Rozdział 60. Komar i słońce




            Człowiekiem na progu nie był porucznik Vincent. To boleśnie nie był on.
– Linda Giordano. Ile to już lat?…
            Wysoki, pleczysty mężczyzna o lekko oliwkowej karnacji i z ciemną grzywką, zaczesaną w prawo i napomadowaną, stał w drzwiach, górując nad Lindą.
– Pan mnie z kimś pomylił – odrzekła beznamiętnym tonem. – Ja się nazywam Dryden.
– A to dobre – parsknął nocny przybysz. Akcent, z którym mówił, budził w niej nieprzyjemny dreszcz. – Jeżeli cię z kimś pomyliłem, to jakim cudem ty rozpoznałaś mnie?
– Czego chcesz? Masz sprawę, to przyjdź za dnia.
– Musisz być taka ordynarna wobec znajomego z młodych lat?
            Nie czekając na odpowiedź, zrobił krok naprzód, wchodząc do przedpokoju.
– Gdzie się pchasz? – warknęła Linda. – Nie pozwoliłam ci wejść!
– Tak, ty jesteś znana z tego, że nie pozwalasz wejść – intruz zachichotał obleśnie. – W każdym razie dawniej tak było. A teraz się okazało, że wobec obcych nie jesteś tak wybredna jak wobec ziomków.
– Wynoś się albo zawołam stróża.
– Stróża? – powtórzył. – Może jeszcze policję? Bardzo chętnie im wszystko opowiem.
– Niby co? – panna Dryden udawała, że nie rozumie.
– Na przykład to, dlaczego musiałaś wyjechać z Italii. I dlaczego już nie występujesz pod własnym nazwiskiem.
            Nie unikała jego spojrzenia. W jej wzroku kryło się wyzwanie, które przeraziłoby Henry’ego, gdyby ją teraz zobaczył.
– Pan jesteś nietrzeźwy – powiedziała. – Wyjść!
            Mężczyzna nie zamierzał posłuchać.
– Zależy ci, żeby nikt o tym za dużo nie gadał, prawda? To musisz zapłacić. Gotówką albo czym innym.
– Tobie, Malatesta, naprawdę źle w głowę! – wybuchnęła Linda, odrzucając pozory i mimowolnie przechodząc z języka angielskiego na wenecki. – Przykład Lorenzona nic cię nie nauczył?
– Ja jestem sprytniejszy niż on – odparł. – Lepiej cię znam. Wiem nawet, że tryniałaś się z niemieckim przemysłowcem. Ciekawe, co by policja na to?
– Wyjdź – rzuciła zimno. – Nie jestem tą dziewczyną, co dawniej.
            Malatesta naparł, spychając ją na ścianę przedpokoju. Linda próbowała go odepchnąć, a on złapał ją za nadgarstek i wykręcił rękę do góry. Wolną dłonią walnęła go w twarz.
Maiala! – wrzasnął, odruchowo dotykając rozoranego paznokciami policzka i nosa.
Linda spróbowała się wyrwać, ale chwycił ją za kołnierz. Z wysiłkiem wyswobodziła ramiona z rękawów i nie zważając na nic, naga pobiegła w stronę pokoju. Potknęła się, gubiąc pantofle, wpadła do środka i całym ciężarem ciała naparła na drzwi. Mieszkanie było małe, Malatesta nie miał długiej drogi do pokonania i wcisnął się częściowo, zanim zdążyła zamknąć. Jedna z jego rąk znalazła się już po tej stronie drzwi, wymachiwał nią na ślepo, usiłując Lindę za włosy.
Odskoczyła, rzucając się w stronę łóżka. Dlaczego nie uciekła do kuchni? Mogłaby go wtedy prześwięcić pogrzebaczem czy szuflą do węgla, a stąd nawet nie ma jak uciec!
– Dobrze – powiedział Malatesta, wkraczając do sypialni. – Bądź rozsądna, Lindo. Już dość biedy sobie napytałaś.
            Linda przypomniała sobie o prezencie dla Henry’ego i sięgnęła po zawiniątko na szafce nocnej. Zaciskając dłoń na okładzinie pistoletu, panna Dryden zdała sobie sprawę, jak trzęsie się jej ręka i jak drży ona sama.
Napastnik był zaskoczony.
– Chcesz mnie nastraszyć? – przemówił rozbawiony. – Nie ma głupich. Odłóż to zaraz, to szybciej skończymy nasz biznes.
            Huknął strzał. Wbił się w uszy Lindy tak okrutnie, że przez moment nic nie słyszała. Od błysku płomienia wylotowego w jej oczach unosił się pomarańczowy powidok. Gdy po chwili ochłonęła, zostało tylko szaleńczo bijące serce, smużka dymu unosząca się z lufy parabellum, gwałtowny tupot dobiegający z klatki schodowej i dziura w ścianie obok framugi.
            Panna Dryden czasami zastanawiała się, czy byłaby w stanie tak po prostu strzelić do człowieka, nie na niby, jak w czasie przedstawienia, a naprawdę, z ostrą amunicją. Teraz w dalszym ciągu tego nie wiedziała, bo pistolet… tak jakby sam wystrzelił. Może w przerażeniu nieświadomie za mocno zacisnęła palec na spuście, a może doszło do awarii. Przypomniała sobie, że w magazynku jest jeszcze osiem nabojów. Spojrzała na swoją dłoń ściskającą parabellum, jakby trzymała skorpiona, i szybkim, pełnym odrazy ruchem odłożyła broń na szafkę.
            Bez siły usiadła na łóżku. Cała drapieżność i pewność siebie, jakimi emanowała na scenie i w życiu codziennym, wyparowały. Jakby znów była zagubioną dziewczynką błąkającą się z walizką po genueńskim porcie. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nazywam się Linda Dryden, porca miseria! – pomyślała. Po wielu próbach i błędach znalazła szczęście w miłości, brakowało jej tylko właściwie spełnienia artystycznego – i akurat musiał przypełznąć ten łajdak, Bruno Malatesta! Udało jej się uciec od przeszłości, ale przeszłość w końcu ją dogoniła.
