sobota, 17 czerwca 2017

Rozdział 49. Bicie serca

Jako pierwsze w Aberlogwyn obudziły się ptaki. Ich śpiewne trele, czy to proste i powtarzane w kółko, czy te bardziej skomplikowane, wieściły nowy dzień i pozwalały mieć nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego. Co prawda akurat w tym konkretnym punkcie na mapie Europy mało kto miał podstawy do narzekania na poprzedni dzień.
Spośród ludzi służąca Iris pierwsza poczuła na twarzy poranne słońce. Niespiesznym krokiem, ciągle ziewając, wyszła na podwórze drzwiami dla służby, niosąc w rękach dwa duże wiadra: przed śniadaniem trzeba było przynieść wody ze studni.
W drodze powrotnej Iris dostrzegła wzdłuż ściany dworu rozsypane kawałki szyb, stłuczonych na skutek kolejnego wybryku pana z Roddbwlch. Odniosła wiadra do kuchni, wróciła z szuflą, uklękła przy tłuczonym szkle i zaczęła pieczołowicie zbierać odłamki. To zajęcie pochłonęło ją tak bardzo, że nie zauważyła, że ktoś skradał się za nią od strony wyjścia dla służby. Henry Vincent w codziennym mundurze, nieco jeszcze rozchełstany, prawie bezgłośnie przemknął za plecami pochylonej Iris, dopadł ciemnej ściany starego parku i zniknął w zaroślach.
Stopniowo wstawali inni: czy to służba, czy goście, którzy po przyjęciu zostali na noc. Evans, ścierając rękawem z twarzy resztki mydła, śpieszył do garażu, żeby doprowadzić auto do używalności, bo po śniadaniu czekała go kolejna jazda na dworzec.
Kiedy około ósmej Emily zeszła na śniadanie, zastała na werandzie całkiem spore grono. Matka jeszcze nie wróciła z porannego obchodu gospodarstwa, przy stole siedziała za to pani Abrahams w towarzystwie Ariadny i Cordelii. Wyglądała jak nauczycielka przemawiająca do uczennic. Był też młodociany Percy Coult, brat Saffron, a jej samej nigdzie nie było widać. Opodal zasiadał Dunmore. Pił mleko ze szklanego kufla i wyglądał na bardzo sponiewieranego.
- Jak się panu u nas podoba, kapitanie? – zagadnęła panna Knight.
- Pomijając ból głowy? Szalenie – odparł Northumbryjczyk. – Ale to nie ja jestem tym, któremu się tu powinno podobać najbardziej.
- Właśnie, Emily! – Ariadna Welsh klasnęła w dłonie. – Gdzie się podziewa twój wybranek? Jeszcze go dzisiaj nie widziałam.
- Pewnie jeszcze śpi. Musi być zmęczony, nie mam sumienia go budzić.
- I bardzo słusznie! – rzekła pani Abrahams. – Podstawą udanej współpracy damsko-męskiej jest uświadomienie sobie, że mężczyźni czasem potrzebują spać także w sensie dosłownym.
- Ależ proszę pani… – Ariadna wprost się zaczerwieniła na taką bezpośredniość.
Towarzystwo siedziało i czekało na śniadanie, oddychając rześkim porannym powietrzem i prowadząc niezobowiązującą rozmowę. Po jakimś czasie od strony starego parku nadeszła Saffron Coult. Szła rozkołysanym krokiem i wyglądała na bardzo zadowoloną.
- Czego suszysz zęby? – odezwał się do niej młodszy brat.
Saffron zignorowała go, zwracając się do Emily i reszty panien.
- Wyszłam sobie z rana na spacer – opowiadała z niekłamanym zachwytem – a tam, nad stawem, siedział w pozie lotosu złotoskóry Kryszna i grał na flecie! Co za piękny widok na rozpoczęcie dnia!
- Chyba jeszcze nie do końca wytrzeźwiałaś – Ariadna przyjrzała się jej z ukosa.
- Nie chciałbym być dla pani “osobą z Porlock”, panno Coult – przemówił Dunmore – ale to, co pani widziała, to najprawdopodobniej nie był żaden Kryszna, który, nawiasem mówiąc, powinien być ciemnoskóry, tylko porucznik Vincent.
- Toż ja nie mówię, że nie! To taka metafora, kapitanie!
