środa, 6 grudnia 2017

Rozdział 54. Smażenie kiełbasy

 Henry Vincent spacerował po wydmach, korzystając z przedpołudniowej chwili przerwy w obowiązkach. Z jego lewej strony wściekały się morskie grzywacze, z prawej rzadkie łany wydmuchrzycy falowały na wietrze. Ten ostatni był chłodnawy, więc Henry szedł z płaszczem narzuconym na ramiona.
Pogoda wcale nie pozwalała się domyślić, że był już koniec maja. Ostatnio zapanowały warunki niemal sztormowe i przez kilka dni nie dało się nawet latać. Owego dnia zrobiło się spokojniej, ale i tak wiatr powiewał połami płaszcza porucznika Vincenta i próbował zrzucić mu czapkę. Ile wreszcie przyjdzie mu czekać na letnie temperatury?
Służba mimo wszystko przebiegała bez większych zakłóceń, choć zaraz po przyjeździe Tony popadł w konflikt z komandorem Filgate'em na tle zakwaterowania. Dowódca dywizjonu stanowczo bowiem odmówił przydzielenia Vincentowi wspólnego pokoju ze Scoldingiem.
– Dlaczego wszyscy inni piloci dzielą pokój z obserwatorami, a ja nie? – protestował Tony.
– Jako dowódcy eskadry przysługuje panu pojedyncze zakwaterowanie – odpowiedział komandor.
– W takim razie zrzekam się tego przywileju.
– Nie może się pan tego zrzec, Scolding, bo wpłynie to ujemnie na prestiż dowódcy.
– Mojemu prestiżowi już nic nie zaszkodzi.
– Zasady są po to, aby ich przestrzegać – Filgate był nieustępliwy.
– Nie ma czegoś takiego w królewskim regulaminie. To tylko nasze wewnętrzne ustalenie, w dodatku o charakterze ustnym.
– I jeśli pan nie wie, taka zasada ma sens.
– Który polega na…? Podobno piloci mieszkają z obserwatorami, żeby kształtować więzi umożliwiające lepszą współpracę. A tymczasem nie tylko ja jestem oddzielony od swojego obserwatora, ale w dodatku mój obserwator mieszka z pańskim obserwatorem, choć nie służą nawet w tej samej eskadrze.
– Kapitanie Scolding, uważa pan, że mój obserwator powinien mieszkać sam, podczas gdy jeden z dowódców eskadr dostanie nagle współlokatora? Proszę przemyśleć swoje priorytety.
Henry sam wolałby mieszkać z Tonym, ale uważał, że przyjaciel niepotrzebnie się upierał, już na początku popadając w konflikt z przełożonym. Musiał przekonać Scoldinga, żeby odpuścił. W tej sytuacji współlokatorem Henry'ego istotnie został obserwator Filgate'a, porucznik Alistair Crane, który nie okazał się tak znowu straszny. Jako jedyny zresztą z eskadry A – poza samym dowódcą – miał w ogóle jakiekolwiek doświadczenie bojowe, bo służył w RNAS jeszcze w 1914 roku, we Flandrii. Co prawda nie jako lotnik, a jako dowódca działa w pociągu pancernym, ale przynajmniej kierowanie ogniem artylerii było dziedziną, na której się znał.
Pomimo nie najlepszego pierwszego wrażenia, eskadra Scoldinga dość dobrze wpasowała się w tryb życia bazy Chopham. Filgate, którego Dunmore za plecami nazywał “Farmerem Robem” w nawiązaniu do wersu ze starej, nieprzyzwoitej piosenki, dbał o to, żeby nikt nie tracił niepotrzebnie czasu. Co prawda czasem ponad miarę zrzucał na Tony’ego obowiązki administracyjne, co się odbywało kosztem jego udziału w lotach. Za to komandora Fastly’ego, komendanta bazy, widywano rzadko: za dnia przesiadywał w gabinecie, a wieczorami jeździł do Ipswich.
Henry z kolei był nie tylko obserwatorem Scoldinga i nawigatorem eskadry, ale w dodatku przypadło mu zadanie wstępnej interpretacji zdjęć lotniczych, wywoływanych w ciemni urządzonej w piwnicy (na szczęście przypadały tylko trzy aparaty na cały dywizjon). Dobrze przynajmniej, że odpowiedzialny obowiązek wydawania wina do obiadu powierzono dla odmiany porucznikowi Savage’owi.
