niedziela, 15 października 2017

Rozdział 52. Początek odbudowy

W połowie maja do bazy marynarki wojennej w Devonport przybił transportowiec idący z Morza Śródziemnego. Wśród różnych ładunków, które wyładował na nabrzeżu, znalazł się nieco sfatygowany hydroplan Short 184. Na wieść o tej dostawie bosman George Angus natychmiast udał się tam ze swoimi ludźmi.
– Pierzyna kandego! – zauważył zaskoczony. – Przecież to jest maszyna Dunmore’a! Że też im się jeszcze chciało…
Samolot kapitana Dunmore’a, zwany “Pearl”, jako jedyny wyszedł w miarę cało ze storpedowania HMS “Evelyn”, a nawet odegrał ważną rolę w sprowadzeniu pomocy. Później, kiedy zdruzgotana eskadra wylądowała na Rodos, mechanicy doprowadzili go do porządku, ale od tamtej pory nastały tygodnie poniewierki i mieszkania kątem w Devonport, w stanie ciągłej niepewności. Hydroplan tymczasem w podobny sposób obijał się gdzieś po Śródziemnomorzu i teraz nagle, całkiem nieoczekiwanie, wrócił do jednostki, ledwo Angus zdołał na nowo zorganizować swoich mechaników po wyjątkowo długim urlopie.
– Pewnie stał tam u nich, kurzył się i zajmował miejsce – powiedział Tim Pegg, podchodząc do maszyny – no to wsadzili go na pierwszą lepszą jednostkę w tym kierunku i tak trafił w końcu do nas.
– Jest poprawa – dodał Ron Boswell, oglądając poszycie kadłuba. – Przynajmniej jedną maszynę już mamy. Będzie coś z niej jeszcze, bosmanie?
– Zapuścisz silnik, to zobaczymy – stwierdził szef mechaników. – W każdym razie roboty nam nie braknie.
Short stał nad wodą, miał skrzydła złożone równolegle do kadłuba i wyglądał na dość przykurzonego. Mechanicy obeszli hydroplan dookoła, żeby zorientować się w sytuacji.
– Karabiny pozabierali – zauważył smętnie Boswell, wskazując ogołoconą obrotnicę w kokpicie obserwatora i pusty wysięgnik z prawej burty przy stanowisku pilota. – Chyba uznali, że się im przydadzą.
– No to zupełnie jak Driscoll i Holwell – odrzekł Angus. – Też ich przyszli i zabrali.
– Porucznikowi Vincentowi brakuje pewności siebie – zauważył Dave Upton.
– Daj spokój – skontrował Ron. – Chłopak się stara, jak może, dopóki dowódca nie wróci.
– No, ja nie mówię, robi całkiem wiele, tylko szkoda, że tamtym nie dał rady się postawić. “Opossum”, też coś!
– Dość klachania! – przerwał Angus. – Do roboty!
Samolot trzeba było przetransportować z nabrzeża na kawałek placu wśród zabudowań bazy, który eskadra lotnicza wygospodarowała jako własny. Problem polegał na tym, że maszyna przybyła z Rodos bez wózka pozwalającego toczyć ją po lądzie. Boswell wpadł na karkołomny pomysł, żeby prześlizgać “Pearl” na miejsce po deskach nasmarowanych naftą czy przynajmniej masłem, ale bosman nie potraktował go poważnie. Przez moment rozmyślał o zbudowaniu odpowiedniego urządzenia z kilku desek i kół od roweru, a potem posłał Avery’ego do intendentury po wózek, na którym magazynierzy przewozili ciężkie pakunki.
Ostatecznie więc udało się przeciągnąć hydroplan na plac i można było wziąć się do przeglądu. Mechanicy rozłożyli i zablokowali skrzydła, Tim Pegg zajrzał do silnika, a tymczasem Angus z pomocą Boswella naprawiał ogon. Usterzenie było nieco poobijane, najpewniej z powodu nieostrożnego obchodzenia się z samolotem w czasie transportu.
Kapitan Dunmore dość szybko się dowiedział, że jego maszyna została sprowadzona do bazy, więc niebawem zjawił się na placu. Wysłuchał sprawozdania Angusa, podszedł do shorta. Z początku w jego oczach błyszczał złowieszczy entuzjazm, ale nieco przygasł, gdy Northumbryjczyk się zorientował, że nie ma karabinów, zwłaszcza tego z prawej burty.
– Co się stało z uzbrojeniem? – zapytał niezadowolony.