- Porucznik Vincent wpadł ci w oko? – zapytała Cordelia z nutą ironii.
- Ach, zaiste! – westchnęła Saffron. – Porucznik, kapitan… Czy wszyscy oficerowie Royal Navy mają w sobie tyle uroku i wrażliwości?
- W zwykłej flocie nie, tam tylko rum, sodomia i chłosta – odparł Dunmore. – Uroku i wrażliwości powinna pani szukać w RNAS. Na przykład ja: najwrażliwszy jestem ze wszystkich, zwłaszcza po wczorajszym. Święty Kutbercie z Durham, nigdy przedtem nie wypiłem tyle walijskiej whisky w jeden wieczór. Teraz mam za swoje…
- Naprawdę grał na flecie? – Ariadna spojrzała z niedowierzaniem na pannę Coult, która energicznie przytaknęła.
- Podobno fleciści lepiej całują – zauważyła Cordelia. – Wykorzystują te swoje sztuczki z oddychaniem przez nos, żeby nie stracić tchu.
- Ale muszę przestrzec – wtrącił znowu Northumbryjczyk. – Pani jego serca słynie z ogromnego temperamentu. Sam widziałem, jak załatwiła jedną swoją konkurentkę. Co prawda było to na scenie w teatrze, ale jednak.
- Ach tak – odparła zdetonowana Saffron. – Cóż, trudno się mówi.
I odeszła, pociągając nosem.

Wkrótce śniadanie było gotowe do podania i goście przeszli do salonu, kapitan Scolding wciąż się jednak nie pojawiał.
- Dziewiąta godzina, a on śpi jak bóbr – niepokoiła się Mildred Knight. – Poruczniku Vincent, czy nie zechciałby pan uprzejmie obudzić kapitana?
Henry udał się więc w stronę pokojów gościnnych. Jedno z pomieszczeń w korytarzu było otwarte, w środku siedziała Saffron i cicho szlochała. Na widok porucznika nagle się rozpromieniła, ale kiedy minął jej drzwi bez słowa, powróciła do szlochu, tym razem nieco głośniejszego i bardziej ostentacyjnego.
Dochodząc do pokoju przyjaciela, Cejloński Storczyk usłyszał za plecami szybki stukot obcasów. Cordelia. Musiała się chyba przejąć rolą asystentki Emily, od poprzedniego dnia sprawiała wrażenie, jakby występowała w jej imieniu.
Henry zapukał. Odpowiedzi nie było, więc zapukał jeszcze raz.
- Tony, jesteś tam? – Brak odpowiedzi. – Pora na śniadanie!
Z pokoju dobiegało milczenie. Vincent poczuł niepokój. A co, jeżeli Tony’ego tam nie ma? A co, jeżeli…
Spojrzał pytająco na pannę Harris. Uśmiechnęła się. Boże, co za rudość! Na miejscu Dunmore’a już wiłby się z nią po podłodze, nie dbając o to, czy ktoś wyjdzie z któregokolwiek pokoju. Ale nie był Dunmore’em i o wiele bardziej wolał się wić z kim innym, wplatać dłonie w o wiele ciemniejsze włosy, tulić do siebie znacznie niższą sylwetkę. Jego serce nagle załomotało z tęsknoty za Lindą. Gdyby nie musiał się martwić o Tony’ego, mógłby spędzić resztę urlopu właśnie z nią…
- Wchodzimy? – zapytała Cordelia, a jej ton obudził w Henrym coś dziwnego i bardzo niepokojącego. Jeszcze raz zapukał i nie czekając na reakcję, nacisnął klamkę.
Kapitan Scolding leżał w pościeli. Z początku nie wyglądał na zbyt przytomnego, ale słysząc wpadającego do pomieszczenia Vincenta, odwrócił się ku niemu. Pobladłe lico Tony’ego rozjaśnił lekki uśmiech. Panna Harris podeszła do łóżka i przykucnęła, by jej twarz znalazła się na poziomie twarzy Scoldinga.
- Proszę już wstawać, kapitanie – powiedziała, patrząc mu w oczy. – Emilka się o pana strasznie martwi.
Podniosła się i zawróciła ku drzwiom, ale przy Henrym, zatrzymała się na sekundę.
- No, panowie, nie dajcie na siebie długo czekać, herbata stygnie – rzuciła i wyszła.