            Ktoś zapukał do drzwi. Serce Lindy wezbrało przerażeniem, wbrew sobie znowu chwyciła za broń. Trzeba chyba zarepetować przed następnym strzałem, ale jak to się właściwie robiło?
– Panno Dryden? – pytanie odbiło się echem po klatce schodowej.
Linda z ulgą rozpoznała głos sąsiadki, pani Gardiner. Zdołała się podnieść i na drżących nogach wyszła do przedpokoju. Pozbierała z podłogi pantofle i sponiewierany szlafrok. Właśnie w chwili, gdy zawiązywała pasek, pani Gardiner zajrzała do środka.
– Co się stało, panno Dryden? – zapytała, przyglądając się Lindzie z niepokojem. – Słyszałam jakiś huk, myślałam, że gaz albo strzelają.
– Ach, to nic takiego, musiałam zabić komara – odparła Linda, pokazując pantofel w dłoni. – Przepraszam za hałas.
– Ten komar to był chyba dwunożny, panno Dryden, bo strasznie spierniczał po schodach.
            Linda spuściła wzrok. Czuła się zestresowana i zmęczona, z jednej strony nie miała ochoty się zwierzać sąsiadce, z drugiej wolała nie być sama.
– Pijany łobuz – powiedziała, starając się zachować obojętny ton. – Myślą, jeden z drugim, że nie wiadomo ile na tym śpiewaniu zarabiam.
– Nic pani nie jest?
– W porządku, pani Gardiner – odparła Linda, odruchowo dotykając bolącego nadgarstka. – Na taką jak ja trzeba więcej niż byle pijaka.
– Niech pani jednak pójdzie na policję.
– Oczywiście, pójdę z samego rana – zgodziła się panna Dryden.
            Gdy sąsiadka wróciła do siebie, Linda zamknęła drzwi na klucz, zostawiła go w zamku, żeby nie dało się nic włożyć od drugiej strony, kilka razy sprawdziła zamknięcie i dla pewności zablokowała klamkę oparciem krzesła. Postawiła też na nim garnek, żeby w razie włamania spadł na podłogę i od razu ją zaalarmował. Potem uważnie skontrolowała wszystkie okna. Zrzuciła szlafrok i bez siły legła na łóżku.
            Próbowała zasnąć, ale nie mogła. Choć zabezpieczyła się przed kolejnym najściem – nie czuła się bezpiecznie. Ona, przyzwyczajona do życia w zgiełku orkiestry, teraz wzdrygała się na każdy nietypowy odgłos z klatki schodowej. Gdzie jest Henry, kiedy najbardziej go potrzeba?! Gdyby tak leżał tu obok, wtuliłaby się i w jego ramionach znalazła uspokojenie. A może nawet… wszystko by mu wyznała.
            Minął kawał czasu, od kiedy Linda Giordano wyjechała z Włoch. Jak Malatesta ją znalazł? Nietrudno się domyślić, w końcu była artystką, choć jeszcze nie tak sławną, jak by pragnęła. Może nawet nie szukał jej specjalnie, tylko przyjechał do Anglii w jakichś swoich łotrowskich interesach i przypadkiem się o niej dowiedział. Jeżeli popytał na mieście, mógł dotrzeć do jej mieszkania. I pewne było, że wróci. A wtedy, za drugim razem, już może jej nie starczyć siły woli, cień przeszłości weźmie nad nią górę…
            Trzeba uciekać! Przynajmniej na krótko! Sezon dobiegł końca, teatrowi jej nieobecność nie zrobi różnicy. Ale dokąd? Pierwsza myśl – oczywiście, że do Henry’ego! Nie pozwolą jej zamieszkać w jednostce, ale na pewno znajdzie lokum niedaleko, choćby w Ipswich czy Yarmouth.
Zaraz przyszła jej do głowy niepokojąca myśl. Nikczemny Bruno jakoś się dowiedział, że przed pięciu laty była przelotną faworytą Niemca nazwiskiem von Wildorf, o czym sama Linda zdołała zapomnieć, zanim jeszcze poznała porucznika Vincenta. W takim razie skąd pewność, że nie dowie się o Henrym? Co najmniej parę osób w mieście wiedziało, że gwiazda New Theatre Royal spotyka się z subtelnym oficerem marynarki. Łajdak może podążyć za nią, a Henry nie zasługuje, żeby wciągać go w to bagno…
Przewracając się nerwowo z boku na bok, panna Dryden doszła do wniosku, że powinna zrobić podobnie jak przed laty. Mając niedaleko do Wenecji, zwiała wtedy jednak do Genui. Jeżeli ktoś może się jej spodziewać w Suffolk, to ona pojedzie zupełnie gdzie indziej, najlepiej gdzięś, gdzie jeszcze nie była.
I tak nie mogła zasnąć, więc zerwała się, poszła do kuchni i rozpaliła w piecu, żeby zaparzyć kawę. Wyciągnęła walizkę z szafy i zaczęła się pakować. Kilka ubrań, ale nie tych najbardziej ekstrawaganckich, żeby nie rzucać się w oczy. Bielizna, kosmetyki, oszczędności schowane w kilku różnych miejscach… Spojrzała na pistolet dla Henry’ego. Po namyśle wyjęła naboje, żeby znów nie wystrzelił sam z siebie, zawinęła broń z powrotem w materiał i dołożyła do walizki. Dorzuciła też zdjęcie z szafki nocnej. Była zdecydowana wyjść nawet o siódmej i wsiąść w pierwszy pociąg dokądkolwiek. Przez moment rozważała, czy nie lepiej popłynąć do Francji i zgubić się w Paryżu, ale doszła do wniosku, że w czasie kontroli granicznej będzie narażona.
Miejsce przerażenia zajęła ponura determinacja. Linda usiadła przy stole, wzięła kartkę i skreśliła parę słów na wypadek, gdyby pod jej nieobecność zjawił się Henry. Pojedzie prosto do swojego porucznika, gdy tylko zyska pewność, że zgubiła Malatestę. Na razie, choć to trudne, musi przestać być sobą. Musi zniknąć!