Jeśli chodziło o same loty, to eskadra A zasadniczo używała jednomiejscowych myśliwców Nieuport 11 (choć dowódca miał jeszcze w odwodzie inną, dwumiejscową maszynę), zaś eskadra B pozostawała przy dobrze sobie znanych wodnosamolotach Short 184. W tych drugich latali rotacyjnie także i obserwatorzy z pierwszej eskadry, a do kolejnych obowiązków porucznika Vincenta należało ustalanie dla nich harmonogramu. Żółtodziobów podlegających Filgate’owi trzeba było poza tym podszkolić, a w takich przypadkach załogi shortów były mieszane. Poza tym lotnicy doskonalili działanie w parach: hydroplan i osłaniający go myśliwiec. Tony miał kilka razy okazję wypróbować nieuporty i bardzo sobie chwalił. Dobrze chodziły za ręką, ale nie mógł się przyzwyczaić do tego, że w porównaniu ze statecznym shortem wydawały się wręcz nieprzyzwoicie szybkie i zwrotne. Poza tym twierdził, że w boju czułby się dziwnie bez obserwatora pilnującego pleców.
W obliczu niepogody mniej było ostatnio okazji do lotów, a więc załoga Chopham miała więcej wolnego czasu. Strzelnica urządzona dawno temu w piwnicy ocalała i zawody strzeleckie wśród oficerów pozostały jedną z podstawowych rozrywek. Henry nareszcie napotkał godnego rywala w postaci Pieta Roelofsa, który przed wojną był zapalonym myśliwym. Szkolenie mniej doświadczonych lotników skupiało się tymczasem na teorii: ot, choćby tego ranka Vincent tłumaczył Evanowi Borkerowi, jak obliczać rakurs w razie dostrzeżenia nieprzyjacielskiego samolotu.
Spacerując brzegiem morza, porucznik dotarł w miejsce, gdzie tkwił wśród wydm obszerny kształt przykryty zielonoszarym brezentem. Krótko po przybyciu do Chopham znalazł gdzieś w pomieszczeniach gospodarczych stare meble, przeznaczone do porąbania na opał. Było wśród nich biurko, którego jeszcze w zeszłym roku używał komendant. Vincent kazał je wynieść na wydmy, gdzie urządził rodzaj gabinetu pod gołym niebem, oficjalnie zwany punktem obserwacyjnym. Miał stamtąd dobry widok na plażę i przy dobrej pogodzie lubił tam chodzić z papierkową robotą, Tony’emu też rekomendował.
Henry odrzucił plandekę, odsłaniając orzechowe biurko o mocno sfatygowanym blacie. Po obu stronach stały dwa kulawe krzesła. W szufladzie leżało parę ołówków i piór, nieco papieru do pisania oraz duża lornetka dla podtrzymania pozorów, że chodzi o obserwację wybrzeża. Vincent zajrzał jeszcze na samo dno drugiej szuflady od dołu po prawej. Znajdowała się tam butelka brandy. Nie napił się, ale po poziomie trunku w butelce rozpoznał, że nikt mu nie grzebał po szufladach.
Usiadł i zajął się pisaniem listu, bo tego dnia spodziewał się poczty. Linda ostatnio się domagała, aby opisał jej życie cejlońskich tubylców. Okazało się, że w New Theatre Royal zaplanowali na jesień premierę opery Georgesa Bizeta “Poławiacze pereł”, której akcja rozgrywa się właśnie na Cejlonie, i to w dodatku w rejonie Kandy. Panna Dryden z determinacją wywalczyła sobie rolę kapłanki Leili. Wygryzła tym samym Adelę Blakeley, co było dla tej drugiej o tyle obraźliwe, że akurat ta opera przewidywała tylko jedną rolę żeńską. Według ustaleń Lindy, panna Blakeley znalazła sobie kochasia i chciała na nim zrobić wrażenie. Linda nie sądziła, aby śpiew Adeli był do tego najlepszym środkiem. Wręcz przeciwnie, po usłyszeniu jej wokalnych popisów nowy gach z pewnością sam szybko zapragnąłby się oddalić, najlepiej w stronę Cejlonu.
Vincent siedział i pisał. Zaczynało mu być zimno, ale dał się ponieść nurtowi, szybko zapełniał kolejne kartki, aby dać ukochanej jak najlepsze pojęcie o swoich rodzinnych stronach. A może faktycznie kiedyś tam z nią pojechać?