Gdy jej kroki na korytarzu ucichły, Henry westchnął ciężko.
- Nie mogę tak dłużej – powiedział. – Jak nie Cordelia, to ta mała Saffron. Ile ona ma lat, czternaście?
- Emily mówi, że dwadzieścia jeden, ale młodo wygląda.
- Wszystko jedno. Zamówię sobie medalion z dużym zdjęciem Lindy i przy wszystkich pannach będę go nosił na wierzchu.
Przysunął sobie krzesło i usiadł koło łóżka.
- Dobrze. Powiedz, jak się czujesz?
- Żałośnie – stwierdził Tony. – Ale z innego powodu niż dotychczas.
- To znaczy?
Kapitan Scolding podniósł się na łokciach, chwycił go atak kaszlu, niezbyt głęboki, ale męczący.
- Chyba się odrobinę przeziębiłem, Henry – wyznał.
- Tutaj? – nie dowierzał Vincent. – Przecież całkiem tu ciepło.
- Ale kiedy poszedłem sobie nocą na spacer i było chłodnawo.
- Co? Gdzieś ty łaził?
- Nie, wiem, było ciemno – Tony roześmiał się cicho, ale jego śmiech przerodził się w atak suchego kaszlu. – Chyba po parku. Możliwe, że się gdzieś tam zdrzemnąłem na ziemi, ale nic nie pamiętam.
Henry spojrzał na wiszący koło drzwi mundur Scoldinga. Kurtka i spodnie były wilgotne, widniały na nich ciemne plamy, chyba od ziemi czy suchych liści. Westchnął znowu.
- Po co to zrobiłeś?
- Chciałem się zmęczyć, żeby mi się lepiej spało. Wygląda na to, że poszło mi aż za dobrze.
Vincent troskliwie dotknął czoła swego pilota.
- Gorączki chyba nie masz.
- To dobrze. Chodźmy na śniadanie.
- Pomóc ci wstać?
- Dam sobie radę.
Choć wstrząsały nim dreszcze, a głowa wydawała się ciążyć przy nienaturalnie lekkiej reszcie ciała, Tony zdołał się ubrać we frak, który miał na sobie poprzedniego wieczoru. Mundur służbowy, najwidoczniej spostponowany drzemką na trawniku czy na stercie liści, zabrał Henry, idąc szukać osoby odpowiedzialnej za pranie.
Emily pojawiła się, zanim kapitan Scolding zdołał dotrzeć do końca korytarza. Szła ku niemu z szerokim uśmiechem, bez laski, opierała się o ścianę. Miała na sobie jasnozieloną suknię haftowaną w liście. Tony przyspieszył kroku. Gdy się zeszli, panna Knight spontanicznie pogłaskała go po włosach, a potem stanęła na palcach, aby pocałować. Prawie przy tym straciła równowagę, kapitan zdążył jednak złapać ją w talii.
- Naprawdę miło cię widzieć drugi dzień z rzędu – wyznała Emily z ustami o cal od jego twarzy. – Jak ci się spało?
- Doskonale. Kiedy już wreszcie udało mi się zasnąć.
- Czy coś ci się może śniło?
- Nie pamiętam, pewnie ty.
Jej cichy śmiech był zakłopotany, ale jednocześnie radosny.
- No wiesz? Akurat wtedy, kiedy masz prawdziwą mnie na wyciągnięcie ręki? – Chwyciła go za dłoń i pociągnęła za sobą. – Musisz coś zjeść.

Śniadanie w małym gronie gości przebiegło spokojnie. Na wieść, że kapitan Scolding jest osłabiony, Mildred Knight natychmiast kazała podać mu herbatę z konfiturą malinową i poprawić koniakiem. Emily skończyła posiłek jako pierwsza i zasiadła do pianina, podczas gdy brygadier Grubb-Platt opowiadał, jak któreś swoje urodziny spędził w na wpół zrujnowanej placówce na stoku wzgórza, pod nieprzerwanym ostrzałem.