***
            Młoda, szczupła kobieta w błękitnej sukni i kapeluszu wpatrywała się z napięciem w perspektywę drogi. Parasolką w tym samym kolorze chroniła twarz przed słońcem, bezlitośnie zsyłającym na ziemię swoje złote włócznie. Wokół rozciągała się szeroka równina porośnięta kępami niskich krzewów, spośród których miejscami wybijały się drzewa, pojedynczo lub w niewielkich grupach. W oddali, po obu stronach drogi, granicę widoczności tworzyła ciemnozielona ściana lasu. Przy samej drodze rósł rozłożysty, dziki bananowiec.
            Panna obejrzała się za siebie, obrzucając zmęczonym spojrzeniem zatrzymany na poboczu ciemnoniebieski samochód z rozłożonym brezentowym dachem. Smagły, krępy mężczyzna o czarnych wąsach i ciemnych oczach, ubrany w biały uniform szofera, opierał się o maskę i miął czapkę w ręku.
– Długo to jeszcze potrwa? – zapytała panna z niecierpliwością. – Usmażę się na tym słońcu!
            Szofer wzruszył ramionami. Zrobił już wszystko, co się dało.
– No, ruszże się, Vishaal – nalegała. – Za co ci płacą moi rodzice?
– Niestety, panienko – przemówił kierowca – ale posypały się lagi. Nie da się nic zrobić bez części zamiennych.
– To wymyśl coś! Muszę dziś dojechać do Trincomalee!
            Stali tak już pół godziny. Panowała nieznośna duchota, a nie było nawet komu wachlować dziedziczki. Zazwyczaj zajmował się tym służący Francis, ochrzczony Tamil, który i dziś towarzyszył pannie w wyprawie do miasta. Kiedy jednak auto się zepsuło, a kierowca Vishaal stwierdził, że jest bezradny, Francis poszedł do najbliższej wioski poszukać pomocy. Poszedł i nie wrócił.
Panna utknęła więc w połowie drogi, pośrodku zupełnej dziczy, z dala od ludzkich siedzib, pod palącym słońcem. Stała, perspirowała (bo przecież młoda kobieta z dobrego domu nie może się tak po prostu pocić) i z minuty na minutę stawała się coraz bardziej rozdrażniona. Miała ważne sprawy do załatwienia w mieście! Nie chodziło wyłącznie o zakupy. Przede wszystkim musiała złożyć podanie do dowódcy sił morskich, żeby oddał jej narzeczonego!
– Ile to jeszcze zajmie? – warknęła do Vishaala.
– Nie wiem, panienko.
– To kto ma wiedzieć?!
– O wiele pamiętam, to ze sześć mil stąd jest poczta, stamtąd Francis zadzwoni do miasta. Przyjedzie mechanik i raz-dwa to zrobimy.
– Zanim tamten przyjedzie z miasta, miną dwie godziny – rzuciła przez zęby. – Całą cerę sobie zepsuję!
– Może panienka stanąć  w cieniu, o tam, pod krzakiem – zasugerował Vishaal, wskazując skinieniem bananowiec.
– Nie denerwuj mnie! – wybuchnęła.
– Najpierw chce, żebym naprawił auto bez części zamiennych – zaterkotał pod nosem szofer w ojczystym języku, niezrozumiałym dla panny. – Potem, żebym jej nie denerwował. Jedno i drugie tak samo łatwe.
Josephine Longbrook skrzywiła się. Co za ordynus! Pod krzakiem? Żeby znowu ją coś użarło, jak ostatnio ptasznik wielkości cukiernicy? Nie było to niebezpieczne dla życia, ale strasznie bolało i zaczerwienienie utrzymywało się przez kilka dni. Henry’emu napisała, że to był wąż, żeby mu przemówić do rozumu. Nie tylko nie przemówiła, ale w ogóle przestał odpisywać na jej listy.
Henry… Czemu się jej trafił tak zupełnie niepoważny narzeczony? Uciekł na wojnę, gdy powinien bywać z Josephine w towarzystwie. Na pewno wyśmiewała ją cała okolica i do tego pół Kolombo! Ostatnio, będąc w gościach, wspomniała mimochodem, że jest córką największego producenta herbaty w całej prowincji. A ta nędzna Polly Newton odparła bezczelnie, że to nie sztuka być największym plantatorem herbaty w prowincji, gdzie uprawia się głównie ryż. Josephine wpadła w gniew, ale przecież nic strasznego jej nie zrobiła, kawałek oberwanej falbany to żadna tragedia! A oni wszyscy tak się na nią patrzyli, jakby nie widzieli, że to tamta prowokowała.
            Panna Longbrook tak się napawała swoim nieszczęściem, że wtem zaskoczyły ją ciężkie krople, dudniące o parasolkę. Co znowu? Środek pory suchej, dzień od samego rana upalny, a tu zaczyna padać? Zdarza się czasem, ale czemu akurat tego dnia, kiedy ona musi jechać do Trincomalee? Podniósłszy wzrok, dostrzegła wielkie, szare chmury kłębiące się po niebie. Znów zasłoniła się parasolem, gdy jedna z kropel trafiła ją prosto w oko.
            Deszcz zaanonsował się dobitnie, a potem lunął już na całego. Odległą ścianę drzew i miejsce, w którym droga niknęła za horyzontem, zasnuła szara zasłona wody. Bananowiec i inne, dalsze krzewy szumiały i falowały pod wpływem kropel rozbijających się o ich liście. Nim Josephine zdążyła zareagować, już zamókł jej dół sukni. Vishaal, zamiast pomóc pannie, uciekł za kierownicę, więc nie miała innego wyjścia, jak pofatygować się sama do auta. Mokra suknia kleiła się nieprzyjemnie do nóg, buty zapadały się w błocie, w jakie błyskawicznie zmieniła się nawierzchnia drogi.
Wreszcie panna Longbrook wciągnęła się na tylne siedzenie i zatrzasnęła za sobą drzwi. Deszcz bębnił jednostajnie o dach, czasami padał na nią z boku, więc przesunęła się na środek. Na zewnątrz nie było widać prawie nic prócz najbliższych drzew. Strugi deszczu płynęły drogą jak rzeka, wypełniając wgłębienia uczynione butami Josephine.