– Tak już przywieźli – wyjaśnił bosman Angus. – Trzeba się będzie postarać o nowe, panie kapitanie.
Dunmore przygryzł wargę.
– Będę teraz chciał mieć karabin na górnym płacie, a nie z boku – zapowiedział. – Jak tylko jakiś dostaniemy, zamontujcie go tam. Najlepiej ruchomy, na szynie, żeby można było przeładowywać bez wstawania.
Raz jeszcze z wyraźnym bólem rzucił okiem na burtę.
– Który jest malarzem? – zapytał.
– Malarz nie wrócił z urlopu – wyjaśnił Angus. – A co jest do zrobienia?
– Macie mi to zamalować – Dunmore wskazał skinieniem napis “Pearl” na burcie. – I napiszcie zamiast tego “Cordelia”.
Kiedy oficer odszedł, Angus udał się do budynku, gdzie w jednym z pomieszczeń urządził warsztat. Potrzebował dwóch puszek farby: jasnej khaki do zamalowania starego napisu i ciemnozielonej do wykonania nowego. Po dłuższej chwili odszukał jeszcze odpowiednie pędzle, rozpuszczalnik i szablony do malowania liter. Wrócił na zewnątrz ku samolotowi i spojrzał z zamyśleniem na swoją uszczuploną trzódkę.
– No i nie wrócił Flynn – westchnął. – Bez niego jak bez ręki.
– W Dublinie była jakaś większa rozróba – rzekł Tim Pegg. – To na pewno jego robota.
Bosman spojrzał na niego poważnie.
– Pieronie, może i masz rację – powiedział. – Coś mi się zdaje, że to był rychtyk taki rodzaj rozróby, w jaką on by się wpakował…
Następnego dnia Tony wrócił z urlopu do Devonport. Nie było mu łatwo opuścić Aberlogwyn, gdzie zaznał ostatnio tak wiele szczęścia i poczuł się właściwie jak u siebie w domu. Ciągle wspominał nieświadomie urzekające spojrzenie Emily, jej długie i smukłe palce czy słodki balast jej obecności przy jego lewym ramieniu, gdy wspólnie spacerowali – poczucie, które Tony szybko zaczął traktować jako całkiem naturalne… Nie, nie było łatwo, ani jemu, ani jej. Urlop jednak dobiegał końca, należało wrócić do jednostki, a przyczyną ogólnego szacunku, jakim cieszył się kapitan Scolding, nie było przecież niepoważne traktowanie służby.
Obawiał się, że pod jego nieobecność wszystko się rozsypie. Tak się jednak nie stało, a wśród budynków jednostki nie dostrzegł żadnych śladów rozkładu, chaosu, rozprzężenia i bachanaliów, jakich czasami się obawiał, leżąc u Knightów w ciemnym pokoju gościnnym. Wszystko wydawało się pod kontrolą i w porządku.
W końcu przyszedł do swego prowizorycznego “biura oficera lotniczego”. Od razu zauważył kilka różnic. Miejsce materaca zajęło składane łóżko polowe, na którym spał właśnie biały kot z czarnym ogonem. Na widok Tony’ego podniósł głowę i zmierzył go bezczelnym i niewychowanym spojrzeniem zielonych oczu. Na parapecie stały doniczki z begoniami, a na ścianie wisiał obraz przedstawiający zwiewną nimfę ukrywającą się przed ścigającym ją faunem w porośniętych bluszczem ruinach świątyni, wśród połamanych kolumn. Blat biurka pokrywały sterty posortowanych dokumentów, a za samym biurkiem siedział Henry Vincent.
– Dzień dobry, poruczniku.
Henry podniósł głowę znad dokumentów.
– Boże, jesteś! – zauważył z radością, wstając z miejsca.
– Cóż, nie myślałeś chyba, że zostanę w Walii na stałe? Swoją drogą, świetnie urządziłeś pokój.
– Z myślą o tobie tchnąłem trochę życia w te ściany, mam nadzieję, że ci się podoba.
Scolding podszedł do łóżka i wyciągnął rękę do kota, który początkowo wzdrygnął się na widok nieznajomego, ale ostatecznie dał się pogłaskać i nawet nie ugryzł.
– To ten, o którego się kłócili Braeburn z Traylorem?
– Ten sam – potwierdził Vincent. – Nie myśl, że specjalnie trzymam go tu pod kluczem, żeby się nie spierali. Raz jest, raz go nie ma, jak to kot.
– Wszyscy wrócili z urlopu?