Tony’emu trochę brakowało apetytu, ale jadł, żeby nie sprawić przykrości gospodyni. Obudził się tego ranka już po świcie, nękany bólem głowy i piaskiem pod powiekami. Przez chwilę kontemplował nieznane otoczenie o pastelowych ścianach, aż uświadomił sobie, że jest w Aberlogwyn. Spojrzał na krzesło obok łóżka. Ach, gdyby Emily tam siedziała, niczym kapłanka-uzdrowicielka, czekając na jego przebudzenie, przyciągnąłby ją wtedy do siebie… Z taką myślą przewrócił się na bok, wsłuchując się w przenoszone przez materac bicie własnego serca, i znowu zasnął. Dopiero teraz, o dziewiątej, obudził go szturm Henry’ego.
Ale wtedy, gdy leżał w pogrążonym w ciszy pokoju gościnnym, zdał sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy. Od czasu storpedowania “Evelyn” regularnie nachodziły go myśli o tym, by ze sobą skończyć. Na urlopie było dużo lepiej, ale jeszcze nie idealnie. Nigdy nie brzmiały jak przymus, raczej jak niezobowiązująca, atrakcyjna propozycja. A tego ranka Tony pomyślał, po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna, że faktycznie świat mógłby ponieść w ten sposób jakąś stratę.
Czyżby był bliski wyzdrowienia? Z jednego wydobrzał, na drugie zachorował. Ale z dwojga złego wolał przeziębienie. Uśmiechnął się do swoich myśli. Wyglądało na to, że w końcu jest szczęśliwy, przynajmniej przez chwilę.
Po śniadaniu przyjechał wuj Robert w towarzystwie Miakiszewa, obejrzeć szkody, których narobił pierwszy z nich wraz z Dunmore’em, i poczynić ustalenia co do wizyty szklarza. Pani Mildred oznajmiła bratu, że nie zamierza sama nic załatwiać w tej sprawie – skoro sam zepsuł, to niech sam naprawia. Northumbryjczyka potraktowała łagodniej, bo gość to jednak gość, a zresztą on już poniósł konsekwencje, pokrywając spowodowane kulą armatnią straty w zagrodzie dzierżawcy Enceladusa Jonesa. Sama afgańska trzyfuntówka, która stała się przyczyną całego zamieszania, stała teraz pod ścianą stajni, zagwożdżona i z zaczopowanym wylotem lufy, na wypadek, gdyby imć Griffithowi znowu przyszły do głowy jakieś głupie pomysły.
Wkrótce Coultowie musieli już się zbierać w powrotną drogę do Merthyr Tydfil. Pożegnali się z solenizantką, jej matką oraz resztą gości. Saffron wprawdzie boczyła się wtedy na Henry’ego, ale kiedy odjeżdżali, wciąż wbijała przez okno wzrok w jego sylwetkę, choć porucznik Vincent na nią akurat nie patrzył.
Scolding wyszedł na chwilę na dwór, ale nie czuł się najlepiej, więc szybko wrócił do salonu, gdzie zatopił się w jednym w foteli przy małym stoliku. Przeglądał “Glamorgan Gazette” zostawioną przez kogoś z gości, usiłując przeczytać ze zrozumieniem sprawozdanie z koncertu jakiegoś chóru.
- Wypróbowałam pióra od ciebie – usłyszał nagle głos Emily.
Panna Knight weszła do salonu, swoim asymetrycznym krokiem pokonała odległość i opadła na fotel po przeciwnej stronie stolika.
- Sprawiłeś mi naprawdę ogromną przyjemność – przyznała. – Chociaż ostatnio tyle piszę, że chyba niedługo będę potrzebować maszyny do pisania.
- Gdybym wiedział wcześniej, postarałbym się i o maszynę.
- No coś ty! Lubię pisać nocami, a wtedy maszyna to nie najlepszy pomysł. Obudzę cały dom.
Uśmiechnął się łagodnie.
- Dasz mi kiedyś przeczytać?
- Oczywiście! – rozpromieniła się. – Chętnie usłyszę twoją opinię.
- Kocham cię – przypomniał Tony. – Nie będę obiektywny.
Emily wyciągnęła rękę przez stół i uścisnęła jego dłoń.
- Najlepszym dla mnie prezentem na te urodziny jesteś ty sam.
Kapitan odłożył gazetę.
- Tak to jakoś wygląda… – rzekł, patrząc przed siebie. – Poznaliśmy się w Brighton, pierwszą wizytę złożyłem ci w Londynie, a uczucia wyznaliśmy sobie w Swansea, ale najlepiej się czuję tutaj. Po prostu czuję, jak wraca do mnie radość życia.