– Teraz to już bez słonia nie da rady! – mruknął Vishaal sam do siebie.
Josephine siedziała na tylnej kanapie i chciało jej się łkać ze wściekłości. Zawsze była wobec świata bez zarzutu i oczekiwała, że świat odwzajemni się tym samym. A kiedy świat okazywał się wobec niej nie w porządku, dlaczego miałaby dotrzymywać swojej strony umowy? Tak jak wtedy, gdy jechała do rodziców Henry’ego, a na drodze zatrzymała ją banda rozwścieczonych syngaleskich robotników, którzy o mało nie zlinczowali Francisa. Te dzikusy nie doceniają, że mają pracę i w dodatku dostają do roboty narzędzia, nie muszą przychodzić z własnymi. A mimo to chce się im więcej!
Henry tak samo. Niedojrzały człowiek, nie dociera do niego, że ślub z nią to najlepsze możliwe wyjście. Jego obowiązkiem jest przecież zapewnić jej życie na godziwym poziomie, a przede wszystkim spełnić wolę swoich i jej rodziców, aby można było utworzyć konsorcjum. Mijał kolejny rok, a Henry nie wybierał się z powrotem. Wręcz przeciwnie…
Po jego ostatnim liście Josephine wpadła w taki gniew, że skrzyczała pokojówkę. Zwracał jej słowo? Darował jej wolność? Impertynent! Oczywiście, że nie powiedziała nikomu, od razu byłby skandal. Po zaręczynach jedna czy druga ciotka wspominała czasem półgębkiem, że mężczyzna musi się wyszaleć, ale ona jest panną na poziomie i będzie tak, jak sobie zażyczy. Poza tym Henry już się wyszalał, i to z nawiązką, uciekając od niej. Kto wie, z iloma on się łajdaczy w tej Anglii?
Ale to do czasu. Z Henrym jest tak samo jak z tym autem: utknęło, ale kiedyś w końcu ruszy, nawet jeśli trzeba będzie sprowadzić słonia, żeby wyciągnął je z błota. Josephine będzie cierpliwa, a osiągnie swój cel. W końcu wszystko musi być jak należy.



Rozdział 59. Niemiły gość



Lipiec tego roku był w Anglii wyjątkowo chłodny i deszczowy, z czego nie cieszył się porucznik Vincent, marząc, by część obowiązków służbowych pełnić w końcu na świeżym powietrzu, ani równie ciepłolubny kapitan Roelofs. Zresztą prawie nikt nie wyglądał na zadowolonego z tak chłodnego lata, jedynie Kanadyjczyk Nesbitt sprawiał wrażenie, że taka pogoda mu nie przeszkadza.
Dni były jednak, jak to w lipcu, długie, co oznaczało więcej czasu na patrole lotnicze, jeżeli pogoda pozwalała. Lotnicy z Chopham latali wprawdzie na krótki dystans, bo komandor podporucznik Filgate kazał oszczędzać paliwo na wypadek ataku nieprzyjaciela, ale jeżeli nie było deszczu, mgły czy silnego wiatru, to niektóre załogi wylatywały nawet i po cztery razy dziennie.
Na wybrzeżu Suffolk panował spokój, większość patroli mijała więc rutynowo, bez niespodziewanych zdarzeń. Parę razy trzeba było rozpoznać rejon, z którego doniesiono o dostrzeżeniu okrętu podwodnego, ale okazywało się, że był to okręt brytyjski albo w ogóle przywidzenie nazbyt nerwowych rybaków. Kiedy zaś ci ostatni natknęli się na sztorm, hydroplany eskadry B wyruszały ratować tonących. Raz tylko ogłoszono generalny alarm, kiedy do Chopham dotarł meldunek na podstawie danych wywiadowczych, że niemiecki sterowiec wyszedł z Wilhelmshaven w rejs do Anglii. Cały dywizjon został postawiony w stan gotowości, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Po kilku godzinach na morzu zerwał się sztorm, więc nie tylko samoloty nie mogły wystartować, lecz, na szczęście, i sam zeppelin nie dotarł do celu. Widocznie zawrócił do portu albo nawet nasiąknął wodą deszczową i opadł do morza .
Scolding i Vincent wylecieli na pierwszy patrol jeszcze przed śniadaniem. Sami, gdyż Filgate zabronił patrolowania parami. Drugi samolot stał w gotowości na pasie i miał startować dopiero w razie zgłoszenia niebezpieczeństwa. Pary, klucze czy w ogóle większe formacje podrywano raz w tygodniu w ramach ćwiczeń, a poza tym wyłącznie w wypadku alarmu bojowego, czyli bardzo rzadko.
Tony nie krył rozgoryczenia z powodu odrzucenia przez dowódcę dywizjonu metod wypracowanych przez niego w praktyce. Filgate poświęcał bezpieczeństwo w imię oszczędności, choć oficjalnie twierdził, że kieruje się właśnie względami bezpieczeństwa. Człowiek ten nieprzychylnie patrzył na wszelkie przejawy indywidualizmu i wyobraźni, a Scolding dochodził do wniosku, że coraz bardziej się dusi pod jego rozkazami. Dlaczego nie mógł znów wykonywać tajnych misji pod kierownictwem kontradmirała Hilla?
Apogeum nastąpiło przed tygodniem. Skoro dowódca odrzucił wniosek kapitana Scoldinga o zaopatrzenie w spadochrony, Tony wraz z Dunmore'em, Roelofsem i Crane'em zrzucili się i z własnej kieszeni zakupili na początek trzy sztuki, aby przynajmniej część personelu latającego miała większe szanse przeżycia w razie wypadnięcia z samolotu. Gdy jednak spadochrony dostarczono do Chopham, Filgate kazał je zamknąć na klucz w jednym z magazynów, nie zaszczycając pomysłodawców nawet zdawkowym wyjaśnieniem. Henry współczuł przyjacielowi, lecz niewiele był w stanie poradzić.