Nagle jego uwagę zwróciło poruszenie wśród hangarów. Dobiegało stamtąd bicie dzwonu okrętowego, mechanicy biegali po placu i otwierali wrota. Henry schował list do kieszeni, narzucił brezent na biurko i pobiegł na śródokręcie.
Wszystkie obsługi przygotowywały samoloty do boju. Ogólne pobudzenie było widoczne. Kapitan Scolding stał pod masztem i o czymś rozmawiał z innymi pilotami. Roelofs i Savage wyglądali na niezdrowo podnieconych.
– Co się dzieje? – zapytał Vincent, dobiegając do nich. – Wylatujemy?
– Stan gotowości – wyjaśnił Tony. – Nasi przechwycili meldunek z Wilhelmshaven: Niemcy wyszli w morze. Podobno cała Hochseeflotte na nas idzie.
– Cała? – powtórzył z niedowierzaniem Arthur Braeburn.
– Wreszcie im wyrobimy papiery! – cieszył się Roelofs.
– Jak dawno wyszli? – upewnił się Henry. – Jeśli rano, to powinni tu dotrzeć pod wieczór.
– Spokojnie – powiedział Scolding. – Grand Fleet się nimi zajmie. Na wypadek, gdyby któryś mimo wszystko przedarł się ku wybrzeżu albo gdyby rzucili na nas zeppeliny jako uderzenie pomocnicze, musimy być w gotowości. Na razie siedzimy i czekamy na rozkazy.
– Co za blasfemia! – warknął Braeburn. – Najgorzej tak bezczynnie siedzieć na tyłku i czekać!
– Wracamy pod pokład – zdecydował kapitan. – Jeszcze sobie posiedzimy na powietrzu.

Przygotowania trwały. Samoloty zostały zatankowane pod sam korek, magazynki w karabinach uzupełnione. Piloci i obserwatorzy sprawdzili wyposażenie osobiste, od butów po kamizelki, mechanicy pozostawali w pogotowiu. Nikt się nie oddalał, na wypadek, gdyby zaraz pojawił się rozkaz do wylotu.
Ale się nie pojawiał, a lotnicy siedzieli jak na szpilkach, z nielicznymi wyjątkami, bo na przykład Dunmore chodził w tę i z powrotem po korytarzu jak tygrys w klatce. Trudno się było na czymkolwiek skoncentrować. Żeby czymś zająć głowę, Henry dokończył list do Lindy.
W samą porę, bo około południa zjawił się pocztylion. Przyjął listy od załogi Chopham i sam też przywiózł korespondencję. Czytanie listów mogło dać pewną ulgę, pomóc zapomnieć o tym nieznośnym stanie zawieszenia…
– O, pocztówka – stwierdził Dunmore. – Co za gryzmoły, nie mogę tego odczytać… Czekajcie, to chyba po rosyjsku, bo z Petersburga. Przynajmniej tyle zrozumiałem.
– Teraz inaczej się chyba nazywa – powiedział Evan Borker. – Petergród czy jakoś tak.
Tony przyjrzał się kartcę z kolorową ryciną Pałacu Zimowego. Pismo było faktycznie trudne do odcyfrowania, ale w większości po angielsku.
– Przecież to od Mackaya – powiedział, rozpoznając podpis.
– Kto to Mackay? – zaciekawił się Borker.
– Podwodniak, z którym w zeszłym roku ganialiśmy niemieckiego rajdera – wyjaśnił Scolding. – No, Dunmore, co tam u niego?
– Czekajcie, chyba już rozszyfrowałem. “Drodzy latacze! Pozdrowienia z Sankt Petersburga. Przedwczoraj napotkałem niemiecki krążownik lekki i posłałem mu torpedę, ale, łachudra, nie wybuchła.”
Do porucznika Vincenta przyszły dwa listy. Jeden od Lindy, a drugi… Miał cejloński znaczek i pieczątkę. Henry’ego przeszedł dreszcz. Co znowu…? Nie dowie się, dopóki nie przeczyta. Rozerwał kopertę dość gładko, choć miał nieprzyjemne wrażenie, że ręce lekko mu drżą. Nie ostatni raz tego dnia.

Drogi Henry,
Co to znaczy “zwracam Pani słowo”? Nie może Pan tego zrobić! W zeszłym tygodniu ukąsił mnie wąż i omal nie straciłam nogi! Będzie Pan całkiem pozbawiony honoru, a co gorsza rozumu, jeżeli w takiej sytuacji pokrzyżuje Pan nasze plany. Rodzice Pana również nie chcą słyszeć o czymś tak niedorzecznym i nie życzę sobie, aby jeszcze kiedykolwiek Pan o tym wspominał.