- Mam nadzieję, że będziesz mnie częściej odwiedzać.
- Największy kłopot w tym, że w ogóle nie chcę odjeżdżać. Nie tak szybko.
- To zostań – wypaliła bez namysłu.
Natychmiast zawstydziła się swej bezpośredniości. Tony zresztą też wyglądał na zaskoczonego.
- Myślisz… że to wykonalne? – zapytał niepewnie.
- Oczywiście. Czyż nie mówiłeś, że masz jeszcze dużo czasu?
- Emily… – westchnął kapitan Scolding, wkładając w to jedno tyle uczuć, jakby chciał oddać wszelkie odcienie, które kryło dla niego jej imię.
- Przynajmniej część tego urlopu powinieneś spędzić ze mną – przekonywała panna Knight.
- Twoja matka nie będzie miała nic przeciwko?
- Porozmawiam z nią. Jeżeli uzna to za niestosowne, to zaproponuję, żebyś zamieszkał przez ten czas u wuja Roberta. Chorego cię nie puszczę w żadną podróż, nie ma mowy. Zdrowego zresztą też niechętnie.

Przekonywanie matki zajęło Emily trochę czasu. Ostatecznie jednak pani Mildred, ku wielkiej radości córki, zdecydowała się na kompromisowe rozwiązanie. Tony mógł pozostać u Knightów – bądź co bądź, gospodyni miałaby go na oku – ale gdyby ktoś pytał, to dla sąsiadów, krewnych i znajomych obowiązywała wersja, że kapitan zatrzymał się u wuja Roberta, a do panny tylko przyjeżdża w odwiedziny. Plan ten miał wprawdzie słaby punkt w postaci samego wuja Roberta, który po pijanemu mógł wygadać, jak sprawa stoi naprawdę, ale z drugiej strony – może nie każdy by mu od razu uwierzył.
Tak doszło do tego, że Tony pozostał jeszcze gościem Aberlogwyn. Jego dwaj “skrzydłowi” musieli jednak udać się w drogę powrotną. W południe Dunmore, znów przyjmując na siebie rolę ordynansa, pakował walizki do bagażnika. Henry tymczasem zwrócił się do panny Knight.
- Proszę się nim opiekować. Musi pani wiedzieć, Emily, że on… wiele przeżył.
- Domyślam się. Nikt się nim nie zaopiekuje tak dobrze jak ja.
- Wierzę pani. Od dwóch miesięcy nie wyglądał na tak szczęśliwego.

O drugiej po południu pani Knight z Emily i Cordelią pojechały do kościoła. Tony został w dworze, częściowo po to, żeby nie budzić sensacji wśród lokalnego towarzystwa (jeszcze za wcześnie na to, powiedziała Emily), ale przede wszystkim dlatego, że nadal nie czuł się najlepiej. Nastrój miał dość dobry – ani nie rozpamiętywał katastrofy HMS “Evelyn”, ani nawet się nie zastanawiał, co się bez niego dzieje w eskadrze. W końcu Henry obiecał, że przyjedzie do Devonport na kilka dni przed końcem urlopu i sam postara się wszystko zorganizować na jego przyjazd, jak też dopilnować, żeby Braeburn z Traylorem sobie łbów nie pourywali.
Ale nastrój nastrojem, a nocny spacer rzeczywiście chyba nie wyszedł Scoldingowi na dobre. Cały dzień było mu raczej zimno, a teraz, dla odmiany, pojawiły się uderzenia gorąca, jakby znalazł się nagle w tropikach. Żołądek ogłaszał bunt, a serce biło gwałtowniej, nie w ten dobry sposób, który wiązał się z towarzystwem Emily. Tony powlókł się do pokoju gościnnego i padł na łóżko, żeby przeczekać. Kiedy żar minął, na nowo zaczęły nim targać dreszcze. Przykrył się więc pledem i sam nie zauważył, kiedy zasnął.
Wstał po nieco ponad godzinie. Służba zdołała tymczasem wyczyścić jego codzienny mundur. Kapitan założył go, żeby nie chodzić ciągle we fraku, którego miał już dość. Mimo wszystko czuł się rozkojarzony, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Szczęściem w salonie natrafił na panią Abrahams, która oczywiście także nie pojechała do kościoła. Rozegrali partię tryktraka, podczas której Belgijka opowiadała o swoim życiu w Kongo i o koledze męża, który miał obsesję na punkcie zrobienia Belgów z Murzynów przez naukę rękodzieła.