We czwartek rano porucznik Vincent był zresztą sam w niewyraźnym nastroju. Wszystko za sprawą snu, w którym Henry znalazł się znów na Cejlonie, i to jeszcze w jakich okolicznościach –przyjechał z Lindą na obiad do rodziców. Była tam również Josephine, która, o dziwo, nie miała żadnych pretensji, że jej narzeczony prowadza się z inną kobietą, za to z jakiegoś powodu wciąż się czepiała fioletowej sukni panny Dryden. W dodatku zwracała się do Lindy „słonko”, co sprawiało jeszcze bardziej idiotyczne wrażenie: „Nie, słonko, nie możesz chodzić w czymś takim”. W końcu Linda nie wytrzymała presji i walnęła Josephine wazonem w głowę. Wybuchła afera, po Lindę mieli przyjechać policjanci i Henry czekał bezradnie, aż niosący ich na grzbiecie słoń wychynie z dżungli… Ale nie wychynął, bo porucznik się obudził.
Sen pozostawił Vincenta w stanie dziwnej i tęsknej dezorientacji. Mimo chłodnej pogody o wiele bardziej brakowało mu Portsmouth niż Cejlonu, zresztą na południowym wybrzeżu było ponoć cieplej niż w innych rejonach Anglii. Wzbudzona senną wizją tęsknota wobec Lindy okazała się jednak wręcz bolesna, bo choć często do siebie pisali i listy nadchodziły co kilka dni, to wciąż nie było to samo, co znaleźć się wprost w jej ramionach… Z drugiej strony nadeszło wspomnienie rodzinnej plantacji. Rzędy herbacianych krzewów, wędrujące wśród nich i pochylające się miarowo robotnice o równie herbacianej cerze, wąsaty robotnik pokrzykujący na słonia… A do tego wszystkiego jeszcze Josephine. Również i w jej przypadku nocny majak nie był tym samym, co prawdziwa osoba, ale Vincent i tak czuł się nieswojo. Ach, gdyby tak dostać w końcu urlop i wybrać się na kilka dni do Portsmouth, dotyk ust najwspanialszej Lindy Dryden uleczy go z wszelkich niepokojów…
Tony posadził maszynę na fali biegnącej ku brzegowi i doprowadził ją na niskich obrotach do pomostu. W oddali z prawej burty, tam, gdzie w morze wbijał się falochron zbudowany z drewnianych belek, Henry dostrzegł kilka poruszających się sylwetek. Spojrzawszy przez lornetkę, rozpoznał, że to kwatermistrz Cornwell brodzi wzdłuż falochronu w gumowcach, a towarzyszy mu kilku marynarzy z żerdziami i bosakami.
Hydroplan dobił do pomostu, Scolding i Vincent wysiedli, przekazując maszynę mechanikom, którzy podczepili ją do żurawia i pod kierunkiem bosmana Angusa zaczęli ustawiać pływakami na wózku. Samolot musiał nieco wyschnąć, zanim odtoczą go do garażu.
Obaj oficerowie udali się na śniadanie, rozpinając w drodze skórzane półpłaszcze. Tony uniósł dłoń, pozdrawiając porucznika Thorne-Stevensa, który siedział obok przygotowanego na pasie startowym nieuporta. To właśnie on dyżurował na wypadek, gdyby potrzebowali pomocy, a teraz mógł już iść na jednego. Na kolejny patrol mieli się wybrać za dwie godziny Dunmore z Howlettem, po nich Piet Roelofs z Crane'em, później zaś – Braeburn, z Borkerem albo Reynoldsem.
Na razie kapitan Thomas Dunmore zmierzał od dworu w kierunku świeżo przybyłych kolegów. Nie miał czapki i wyglądał na zirytowanego.
Co się stało? – zapytał Scolding.
– Nie widzieliście Cornwella?
– Chodził po falochronie! – powiadomił Henry. – Chyba sprawdzał, czy nie trzeba naprawić. A czego od niego chcesz?
– Dać mu w mordę! – odrzekł Northumbryjczyk. – Żeby się nauczył, że na herbacie się nie oszczędza! Kupił najtańszą możliwą i będziemy teraz tygodniami chlać to syfistwo! Sam powiedz, Henry, czy twoim zdaniem ten surogat herbaty nadaje się choćby do wypychania krokodyli?
– Trzeba złożyć reklamację – stwierdził Tony.
– Już widzę, jak stary się zgodzi – parsknął Dunmore bez przekonania.
– Oczywiście – zauważył Scolding. – Powie, że to strata czasu i że we Flandrii, jak brakowało wody, parzyli kawę na końskich… nieważne i jakoś to przeżył.
– On i ta jego Flandria. Zupełnie jakby siedział w okopach, a nie był lotnikiem, jeszcze dowódcą. Ja też byłem we Flandrii, jeszcze w czternastym roku, i co z tego?
– Najwyżej zamiast herbaty będziemy pić wino – uznał Tony i ruszył z Vincentem w stronę dworu, żeby zjeść w końcu śniadanie.
– Jeżeli przejdziemy na wino, na pewno się okaże, że ma sztych octowy! – krzyknął za nimi Northumbryjczyk.
Czy Dunmore ostatecznie policzył się z Cornwellem, tego ani jeden, ani drugi nie wyjawił. Przed południem, gdy do bazy przyjechała z Felixstowe ciężarówka z zaopatrzeniem, pierwszy z nich przygotowywał się do patrolu, a drugi przeprowadzał inwentaryzację dostawy. Kapitan Scolding wyszedł na śródokręcie, żeby się przekonać, co przywieziono. Większość ładunku stanowił prowiant, ale osobno marynarze z sekcji kwatermistrzowskiej wyładowywali na bok skrzynki z napisem „Buckingham – pociski zapalające kal. 0,303”. Przyjechała też najświeższa poczta, kiedy więc Tony wszedł do salonu, zastał Vincenta i Borkera przy lekturze listów, a Braeburna medytującego nad otwartą paczką.
– Prosiłem, żeby przysłali mi skarpetki – powiedział syn pastora. – No i przysłali, aż jedenaście.