Cejloński Storczyk odchylił się na krześle i przez długą chwilę siedział ze wzrokiem wbitym w sufit, z listem w dłoni bezwładnie spuszczonej ku ziemi. Wyglądał na zaszokowanego, więc Tony natychmiast się zaniepokoił.
– Linda? – zapytał z nieskrywaną troską.
– Nie, Josephine, po raz pierwszy od dawna – westchnął Henry. – Muszę to przemyśleć.
– Wiem, co czujesz – odparł Scolding. – Też dostałem od ojca wieści o kimś, o kim wolałbym zapomnieć.
– Twoja dawna miłość? Nigdy nie opowiadałeś.
– E, nie… – uśmiechnął się Tony. – Chodzi o wuja Raymonda.
– Też nie słyszałem.
– Nie było czym się chwalić. Właśnie poszedł do więzienia za podpalenie jakiegoś starego magazynu w londyńskich dokach.
– Poważna sprawa.
– Całe szczęście, że nikogo nie było w środku. Cała rodzina wiedziała, że to się kiedyś tak skończy. Wujcio to kompletny czubek, zatrzymującym go policjantom wmawiał, że jest smokiem.
– Brzmi jak coś z kroniki rodzinnej Dunmore’a.
– Może właśnie dzięki temu jestem kimś, kto potrafi z nim wytrzymać. Tylko się boję, że to dziedziczne i pewnego dnia też mi tak odbije.
– Im mniej się martwisz, tym mniejsze ryzyko, że oszalejesz – uspokoił go Henry. – Pamiętaj o Emily.
Rzucił taką ogólną radę, licząc, że wspomnienie narzeczonej pozwoli przyjacielowi pozbyć się nerwów. Sam tymczasem myślał o własnej. Nie był przekonany, że Josephine w ogóle wspomniała jego rodzicom o jednostronnym zerwaniu zaręczyn. Gdyby tak było, wszystkie późniejsze listy z domu musiałyby zawierać gromy ciskane na głowę Henry’ego, a nie zawierały. Należało więc sądzić, że panna Longbrook wstydziła się komukolwiek powiedzieć. A z tym wężem to też zmyślenie czy przypadkowo prawda? Trudno powiedzieć… Gdyby to była kobra albo niemrawiec, Josephine mogłaby nie dożyć napisania listu, a jeżeli trwożnica, skończyłoby się na opuchniętej nodze. Może przesadzała i utrata nogi wcale jej nie groziła.
– Złego diabli nie biorą – mruknął, chowając list do kieszeni skórzanego płaszcza, przewieszonego przez krzesło. Cóż, skoro nie chciała, aby już więcej wspominał, to w porządku, będzie milczał.

Była druga po południu i czekanie naprawdę już wszystkim obmierzło, gdy w salonie pojawił się komandor Filgate.
– Jest zmiana rozkazów – przemówił. – Mamy rozpoznać sytuację na Kanale.
– A co z Hochseeflotte, dowódco? – zapytał Roelofs.
– Kierują się na Szkocję albo Sunderland. Tak czy owak to nie nasza sprawa. Naszym zadaniem jest sprawdzić, czy z Belgii nie wychodzi pomocnicze uderzenie.
Dowódca dywizjonu podszedł do zawieszonej na ścianie mapy kanału La Manche.
– Nadlecimy na południowy wschód, w ogólnym kierunku na redę Zeebrugge. Rozpoznamy siły nieprzyjaciela w tym regionie i w razie napotkania wykonamy atak nękający.
– Starczy paliwa na taką akcję? – inżynier zgłosił wątpliwość.
– Mnie pan pyta, Turnbull? Przecież to pan odpowiada za obsługę techniczną.
Henry podniósł rękę.
– Czy spodziewany jest opór w powietrzu?
– Zawsze jest spodziewany, poruczniku Vincent – odparł sucho dowódca. – Eskadra B zabierze bomby na wypadek napotkania jednostek pływających nieprzyjaciela, eskadra A będzie ją osłaniać. Musimy wyruszyć za godzinę.