O piątej nastał podwieczorek, znacznie skromniejszy niż poprzedniego dnia, bo tylko na pięć osób. Później pani Knight wyszła na popołudniowy obchód majątku. Tony właściwie czuł się już dobrze, ale wolał być ostrożny i nie wypuszczał się na zewnątrz. Siedział właśnie w fotelu przy kominku, gdy nagle zjawiła się Cordelia.
- Emilka chce pana widzieć na piętrze, kapitanie – ogłosiła tonem żartobliwie oficjalnym.
Scolding nie miał zamiaru odmawiać. Wspiął się po schodach i przekroczył drzwi, które wskazała mu panna Harris.
Pokój był nieduży, ale gustownie urządzony. Pastelowe ściany, okno z widokiem na wzgórza, biblioteczka, łóżko, toaletka, biurko. Przy biurku siedziała Emily, ale na widok Tony’ego wstała.
- Oto mój własny kawałek świata, kapitanie. Tutaj właśnie piszę swoje opus magnum, które wprawdzie nie zmieni świata, ale może będzie przynajmniej w stanie rozjuszyć kilku krytyków.
Scolding podszedł bliżej i na moment delikatnie objął pannę Knight. Potem usiadł na drugim krześle, przy węższym boku biurka, z zaciekawieniem przekartkował jakąś książkę leżącą na brzegu.
- A więc jestem teraz twoim więźniem – stwierdził. – Na jak długo twoja matka się zgodziła?
- Mówiła coś o trzech dniach, ale myślę, że nie będzie kłopotu, żeby przeciągnąć to do tygodnia.
Nagle kapitan zerwał kontakt wzrokowy z Emily, wbił wzrok w dywan.
- Przepraszam za to wczorajsze przy obiedzie – powiedział.
- Właśnie – rzekła panna Knight. – O tym chciałam porozmawiać.
- Straciłem nad sobą panowanie, jest mi naprawdę przykro.
- Nie w tym rzecz, Tony…
Wyciągnęła do niego rękę. Ścisnął ją, czule, lecz pewnie. Emily lekko pociągnęła, sugerując Tony’emu, że może się do niej zbliżyć.
- Powiedziałam wtedy, że wiem, co czujesz – kontynuowała, choć w jej głosie wyczuwało się drżenie. – A wiesz, dlaczego?
Spojrzał na nią pytająco. To, o czym Emily zamierzała opowiedzieć, było dla niej niełatwe, ale czuła, że w grę wchodzi wyższa konieczność. A co najważniejsze, w końcu pojawił się ktoś, kto był w stanie naprawdę ją zrozumieć.
- To było tak… – zaczęła. – Kiedy miałam dziesięć lat, byłam o wiele bardziej ruchliwa niż dziś. Lubiłam biegać po polach, po lesie… Moja matka miała krewnych w Snowdonii, czasem tam jeździliśmy. Mieszkali pod lasem, więc miałam okazję się czasem powłóczyć. No i któregoś lata… postanowiłam zapuścić się trochę głębiej, sprawdzić, jak daleko zajdę. Dzieci w pewnym wieku mają silną potrzebę udowadniania, że są samodzielne.
Zrobiła pauzę, Tony’emu wydawało się, że z trudem łapie oddech, ale po chwili podjęła opowieść.
- Dotarłam dość daleko od krawędzi lasu, szłam cały czas w tym samym kierunku, więc wcale nie wydawało mi się, że się zgubiłam. Nagle zobaczyłam… kruka, potem drugiego. Leciały w tę samą stronę, za krzakami. Tam było więcej ptaków. Zaciekawiło mnie, do czego one się wszystkie tak zlatują, może… do jakiejś sarny albo czegoś w tym rodzaju. No więc podeszłam. A to był… on. W-wisiał. I już się… rozkładał…
Tony przysunął się jeszcze bliżej i przytulił ją mocno, w pewnym momencie wystraszył się nawet, że za mocno, ale panna Knight chwyciła tylko oburącz jego przedramię.
- Kto to był? – zapytał cicho, jakby niepewny, czy dobrze robi.