– Masz jedną w zapasie – stwierdził Vincent.
– Ale z tych jedenastu tylko dwie są do pary i akurat te dwie są dziurawe.
– Było coś do mnie? – zapytał Scolding.
– Dzisiaj nic nowego.
– Dostaliśmy nową amunicję zapalającą na balony i sterowce – oznajmił kapitan. – Przypominam, że konwencje międzynarodowe zabraniają używania nabojów zapalających bezpośrednio przeciw ludziom. Kiedy Traylor wróci, trzeba mu powiedzieć, żeby patrzył, gdzie celuje.
– Widzieliście tego ważniaka, co przyjechał? – zapytał Evan Borker. – Nie podoba mie sie, jakiś ponury jegomość.
– Co znowu? – zdziwił się Tony. – Nikogo nie widziałem.
– Komandor podporucznik, poszedł od razu do dowódcy – wyjaśnił Braeburn. – Spojrzenie miał jak blasfemia, aż mnie ciarki przeszły.
– Ano właśnie. Normalny żandarm! – stwierdził Borker.
– Pewnie mechanicy znowu narobili warchołu w Ipswich.
– A pewnie! Jak się chłop za długo nie rozerwie, to mu durnoty, za przeproszeniem, po głowie chodzą. Pamiętam, jednego razu na tyłach w Boulogne…
Nagle przyszedł starszy marynarz Leane, ordynans dowódcy dywizjonu. Przystanął przed Tonym i zasalutował.
– Panie kapitanie, dowódca chce pana widzieć – zameldował.
Pełen złych przeczuć, Scolding udał się do kajuty Filgate'a. Oprócz samego dowódcy zastał tam nieznajomego oficera. Mężczyzna ten, odziany w nieskazitelnie biały letni mundur, miał pociągłą twarz bez wyrazu i zimne, stalowoszare oczy. Siedział na krześle obok biurka i palił papierosa.
– Kapitanie – odezwał się Filgate – przyjechał do nas komandor popodrucznik…
– Smith – przedstawił się nieznajomy, choć Tony miał silne przeczucia, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko.
– Właśnie, Smith z
kontrwywiadu. Chciałby zadać panu kilka pytań. Zostawię was teraz samych.
Wbrew swoim słowom nie wyszedł z kajuty, tylko udał się za przepierzenie w głębi, gdzie znajdowała się jego sypialnia. Nie był stamtąd widoczny, ale wszystko słyszał.
Miło pana poznać, kapitanie – powiedział ironicznie Smith. – Chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat Irlandczyków służących w pana eskadrze.
Obecnie wiadomo mi tylko o jednym, i to nie w eskadrze, a w personelu bazy, bo kapitan Dunmore, wbrew pozorom, nie jest Irlandczykiem. To starszy sanitariusz McNulty.
– Obecnie – powtórzył Smith. – Mówi coś panu nazwisko Calum Flynn?
– Oczywiście! – Tony poczuł się zaintrygowany. – To był jeden z moich podwładnych. Co się z nim stało?
– Nie wie pan?
– Gdybym wiedział, nie zadałbym tego pytania. Zaginął bez wieści kilka miesięcy temu.
Komandor podporucznik wydmuchnął dym.
– Pański podwładny, jak się okazało, był uczestnikiem wymierzonych w panowanie Korony Brytyjskiej bandyckich rozruchów w Dublinie. Staramy się wytropić jego współspiskowców.
Tony spojrzał na oficera uważnie. Faktycznie, coś w jego spojrzeniu budziło głęboki niepokój.
– Czy jest pan pewien, że chodzi o tego samego Flynna, panie komandorze? Może to przypadkowa zbieżność ? Pewne nazwiska często się powtarzają wśród Irlandczyków.
– Bez wątpienia. Wśród dowodów zabezpieczonych przez policję znalazła się czapka marynarska z emblematem RNAS. A także kurtka z naszywką mechanika lotniczego.
Wieści o Flynnie wprawiły kapitana w zakłopotanie. Zapamiętał go jako kogoś, kto zdawał się mieć dobre intencje, ale i tak pakował się w kłopoty. Śledził oczywiście na bieżąco kwestię irlandzką, tak, jak przedstawiano ją w prasie, nie odmawiał Irlandczykom pewnych racji, lecz działalność polityczna to jedna rzecz, a walka zbrojna – co innego. Zwłaszcza gdy człowiek występował z bronią w ręku przeciwko władzy, której równocześnie służył na wojnie przeciw komu innemu. Tony daleki był od stosowania mocnych określeń typu „zdrada” (tym bardziej, że po długich rozmowach z Emily skłonny był patrzeć na sprawy pod różnym kątem), lecz pojęcie „konflikt interesów” wydawało mu się adekwatne.
– To bardzo zasmucający obrót zdarzeń – przyznał.
Smith spojrzał na niego uważnie.
– Zasmucający, ponieważ?
– Starszy mechanik Flynn miewał problemy z niesubordynacją, ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kto by sympatyzował ze skrajnymi organizacjami.
– Aha. Jakiego typu problemy?
– W czasie wychodnego miał tendencje do wdawania się w bójki z miejscową ludnością, zazwyczaj na tle erotycznym.
– Co to są „bójki na tle erotycznym”, na litość boską? – nawet w tym momencie oblicze Smitha pozostawało kamienne, a jego głos niewzruszony.
– Miejscowym się nie podobało, że spoglądał pożądliwie na ich krewne – wyjaśnił Scolding, usiłując zachować powagę, która, ku jego przerażeniu, trochę mu się wymykała. – Albo że korzystał z… pewnych usług bez płacenia, czy coś w tym rodzaju.
– I mimo to zgłosił pan go do odznaczenia?
– Za to, czym zasłużył w warunkach bojowych, nie za to, co robił po służbie.
– Aha. – Kontrwywiadowca strząsnął popiół do popielniczki. Wobec jego kompletnie nieprzeniknionej twarzy Tony nie mógł się zorientować, czy jego odpowiedzi są dla Smitha satysfakcjonujące, czy wręcz przeciwnie. – A więc nie dostrzegł pan żadnych oznak działalności wywrotowej starszego Flynna?