– Z personelu latającego tak – zauważył Cejloński Storczyk z zakłopotaniem. – Ale mamy braki w naziemnym. Flynn nie dojechał, a Framptona i Driscolla zgarnęli mi ludzie z HMS “Opossum”.
– Jak to zgarnęli?
– Po prostu. Uznali, że potrzebują uzupełnień, więc przyszli i zabrali. Rozbój w biały dzień!
– Och, daj spokój, i tak nie mamy pracy dla tylu mechaników.
– Może masz rację… – westchnął Henry. – Lepiej mi powiedz, jak się miewasz.
– Coraz lepiej. Do pełni formy brakuje mi tylko latania.
– To mam dla ciebie dobrą wiadomość. Wczoraj wróciła maszyna Dunmore’a. Mechanicy pracowali nad nią cały dzień i rano Dunmore wykonał próbny lot. Powiedział, że sprawuje się całkiem dobrze. Dostaliśmy też parę beczek paliwa.
– Naprawdę? Muszę sprawdzić sam. Gdzie moje rzeczy?
– Wiszą na haku, tam koło drzwi.
Tony spojrzał w tamtą stronę. Rzeczywiście, skórzany płaszcz, pilotka i reszta ubioru do lotów wisiały na ściennym wieszaku, którego przed urlopem jeszcze nie było.
– Widzę, że świetnie sobie tutaj radzisz. Może to ty powinieneś być dowódcą eskadry.
– Bez przesady – sprzeciwił się Vincent. – Wyniosłem z domu doświadczenie w zarządzaniu gospodarstwem, ale w warunkach bojowych bym sobie nie poradził. Cała rzecz w tym, żebyśmy wzajemnie się uzupełniali, nieprawdaż?
Podszedł do Tony’ego i serdecznie go uściskał.
– Cieszę się, że wracamy do obiegu. A przede wszystkim, że ty wracasz.
Odwzajemniwszy przyjacielski uścisk, Scolding zarzucił na siebie płaszcz.
– O ile powrotem do obiegu można nazwać powrót do tkwienia w jednym miejscu i czekania, aż dowództwo sobie o nas przypomni – zauważył.
– To nie potrwa długo, Tony – stwierdził Henry z przekonaniem. – Dostaliśmy nie tylko zapas paliwa, ale w dodatku uzupełnienia. Wyraźnie chcą w nas zainwestować.
– Kapitalnie! Ilu?
– Dwóch obserwatorów. Będziesz teraz leciał?
– Na krótko, może ze dwadzieścia minut. Chcę na nowo wzbić się w powietrze, żeby mieć poczucie, że wszystko wraca na swoje miejsce.
– Dobrze. Jak wrócisz, zajrzyj do kantyny, oficjalnie przekażę ci obowiązki.
Tony dopiął płaszcz, założył pilotkę, po czym skierował się do wyjścia. Zatrzymał się jednak w drzwiach i spojrzał jeszcze na Henry’ego.
– W grudniu biorę ślub – powiedział. – Chcę ciebie jako drużbę.

Mechanicy przyjęli powrót dowódcy z entuzjazmem i przekonaniem, że od teraz coś się zacznie naprawdę dziać. George Angus złożył kapitanowi sprawozdanie z ogólnej sytuacji od czasu, gdy wrócił ze swego krótszego niż u innych urlopu, a potem przystąpił do przygotowywania maszyny.
Short po remoncie był już sprawdzony i chodził bez zarzutu. Obsługa dopełniła paliwa, sprawdziła, czy przyrządy wyregulowane, a potem przyszło ściągnąć samolot na nabrzeże i zepchnąć go do wody po pochylni. Kapitan Scolding tak dalece nie mógł się doczekać lotu, że sam uczestniczył w przestawianiu maszyny, pchając ją za skrzydłem od prawej burty. Gdy zaś short zsunął się z wózka i gładko osiadł na spokojnej fali basenu portowego, Tony dynamicznym skokiem dostał się na płat, a z niego do kabiny. Mało brakowało, a wybuchnąłby idiotycznym śmiechem na widok napisu “Cordelia”, wykonanego w pośpiechu na burcie. Panna Harris musiała zrobić na Northumbryjczyku nie byle wrażenie.
Wreszcie w siodle. Wreszcie udaje się w przestworza, na razie tylko na moment, na próbę. Gogle na oczy, poprawić szalik, który dostał od Emily w prezencie zaręczynowym, poprawić rękawice. Ktoś z marynarzy kręci śmigłem, silnik zaskakuje… Do przodu!