Zaraz posłano marynarza do mechaników z rozkazem, że mają podwieszać bomby i dokonać ostatnich przygotowań. Personel latający zaczął się ubierać w odzież lotniczą. Henry naciągnął pilotkę, narzucił płaszcz. Sprawdził, czy po kieszeniach ma wszystko, co trzeba: scyzoryk, latarka, piersiówka, notes z ołówkiem, zapałki, rewolwer i naboje, opatrunek… Potrzebna będzie jeszcze rakietnica, ale aparat fotograficzny tym razem niech weźmie Braeburn. Wiążąc lotnicze buty do kolan, zasłyszał fragment rozmowy między Scoldingiem a dowódcą dywizjonu.
– Morze niespokojne, za bardzo wieje – zauważył niepewnie Tony.
– Znowu robi pan problemy, kapitanie? – zapytał Filgate.
– Nie ja, dowódco, tylko atmosfera. Nieuporty wystartują bez trudu, ale wodnosamolot potrzebuje spokojnego morza.
– Czyżby próbował pan uniknąć lotu?
– Bynajmniej – powiedział Scolding, urażony zachowaniem przełożonego. – Od miesięcy nie mogłem się doczekać lotu bojowego i właśnie dlatego potrzebuję warunków, które pozwolą mi w ogóle wystartować.
– Jeżeli ma pan chęć, to znajdzie pan i sposób – rzucił sucho komandor. – Fala jest całkiem mała.

Przygotowani lotnicy wyszli z budynku na pokład: sześciu pilotów i trzech obserwatorów. Reszta miała zostać na miejscu jako .obsada bazy. Bosmani Angus i Throat zasalutowali nadchodzącym oficerom, tak samo reszta mechaników.
Nieuporty stały przed hangarami: małe, zwrotne maszyny. Na kadłubach wypisane miały nazwy indywidualne: “Ellaline”, “Springbok”, “Alberta”. Dwie pierwsze już grzały silniki.
– No, to powodzenia, panowie – odezwał się Roelofs. Chciał lecieć, ale Filgate kazał mu zostać, bo przed ogłoszeniem stanu gotowości jako ostatni był na patrolu.
– Widzimy się nad Kanałem! – zawołał entuzjastycznie Edmund Thorne-Stevens.
– Masz przepity głos – zauważył Scolding z dezaprobatą.
– Nie, panie kapitanie – zaprzeczył tamten i poszedł do trzeciego myśliwca, tego, który nosił nazwę “Ellaline”.
Henry patrzył, jak śmigło pierwszej maszyny zaczyna się kręcić. Filgate, nie do poznania w brązowej kominiarce i goglach, popędził do przodu, a jego nieuport niebawem oderwał się od ziemi. Porucznik Vincent wyrwał się z zamyślenia i ruszył za swym pilotem nad morze, gdzie przy pomoście wisiał na haku żurawia jeden z shortów. Ludzie Angusa przetaczali na wózkach kolejne, aby wystartowały po nim.
– No trudno – stwierdził Tony, patrząc na niespokojne fale. – Będziemy musieli jakoś wystartować, bo co innego nam zostało?
Obaj zajęli miejsca. Vincent założył gogle i rękawice ochronne, jeszcze raz sprawdził, czy niczego nie zapomniał. Skontrolował też karabin maszynowy: czy gładko chodzi na obrotnicy i czy magazynek pełny. Zapasowe miał tradycyjnie pod siedzeniem.
Hydroplan został opuszczony na wodę, zatańczył niespokojnie. Kapitan Scolding uruchomił silnik i maszyna zaczęła mozolnie oddalać się od pomostu. Ale nie było łatwo. Przy dużej fali Tony nie mógł znaleźć wystarczająco długiego odcinka, żeby zdołał się rozpędzić. Na razie manewrował, jak umiał, a Henry z bezradnością wpatrywał się w samoloty eskadry A, które sformowały klucz i już się oddalały w kierunku południowo-wschodnim.
– Jest jeszcze gorzej, niż wyglądało – rzucił Scolding, odwracając się ku niemu. – Chyba musimy halsować.
To mówiąc, obrócił ster kierunku w lewo, ustawiając hydroplan prostopadle do kierunku fal. Short trząsł się bezlitośnie, rzucał Henrym na siedzeniu, silnik jakby zaczynał się krztusić. W oddali, przy pomoście, Dunmore i Howlett zaczynali mieć ten sam problem.