– Nie przypominam sobie.
– To proszę się skupić. Czy nie obracał się on w towarzystwie budzącym podejrzenia? Może zauważono, jak bez wyjaśnienia przebywał w pobliżu sprzętu łączności?
– O tym również nic mi nie wiadomo. Zresztą, z kim on miałby tutaj spiskować? Był w jednostce jedynym Irlandczykiem, od momentu przybycia aż do urlopu, z którego nie wrócił.
– Mógł przekazywać informacje nieprzyjacielowi – wyjaśnił Smith. – Dla pana wiadomości, istnieją dowody, że Sinn Feinersi utrzymywali kontakty z Niemcami.
– Tak czy inaczej – stwierdził Scolding, nie patrząc na swego rozmówcę – Flynn był mechanikiem, nie radiooperatorem. Zajmował się obsługą samolotu.
– A w samolocie znajduje się radiostacja, nieprawdaż?
– Owszem, ale specjalność Flynna to cieśla-mechanik, a mój obserwator może panu zaświadczyć, że nawet przy pełnym przeszkoleniu obsługa naszych nadajników pokładowych to nie taka prosta sprawa. Poza tym one są na dynamo, zasilane wiatraczkiem. Musiałby nadawać i jednocześnie sobie dmuchać.
– Ach tak… A może pamięta pan, czy w tym samym okresie w jednostce dochodziło do wypadków niewyjaśnionego zaginięcia broni, amunicji czy innego materiału wojennego?
– Nie pamiętam nic takiego – powiedział Tony z zamyśleniem. – Nie, chwilę! Kiedy stacjonowaliśmy na Malcie, pewnego dnia nie mogłem się doliczyć przydziałowych nabojów do rewolweru.
– I co pan z tym zrobił?
– Poszedłem do magazynu po kolejną porcję.
– Aha. Poszedł pan do magazynu. Nikomu pan nie zgłosił kradzieży amunicji?
– Nie podejrzewałem kradzieży, ktoś musiałby wejść przez okno do zamkniętego pokoju. Sądziłem, że sam wykorzystałem te naboje na strzelnicy.
– Ale nie wiedział pan tego na pewno?
– Nie byłem wówczas w najlepszej kondycji psychicznej.
– Aha – potwierdził Smith. – Czy to pańska kondycja mogła sprawić, że nie zauważył pan też żadnych objawów działalności wywrotowej?
– Prawdę mówiąc, przy moim ówczesnym stanie, gdyby w odległości dwudziestu jardów ode mnie nastąpiło powtórne przyjście Chrystusa, również mógłbym tego nie zauważyć.
Smith zaczął coś zapisywać w małym notatniku leżącym obok czapki.
– Krótko mówiąc, nic pan nie widział i nic pan nie pamięta, poza tym, że zginęły panu naboje, które może pan sam wystrzelał, a może komuś niechcący oddał. Czy tak?
– Nie powiedziałem, że oddałem.
– Ale mógł pan, prawda?
– Nie, panie komandorze. Nie mam odruchu dzielenia się amunicją, a już szczególnie z ludźmi bez stopni oficerskich, którzy i tak nie używają tego kalibru.
Oficer kontrwywiadu zaciągnął się dymem, po czym zgasił papierosa i schował notatnik do kieszeni.
– Dobrze, tyle mi wystarczy – powiedział, po czym zwrócił się w stronę przepierzenia. – Muszę już wracać, komandorze Filgate.
Dowódca dywizjonu wyszedł i odprowadził Smitha do drzwi, nakazując Tony'emu zostać jeszcze na chwilę. Kapitan miał złe przeczucia, spodziewał się reprymendy. Już sama rozmowa z rzekomym Smithem nie należała do przyjemnych, a teraz dowódca bez wątpienia wykorzysta ją jako pretekst, by po raz kolejny zademonstrować swoje niezadowolenie.
Filgate wrócił po chwili i usiadł za biurkiem, nie zapraszając Tony'ego na miejsce zwolnione przez gościa.
– Więc okazuje się, że zadaje się pan z podejrzanymi osobnikami.
– Cóż, panie komandorze – odparł kapitan. – Specyfika zawodu oficera polega na tym, że człowiek często zadaje się z różnymi osobnikami, na przykład gotowymi zabić kogoś albo i takich, którzy już kogoś zabili.
– Poczucie humoru się panu wyostrzyło, Scolding – syknął komandor. – A ja nie potrzebuję od pana poczucia humoru! Ja potrzebuję nienagannej służby!
– Na temat mojej służby wszystkiego może się pan dowiedzieć z moich akt personalnych, panie komandorze.
– Właśnie je przejrzałem i dowiedziałem się, że jakiś czas temu korzystał pan z pomocy lekarza psychicznego.
Tony wydał z siebie ledwie słyszalne westchnienie.
– Nie będę ukrywał, że kiedy się źle czuję, to idę do lekarza.
– Wynika z tego taki wniosek – stwierdził dowódca groźnie – że przedtem nie rozumiałem, dlaczego sprawia pan takie problemy. A teraz już wiem. Pan jest po prostu niezrównoważonym człowiekiem!
– Być może jestem – zgodził się Tony. – Ale nie wpływa to niekorzystnie na moją służbę.
– To pan, Scolding, sam niekorzystnie wpływa! – warknął Filgate. – Zmuszony jestem wydać panu zakaz lotów, aż do odwołania.
– To niemożliwe, dowodzę eskadrą – zaprotestował Scolding, zaszokowany decyzją przełożonego.
– Dowództwo nad eskadrą B obejmie tymczasowo kapitan Roelofs.
– Ale właściwie na jakiej podstawie? Nie w mojej sprawie kontrwywiad prowadzi dochodzenie.
– Reprezentuje pan kompletny upadek ducha bojowego wśród poddanych Korony! Nie będzie pan w takim stanie dowodzić formacją bojową. Przy biurku powinien pan znaleźć wystarczająco dużo czasu, żeby się zastanowić nad sobą. Odmaszerować!