Hydroplan, sunąc po falach, oddalił się od nadbrzeża. Scolding patrzył w bok na zacumowane przy pirsie kutry, do przodu przez wirujące śmigło, i czuł, jak wewnątrz niego samego też coś wiruje. Ściągnął wolant i oderwał się od powierzchni wody.
Tak! Nareszcie w powietrzu! Kapitan poczuł szum krwi w skroniach, poczuł też przypływ euforii graniczącej trochę z upojeniem, a trochę z szaleństwem. Nie był do końca pewien, czy brnąca w prawo wskazówka na tablicy przyrządów pokazuje rosnące obroty silnika, czy jego galopujący puls.
Skorygował kurs, przeleciał nad urządzeniami portowymi i skierował się na centrum Plymouth. Kilka razy wcześniej latał już maszyną Dunmore’a, ale był nieprzyzwyczajony, jakby chodził w cudzych butach. Każdy samolot miał swoje narowy, na przykład “Pearl”, obecnie zwaną “Cordelią”, zdaniem Tony’ego za bardzo przechylała się na prawo, ale teraz tego nie dostrzegał – czy to dlatego, że brakowało niesymetrycznie zamontowanego uzbrojenia, czy po prostu ogarniała go ekstaza lotu.
Na moment przemknęło mu przez głowę poczucie winy, że poleciał sam, nie zabrał w powietrze Henry’ego. Szybko doszedł do wniosku, że to nawet lepiej, bo miał zamiar latać jak wariat, choćby po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze tak umie. Przeleciał wichrem nad dachami i ulicami Plymouth. Zdecydowanie wszystko było widać lepiej niż zza biurka! Zobaczył strzelistą iglicę katedry św. Bonifacego i spontanicznie obniżył prędkość, schodząc aż na dwieście stóp. Przemknął koło wieży, zaglądając w ostrołukowe neogotyckie okno. Zdawało mu się nawet, że uśmiechnęło się tam do niego spiżowe oblicze dzwonu. Wykręcił ostry zwrot połączony z beczką i minął katedralną wieżę od drugiej strony. Tak, manewry wokół nieruchomych obiektów nadal świetnie mu wychodziły.
Tony wzbił się znowu na cztery tysiące, śmignął nad dworcem kolejowym i poleciał na północny wschód, poza miasto, ku rzece Tamar, tworzącej w pobliżu Plymouth potężne rozlewisko. To były widoki: zielone pola, przecinające je błękitne wstęgi, pstrokata plama miasta w miejscu, gdzie wstęgi te łączyły się z morzem. Po jakimś czasie skręcił na południe, zgodnie z jej nurtem.
A więc, jeśli Henry się nie mylił, wkrótce znowu znajdą się w strefie działań. Ciekawe, dokąd ich teraz rzucą. Do Dunkierki? Oby nie na Ocean Indyjski – tak wielkiej odległości od Emily by nie zniósł. Ach, gdyby tak jeszcze Emily zabrać kiedyś na podniebną przejażdżkę! Z pewnością kiedyś się przydarzy okazja, a może i lepsze samoloty do tej pory skonstruują.
Na razie leciał nad lśniącą niwą rozlewiska. Z lewej burty miał Devon, z prawej – Kornwalię, a daleko z przodu i w dole jego oczom ukazał się wtem Royal Albert Bridge, żelazny most kolejowy, który pół wieku wcześniej przerzucił przez Tamar sławny Isambard Kingdom Brunel. Genialne dzieło genialnego umysłu… W głowie Tony’ego pojawiła się pewna, nie tak genialna myśl. “Nie, nie zrobisz tego!” – odezwał się z paniką głos wewnętrzny. “Jak to nie zrobię?” – sam sobie odpowiedział i odepchnął wolant od siebie.
Short obniżał wysokość, a Royal Albert Bridge stawał się coraz większy, coraz szerszy i coraz bliższy, jego żelazne łuki tchnęły zimnym monumentalizmem. Gdyby kapitan Scolding źle wymierzył odległość – a nie mógł nurkować zbyt ostro, bo wtedy w ogóle straciłby kontrolę nad sterami – razem z maszyną roztrzaskałby się o jego imponującą konstrukcję. Półtora miesiąca wcześniej taka perspektywa wydawałaby mu się całkiem kusząca – ale nie miał wtedy samolotu. Teraz to co innego…
Tony leciał prosto na most, zastanawiając się, czy nie powinien był jednak zabrać ze sobą Vincenta, który lepiej od niego by wszystko wyliczył, a najpewniej po prostu wybiłby mu ten pomysł z głowy – ale nie zszedł z kursu. Uda się czy nie?… Ile tam w ogóle jest stóp od lustra wody?