Wreszcie jakimś cudem, pomimo bocznej fali, Tony’emu udało się poderwać maszynę. Wzbił się na tysiąc dwieście stóp, obrał kurs za oddalającą się eskadrą Filgate’a, ale nie mógł na razie zmusić koni mechanicznych do pełnego cwału, bo musiał zaczekać na pozostałe dwa hydroplany.
Zanim udało się sformować klucz, tamci sporo się oddalili. Byli jednak na tyle grzeczni, że nie pędzili na złamanie karku, tylko poczekali, aż eskadra B ich dogoni. Teraz Scolding i jego towarzysze lecieli ku południowi na wysokości dwóch i pół tysiąca stóp, rozciągnięci w wachlarz, a z przodu i nieco z góry eskortowały ich myśliwce.
Henry starał się nie kulić w kokpicie pod wpływem wiatru, obserwował otoczenie i często sięgał po lornetkę. Z prawej leciał Dunmore z Howlettem. Na jego życzenie mechanicy wykaligrafowali zieloną farbą na prawej burcie napis “Cordelia”, a oprócz kaemu na stanowisku obserwatora, jeszcze drugi zamontowany był na górnym płacie, na podobnej szynie jak w nieuportach. Miał zdjętą z lufy chłodnicę dla zmniejszenia ciężaru. Dalej na prawo szli Braeburn i Borker. Obaj weterani, choć jeszcze nigdy nie latali razem w warunkach bojowych – a jak sobie poradzą nowicjusze od Filgate’a?
Porucznik Vincent przypomniał sobie ostatni raz, kiedy polecieli atakować Niemców nad Ostendę. Skończyło się na tym, że został ranny i trafił do szpitala. Nie miał zamiaru oszukiwać sam siebie, że się nie boi. Lękał się strasznie, że znów oberwie. Im cięższa rana, z tym większym opóźnieniem zaczyna boleć, za to kiedy już zacznie… Brrr. Przeszedł go zimny dreszcz, raczej nie od lodowatego wiatru. Może tym razem oberwie lżej. A może właśnie ciężej…
Myśl o czymś przyjemnym, powiedział sobie w myślach. Ostenda była dawno. Bardzo dawno, jeszcze nawet nie znał Lindy… A przecież czasem wydawało mu się, że zna ją całe życie albo jeszcze dłużej. Tak, Linda! Marzył o chwili, w której znowu zobaczy jej łobuzerski, nieco szalony uśmiech. Niech dotknie jego dłoni i przegoni z nich zimno.
To, że ostatnio każde ich spotkanie kończyło się w łóżku, miało drugorzędne znaczenie. Oczywiście, było to cudowne, jak w ogóle wszystko, co związane z Lindą, ale nie najważniejsze. Po prostu pragnął z nią być, mieć ją przy sobie, a wszystkie kwestie, jak pisali indyjscy mędrcy, cielesnego zespolenia, stanowiły wartość dodaną, nie zaś fundament tej miłości. Linda patrzyła na sprawę nieco inaczej, nie oddzielała jednego od drugiego. Kiedy żywioł namiętności ogarniał ją jak ognisty huragan, wszystko inne traciło znaczenie. Ale nie tylko za to ją kochał.
Henry obrócił się i spojrzał na plecy Tony’ego. Nie pytał go ostatnio o samopoczucie, nawet się za bardzo nie martwił. Może dlatego, że już na pierwszy rzut oka widać było poprawę. Emily ma na niego znakomity wpływ. Powinny się kiedyś poznać z Lindą… Przecież to oczywiste, że się poznają, na ślubie. W dzisiejszym liście Linda zgodziła się zaśpiewać Tony’emu i Emily. Ale będzie widowisko! Swoją drogą ciekawe, czy Dunmore też jest przewidziany na liście gości…
Minęło ponad czterdzieści minut. Vincent po raz kolejny bez większego przekonania lustrował horyzont. I wtedy zobaczył TO. Duży, pękaty, podłużny kształt w odległości czterech mil. Zeppelin! Henry’ego przeszedł zimny dreszcz. Nie będzie łatwo…
Nie, za krótkie na sterowiec, i jakoś za nisko. Skorygował ostrość lornetki. Balon obserwacyjny! Ten niemiecki, podobny do kiełbasy – Vincent znał ten typ ze zdjęć. Z tej odległości nie było widać uwięzi, ale nie ulegało wątpliwości, że jeśli balon znalazł się skądś na samym środku kanału La Manche, to na drugim końcu stalowej liny musi się znajdować okręt.