***

Ciepłym lipcowym wieczorem Linda Dryden wracała do domu. Miała za sobą długą przechadzkę po parku.
W ostatnim czasie lubiła chodzić na spacery. Nie tylko dla sprzyjającej pogody, lecz również i dlatego, że spacer był jedną z najtańszych rozrywek. Do drugiej z nich niezbędny był Henry Vincent, a on, niestety, ciągle siedział w Suffolk.
Linda marzyła, by wkrótce znów do niego pojechać, ale nie znajdowała się w dobrej kondycji finansowej. Nawet w pełni sezonu teatr płacił jej o wiele mniej, niż zasługiwała z racji swojego talentu. To, co zarabiała, rozchodziło się na bieżąco, jeśli nie liczyć skromnych oszczędności przeznaczonych na przeżycie poza sezonem. O tej zaś porze roku zmuszona była chwytać się innych możliwości, występując na imprezach
charytatywnych, dla urlopowanych żołnierzy czy na rzecz propagowania pracy kobiet w przemyśle. Zarobki były tu nad wyraz marne, ale świat nie kończył się przecież na pieniądzach.
W poprzednich latach wpadała czasem w oko jakiemuś lordowi, przemysłowcowi czy innemu majętnemu obywatelowi. Zaczynały się obiady, kolacje, a czasem nawet bogacz stawał się na jakiś czas jej mecenasem, choć oboje doskonale wiedzieli, że nie o kwestie artystyczne mu chodziło. Na krótką metę poprawiało to sytuację finansową panny Dryden. Lecz do takich układów nie było powrotu, od kiedy poznała porucznika Vincenta. To bez wątpienia była prawdziwa miłość, a korzyści, jakie dawało to uczucie, nie zrozumiałby nikt, kto choć raz nie był zakochany, podobnie jak żaden nie-artysta nie mógłby pojąć, jak potężnym i uzależniającym stanem była satysfakcja z dobrego występu czy porywającego wykonania trudnej arii. Tego nie dało się przeliczyć na funty i szylingi.
Ale Henry nadal nie przyjeżdżał, choć gęsto pisał do niej listy. Linda nie mogła wyjść z podziwu, jak słodki jej się wydaje po tylu miesiącach. Z nikim jeszcze dotąd nie była tak długo i wcale nie miała zamiaru przestawać. Na razie miała dla niego prezent.
Wróciwszy do mieszkania, Linda w pierwszej kolejności poszła do pokoju. Wyjęła z torebki ciężki przedmiot owinięty w płótno i położyła na szafce nocnej, tuż obok oprawionej w ramkę dużej fotografii, na której wraz z porucznikiem Vincentem siedzieli na ławce, trzymając się za ręce.
Poprzedniego dnia, na zaproszenie jednego z towarzystw dobroczynnych, panna Dryden wystąpiła dla rannych, którzy wrócili z frontu.
Pamiętała, jak Henry ubolewał, że po storpedowaniu okrętu przepadł jego mauser, więc po recitalu postanowiła poszukać wśród słuchaczy, czy któryś przypadkiem nie ma takiego pistoletu na zbyciu. Mausera miał tylko jeden podporucznik saperów, który nie zamierzał go sprzedawać. Za to ranny w głowę kapral z pułku Loyal North Lancashire miał lugera P08. Przekonywał, że to szczytowe osiągnięcie niemieckiej techniki rusznikarskiej, wcale nie gorsze niż mauser. Po krótkich targach Linda odkupiła od kaprala pistolet wraz z magazynkiem i dziewięcioma nabojami. Poszły na to całe jej zarobki z ostatniego tygodnia, ale czego się nie robi dla miłości? Miała nadzieję, że kiedy Henry w końcu przyjedzie, to tak się jej odwdzięczy za ten prezent, żeby nie miała potem siły podnieść się z łóżka.
Odwinęła płótno, przyglądając się po raz kolejny śmiercionośnej klamce z charakterystyczną ukośną kolbą. Może powinna rozejrzeć się i za kaburą? Ale to już później. Na razie, po gorącym dniu, należała jej się kąpiel.
Wypoczywając w wannie, gdy letnia woda obmywała jej ciało – którego wielu pożądało, ale teraz już tylko jeden był godzien – Linda rozmarzyła się. Henry pisał, że nie wiadomo, kiedy będzie miał urlop, ale gdyby tak przyszło mu do głowy zrobić jej niespodziankę i przybyć bez zapowiedzi, do czego zresztą dała mu prawo, obdarowując go drugim kompletem kluczy… Byłoby wspaniale. Możliwe, że nie siedzieliby w Portsmouth. Zabrałaby go na krótkie wakacje, do Eastbourne, Brighton czy Dover. A może powinna sama do niego pojechać i przy okazji znaleźć we wschodniej Anglii teatr albo operę, gdzie zaoferowaliby jej wynagrodzenie bardziej godziwe niż w New Theatre Royal?
Z przyjemnością snuła plany tego rodzaju, siedząc na skraju łóżka i rozczesując umyte włosy. Za oknem już się ściemniało, więc zasunęła zasłony i zapaliła lampę. Wyprawa pochłonęłaby tyle jej oszczędności, że musiałaby jakoś przebiedować do końca sierpnia i ewentualnie chwytać kolejne prace na boku. Jednak byłaby to jakaś zmiana w jej życiu. Na lepsze czy na gorsze, ale zawsze zmiana. Zresztą, czy mając u boku porucznika Vincenta, można się spodziewać zmian na gorsze?
Nagle rozległo się stukanie do drzwi. Serce Lindy zaczęło gwałtownie bić, poczuła, jak brakuje jej oddechu. Czy to możliwe? Rzeczywiście zrobił jej niespodziankę? Nie, raczej to nic specjalnego, pewnie stróż albo któryś z sąsiadów. A może jednak? Panna Dryden zerwała się z łóżka, szybko owinęła się szlafrokiem, wsunęła pantofle i kłusem podbiegła ku wejściu. Drżącymi rękoma przekręciła klucz w zamku, otworzyła drzwi…
– Co? – wykrzyknęła zaszokowana. – Tylko nie ty!