Przeszedł go dreszcz, lecz nie ustąpił z kursu, choć stalowy gigant Brunela dominował nad nim coraz bardziej, przesłaniając sobą cały horyzont. Na sekundę Scoldinga ogarnął cień, po bokach z hukiem przeleciały masywne ceglane podpory. Zrobił to! Przeleciał pod mostem! Nie dotykając rzeki pływakami!
Tony wpadł w tak wielką, pozarozumową radość, że kilka razy odbił się od powierzchni wody, jego short wykonał idiotyczne, kangurowate podskoki. Na litość Boską, pomyślał, zmieniam się w Dunmore’a…
Wtedy dostrzegł prosto na swoim kursie barkę idącą w górę rzeki. Bezbłędnie wykonał gwałtowny, lecz precyzyjny zwrot w lewo, zwiększając przy tym wysokość. Zręczną sinusoidą uniknął zderzenia do wtóru niesłyszalnych z tej odległości przekleństw załogi. Teraz już miał całkowitą pewność, że wcale nie był jeszcze do niczego!

Kiedy kapitan Scolding wrócił do bazy, czuł pełne satysfakcji zmęczenie. Angus i mechanicy zajęli się maszyną, a Tony odetchnął chwilę na nabrzeżu, rozpiął płaszcz i nieco chwiejnym, lecz zdecydowanym krokiem udał się do kantyny oficerskiej.
Eskadra zajmowała stół pod ścianą z prawej, na której zawieszona była granatowa kotara z namalowanym od szablonu orłem w locie. Scolding zastanawiał się, czy to też pomysł Henry’ego. Wszyscy byli na miejscu: Dunmore, Vincent, Braeburn, Traylor oraz dwaj inni, których kapitan nie znał.
– …No i było tak, że wisiałem za nogę, a oni na dole kręcili się ze złym psem – opowiadał Dunmore.
– Dzień dobry! – odezwał się Scolding.
Northumbryjczyk odwrócił się gwałtownie w stronę głosu.
– Oto wasz nowy dowódca, panowie! – zawołał z emfazą.
Jeden z nowych obserwatorów nazywał się Charles Howlett i był ryży. Włosy miał nie kasztanowate, jak Dunmore, nie miedziane, jak na przykład broda George’a Angusa, nie ogniście rude jak panna Pearl Macnaughton albo Cordelia Harris, lecz po prostu ryże jak rozgotowana marchew. Jego cera była jasnoróżowa, nieco piegowata. W cywilu pracował jako nauczyciel geografii, a do RNAS wstąpił na ochotnika.
Drugi, Evan Borker, miał prostą, ludową twarz o wydatnych policzkach i do niedawna musiał nosić wąsy, bo nad górną wargą miał dwudniowy zarost, jakby jeszcze się nie przyzwyczaił, że również i tam powinien się golić. Był dopiero midszypmenem, ale w żadnym razie nie żółtodziobem: zdążył już dwukrotnie zostać ranny we Flandrii przed dwoma laty. Służył wówczas w 11. Pułku Huzarów (Księcia Alberta), a kiedy front się ustabilizował i Borker, jak wielu kawalerzystów, nie miał co robić – postanowił wstąpić do RNAS.
A więc jesteśmy w komplecie – stwierdził Tony po dokonaniu prezentacji.
– No tak – zauważył Dunmore. – Czterech pilotów, trzech obserwatorów i jeden samolot to rzeczywiście komplet.
– Przed storpedowaniem też nas tylu było – odparł Henry. – Jako jedyny ocalałem spośród tamtych obserwatorów. Tylko samolotów mieliśmy więcej.
– Poza tym to właściwie norma, że jest więcej ludzi niż sprawnych maszyn – dodał Braeburn.
– Tak se myślę, panowie – odezwał się Evan Borker z akcentem, przez który nie wpuszczono by go do przyzwoitego towarzystwa – że jak nas przydzielili do waszej eskadry, to pewnie niezadługo nas gdzieś znowu rzucą, nie? Nie po to się przenosiłem, żeby dalej siedzieć na tyłku, kiedy inni przelewają krew.
Porucznik Traylor spojrzał na byłego huzara z niechęcią graniczącą z obrzydzeniem.
– Chyba nie macie za dużo doświadczenia praktycznego? – zapytał.