– Balon na jedenastej! – krzyknął do Tony’ego. Potem sięgnął po klucz telegrafu i zaalarmował pozostałych.
Nieuporty przyspieszyły, Savage i Thorne-Stevens wykonali dynamiczny zwrot w lewo dla rozpoznania sytuacji, Filgate został razem z shortami. Co teraz? Przez chwilę Henry trwał w niepewności, dopóki przez szum wiatru i ryk silnika nie usłyszał nadchodzącej wiadomości alfabetem Morse’a.
“Npl balon potwierdzony, eskadra A do ataku, eskadra B w pogotowiu”. A zaraz potem, całkiem niespodziewanie, nadeszła druga: “Smażymy kiełbasę”. Ten komunikat nie pasował do Filgate’a… Henry rozejrzał się i jego wzrok natrafił na odwrócone ku niemu, może przypadkiem, gogle Charlesa Howletta. Najwyraźniej ryży przejmował już pewne nawyki swojego pilota! Tymczasem Tony zaczął ustawiać maszynę ku nieprzyjacielskiemu aerostatowi. Za nim skorygowali kurs Dunmore i Braeburn.
Myśliwce były szybkie, Scolding i jego towarzysze nie dogoniliby ich, gdyby nawet nie byli obciążeni bombami. Henry mógł jedynie obserwować, jak im idzie. Ich śmigłe sylwetki złowieszczo zbliżały się do celu jak szakale osaczające antylopę. Tony mimo wszystko zwiększył obroty, żeby w razie potrzeby posłużyć nieuportom wsparciem.
Balon był coraz lepiej widoczny, przez lornetkę dało się rozpoznać gondolę obserwatorów. Na pewno już powiadomili swoich przez radio… A co gorsza, podejrzenia Vincenta okazały się słuszne: do balonu, na drugim końcu liny, przymocowany był torpedowiec idący na północ. Tak się przynajmniej wydawało: niemieckie torpedowce to nie był żaden plankton, tylko wręcz lekkie niszczyciele.
– Niemiec! – zawołał Henry, nabrawszy pewności po dostrzeżeniu bandery.
– Zapytaj, czy mamy go zatopić! – odkrzyknął Tony przez ramię.
Cejloński Storczyk w pośpiechu wystukał wiadomość i czekał na odpowiedź, ale myśliwce były tak zaabsorbowane okrążaniem balonu, że pojawiła się dopiero po chwili: “Pozytywnie”.
Zaczynała się prawdziwa jatka! Na pewno torpedowiec jest uzbrojony po zęby w broń zenitową, balonu obserwacyjnego nie puszcza się przecież samopas. Henry poczuł, jak krew nagle płonie mu w żyłach. Poprawił rękawice, spojrzał dla pewności na Henry’ego skupionego na przyrządach, chwycił kolbę kaemu…
Wtem, nie wiadomo skąd, pojawiły się samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Ani chybi wyleciały ze środka balonu, pomyślał ironicznie Vincent, bo jak to możliwe, że przedtem ich nie zauważył – a teraz, zataczając wielkie łuki, rzuciły się ku eskadrze Filgate’a. Dwa hydroplany Friedrichshafen i jakieś jednopłatowce. Czyżby fokkery? Gorzej już być nie może!
W powietrzu zapanował chaos, jakby jastrząb wleciał w stado kaczek. Balon na pewno dostrzegł brytyjskie maszyny z daleka i wezwał pomoc. Zresztą te hydroplany mogły się koło niego kręcić jako ubezpieczenie, a z kolei same były osłaniane przez tamte myśliwce… Co za bzdura! Henry oderwał się od swych myśli i wyjrzał z kokpitu do przodu. Walka kołowa trwała na całego, Savage próbował wymanewrować jednopłatowiec, Thorne-Stevens prowadził ogień do friedrichshafena.
– Co robimy? – krzyknął Vincent do pilota.
Zanim usłyszał odpowiedź, jeden z niemieckich myśliwców oderwał się od plątaniny i runął czołowo w kierunku shortów, plując ogniem ze swej szpandawy. Henry widział błyski pocisków smugowych, prawie słyszał świst, a może tylko mu się zdawało… Ale ogniem odpowiedzieć nie mógł. Z prawej zagrał karabin Dunmore’a. Tony wykonał ostry unik w lewo, a Vincent już tylko na to czekał. Obrócił lewisa na obrotnicy, puścił ku Niemcowi dwie krótkie serie. Nie trafił: Eindecker zanurkował, by sięgnąć hydroplanów od nieosłoniętego dołu.