- Kojarzyłam go z twarzy, to właśnie było najgorsze – odparła Emily. – Poprzedniego dnia wuj skarżył się przy obiedzie, że mu przed miesiącem robotnik uciekł. A ja… jako pierwsza zobaczyłam, dokąd. I on wtedy, w lesie…
Wyznanie było dla niej naprawdę trudne, czuła się autentycznie, fizycznie zmęczona. Sama się nie zorientowała, że po twarzy płyną jej łzy, dopóki Scolding nie starł ich palcem.
- Od tamtej pory słabo mi za każdym razem, kiedy mam do czynienia z czymś, co ma związek z… zakończeniem życia – dodała. – To chyba nekrofobia. A może tanatofobia, nie wiem, co za różnica, może mam jedno i drugie. Czasem wpadam w histerię, czasem mdleję. No i do tego koszmary senne… Wystarczy sama rozmowa na te tematy, żebym zaczęła wariować. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Jak Ernie wpadł do stawu i tonął? Byłam jak sparaliżowana, nie mogłam nic zrobić. Właśnie dlatego.
- Ach, teraz rozumiem więcej… - odezwał się Tony. Nie wiedział, co jeszcze można dodać, więc pogładził Emily po włosach i pocałował w policzek. Westchnęła głęboko, jakby skończyła jakąś ciężką pracę.
- Dobrze, taka była moja opowieść - stwierdziła. – Teraz twoja kolej. Opowiedz mi o tym, co dręczy ciebie.
- Jesteś pewna, że chcesz tego wysłuchać?
- Jestem rozdarta. Spodziewam się, że nawet po bardzo ogólnikowej opowieści będę chora. Ale z drugiej strony chcę to usłyszeć, być dla ciebie wsparciem, tak jak ty jesteś dla mnie.
Kapitan Scolding opowiedział więc swojej ukochanej całą historię fatalnego wieczoru i nocy dziewiątego marca, poczynając od beztroskiej rozmowy lotników w mesie oficerskiej. Straszliwe szczegóły zaczęły mu się nagle narzucać, prosić, żeby włączył je do swojej opowieści, ale zignorował je. Tak samo jak wtedy, gdy relacjonując swe załamanie nerwowe i jego skutki, pominął kuszące wizje rozbicia się o powierzchnię morza. Z nimi już nie chciał mieć nic wspólnego, a tym bardziej obciążać nimi jej napiętą wrażliwość.
- I jak teraz, lżej? – upewniła się panna Knight, gdy skończył. Zniosła to lepiej, niż się sama spodziewała.
- Lżej, ale czy…
- Ważne jest to, że się wzajemnie podzieliliśmy. Rodzina wie o mojej słabości, ale nigdy się nie poruszało tego tematu, bo nie było po co. Czuję ogromną ulgę, kapitanie, mogąc o tym z kimś swobodnie porozmawiać. I to z kimś, kto doskonale wie, co przeżywam, bo sam…
Emily wstała z krzesła.
- Dobrze – powiedziała. – Chodźmy do salonu, bo matka niedługo przyjdzie, może lepiej, żeby nie zaskoczyła nas w tym pokoju.
Zrobiła krok ku drzwiom, lecz Tony niespodziewanie złapał ją za rękę. Uniósł głowę, spoglądając jej głęboko w oczy.
- Wyjdź za mnie.
Panna Knight poczuła lawinowo wzbierającą ekscytację. Serce zabiło mocniej, napełniając ją jakąś płonącą mieszanką, w której skład wchodziła wielka radość, poczucie pewnego spełnienia, ale i lęk przed nową sytuacją. To coś narastało w niej i dochodziło aż do gardła, nie pozwalając jej przez moment wydobyć ani słowa.
- Jesteś niedobry, kapitanie – wykrztusiła w końcu, czując, jak kolejne łzy spływają w dół szlakiem wyznaczonym przez poprzednie. – Chciałam wypaść jak nowoczesna panna i pierwsza ci to zaproponować. Teraz mogę tylko się zgodzić.
Tony przycisnął jej dłoń do ust i całował, cal po calu, jeden palec po drugim. Emily mocno przytuliła do piersi jego głowę. Przez policzek wyczuwał rozszalałe bicie jej serca.
- Nie ma innego wyjścia – powiedziała. – Oboje jesteśmy poranieni, tyle że ja bardziej fizycznie, a ty bardziej duchowo. Potrzebujemy siebie.