– Spokojnie, Godricu – rzekł Dunmore. – Mamy jeszcze dość czasu, żeby się dotrzeć. Jako lotnicy powinniśmy przecież być jedną wielką rodziną.
– Oczywiście – zgodził się Braeburn. – Na przykład Traylor jest w niej tym wujkiem, którym się straszy dzieci, że przyjdzie i je zabierze.
– Nie, to ja nim jestem – zaprzeczył Northumbryjczyk, zanim porucznik Traylor zdążył odpowiedzieć na zaczepkę.
Tony z zamyśleniem spojrzał na nowych podwładnych.
– W porządku – zdecydował. – Dziś po południu lecą Braeburn i Borker, a jutro rano Dunmore z Howlettem. O przydziale innych obowiązków porozmawiamy później.
Wydawało się, że sprawa uzupełnień jest już całkiem załatwiona. Po obiedzie Scolding wrócił do siebie, usiadł za biurkiem i zajął się całą nagromadzoną pod jego nieobecność korespondencją i innymi dokumentami. Wkrótce później przyszedł do niego Henry. Dostał właśnie list od Lindy i chciał przekazać od niej pozdrowienia dla kapitana.
– Zabierzesz ją? – zapytał Tony. – Na mój ślub?
– A kogo innego miałbym? – odpowiedział porucznik Vincent z rozbawieniem, w którym przebłyskiwała autoironia. – Jak ją wystarczająco uprzejmie poproszę, to nawet wam zaśpiewa.
– Panie kapitanie? – rozległ się zza drzwi głos porucznika Howletta.
– Co się stało? – Scolding wychylił się, by spojrzeć w jego stronę.
Nowy obserwator wszedł powoli do pomieszczenia, wyglądał na nieco zakłopotanego.
– Chciałbym zapytać… – przemówił – czy mój przydział do kapitana Dunmore’a będzie już na stałe?
– Cóż, poruczniku – odparł Tony. – Załogi powinny być zgrane, więc pilotów z obserwatorami dobiera się na stałe, ale teraz, kiedy mamy nierówną liczbę jednych i drugich, konieczne są pewne odstępstwa. A skąd takie pytanie?
– Pozwolę sobie zauważyć – stwierdził ostrożnie Howlett – że kapitan Dunmore jest odrobinę… niepokojący.
– Nie da się ukryć – Henry Vincent włączył się do rozmowy. – Kiedy zobaczy Niemca, to wpada w szał. Lewe oko zapada mu się w głąb czaszki, a prawe wypływa na kołnierz, więc sam rozumiesz, że obserwator jest absolutnie niezbędny.
Howlett spojrzał na niego z cieniem przerażenia w oczach.
– Henry nieco przesadził – skomentował Scolding – ale wyglądasz ogólnie na rozsądnego człowieka, a Dunmore potrzebuje właśnie kogoś takiego, dla równowagi.
– Ach. Rozumiem – odparł ryży obserwator, wciąż nieco zmieszany, i strzelił obcasami. – Proszę o wybaczenie.
– Dasz sobie radę – pocieszył go Tony. – W końcu byłeś nauczycielem, szaleństwo ci nieobce. I dosyć już tego formalizmu, zostaw go dla admirała.

Minęło kilka godzin. Braeburn rzeczywiście poleciał na rutynowy morski patrol maszyną Dunmore’a, zabierając ze sobą Evana Borkera – wyraźnie podekscytowanego, jakby przed lotem pokrzepił się w kantynie. Scolding, uporawszy się ze sprawami bieżącymi, opisywał w liście do Emily swój powrót do jednostki, kiedy nagle w drzwiach jego biura stanął jakiś nieznany mu dotąd marynarz, chyba administracyjny.
– Starszy marynarz Laity – przedstawił się. – Pilna wiadomość do dowódcy oddziału lotniczego.
– Jam jest – odpowiedział Tony. – W czym rzecz?
Marynarz przekazał mu kopertę, zasalutował i wyszedł. Na kopercie podane było tylko stanowisko adresata, brakowało nadawcy. Scolding z niecierpliwością wyjął ze środka kartkę. Czyżby właśnie nadeszły nowe rozkazy? Tak, to ma sens, najpierw odzyskał samolot i dostał nowych obserwatorów, a teraz rzucą go gdzieś bliżej strefy frontu. Nareszcie!
A jednak nie… To była wiadomość od komendanta bazy. Zakazywał latania w pobliżu wieży katedralnej, bo proboszcz przez umyślnego przekazał skargę, że to już trzeci raz tego dnia.