskość zapracowała. To był jej kapitan, którego sama pokochała, sama zaprosiła, sama zaciągnęła do łóżka i sama wkrótce stanie z nim przed ołtarzem…
            Pogładziła Tony’ego po włosach, przyciągnęła ku sobie za ramię. Próbowała rozwiązać mu krawat i rozpiąć koszulę, ale ręce tak się jej – i jemu – trzęsły, że nic z tego nie wychodziło.
– Spędziłam noc w areszcie, Tony – wyszeptała mu do ucha, prawie łkając z ekscytacji. – Stanęłam przed sądem. Co gorsza, jestem już prawie pisarką. Matka wstydzi się ze mną pokazywać w towarzystwie. Zrobiłam ostatnio tyle niewłaściwych rzeczy, że jedna więcej mi nie zaszkodzi.
– Kocham cię i pragnę, Emily – powiedział, spoglądając jej w oczy. – Tylko proszę, uważaj na moją rękę.
– Ja muszę uważać na twoją rękę, ty na moją nogę – odparła. – Tak czy inaczej, efekty mogą być ciekawe.
            Wyciągnęła dłoń i zgasiła lampę.