Przez jedną straszną chwilę Henry nie nadążał za tym, co się działo, gdy kapitan Scolding starał się zgubić przeciwnika, zmieniając kierunek i wysokość tak gwałtownie, jak tylko pozwalała obciążona bombami konstrukcja. Gdy w końcu short przez chwilę zaczął lecieć prosto, Vincent odzyskał orientację. Jeden z friedrichshafenów pikował w dół, ciągnąc za sobą ogon czarnego dymu. Thorne-Stevens usiłował dogonić drugiego, który cały czas mu się wymykał. W dole huknęła potężna eksplozja: to Braeburn, opędzając się przed jednopłatowcem, zrzucił bomby do morza, żeby zyskać na zwrotności.
Ale gdzie się podział ten, który przed chwilą ich atakował? Vincent rozglądał się bezradnie. Niemiec nie kazał mu na siebie długo czekać i szybko zaanonsował swoje przybycie. Kilka pocisków przebiło podłogę kokpitu, o kilka cali od nóg Henry’ego. Energicznie stuknął Scoldinga w prawe ramię – umówiony awaryjny sygnał do zwrotu. Tony przy tej okazji przechylił się na lewe skrzydło, a przeciwnik znalazł się w polu widzenia porucznika Vincenta, który natychmiast wpakował w jego kierunku pół bębna. Potem karabin się zaciął. Henry gorączkowo starał się skłonić broń z powrotem do współpracy. Kiedy lewis w końcu przemówił, jednopłatowiec usunął się już z jego pola ognia.
To było całkiem beznadziejne! Niech diabli wezmą balon, dobrze będzie, jeśli w ogóle się wywiną z pojedynku! Najgorsze obawy Henry’ego potwierdził hałas z góry po prawej. Drugi Niemiec wziął na cel Savage’a i wpakował w niego tyle pocisków, że lewe górne skrzydło nieuporta ordynarnie się oderwało. Myśliwiec stracił stabilność, opadł gwałtownie na lewą burtę. Vincent z przerażeniem patrzył, jak Savage wypada z kokpitu i spada setki jardów w dół, ku zimnym falom Morza Północnego. Szybko obrócił kaem i potraktował tamtego Niemca serią, ale nie mogło to już odwrócić tego, co się stało.
Musiał wymienić magazynek, skulił się na moment w kokpicie. Przez dziurę w podłodze widział morze. Kiedy już miał się podnieść, coś nagle uderzyło go w pierś i biodro, ale zignorował to, miał walkę do stoczenia. Rozejrzał się wokoło. Dunmore poradził sobie z drugim niemieckim hydroplanem, pozwalając Braeburnowi przedrzeć się w stronę balonu.
Komandor Filgate wszedł na ogon temu, który zestrzelił Savage’a, i gonił za nim jak ogar za zającem. Nagle Niemiec uciekł mu w górę, zrobił na plecach pętlę wstecz, potem beczkę – i teraz to on zaszedł Filgate’a od tyłu. Zagrały jego kaemy, dziurawiąc poszycie na ogonie dowódcy dywizjonu. Henry wykorzystał okazję. Nakierował lewisa i pomimo bólu w pasie, potęgowanego przez odrzut, potraktował jednopłat kilkoma seriami. Dwie pierwsze chybiły, ale trzecia weszła w cel, i to w sam silnik, z którego buchnął dym.
Ostatni niemiecki samolot zrejterował w stronę balonu. Popędzili za nim Filgate, Thorne-Stevens, a dalej lekko ociężały Dunmore. Kiedy Eindecker mijał Braeburna, ten ostrzelał go od burty, zmuszając do manewru, ale nie strącił.
Vincent poczuł na czole zimny pot na myśl, że po całej tej jatce musieli się jeszcze policzyć z okrętem i balonem. Chciałby obejrzeć ranę, ale nie miał jak tego zrobić, musiałby wstać i pozbyć się płaszcza. Tony krzyknął coś do niego i Henry zaczął nadawać do kolegów, żeby poczekali na niego i nie łamali szyku.
Tak, zdecydowanie trzeba się było zająć balonem. Tylko jak? Zwykła amunicja się nie nadawała. Francuzi podobno mieli do tego całkiem dobre rakiety, ale do Norfolk jakoś ich nie dowieziono. Hydroplan Dunmore’a i oba myśliwce zaatakowały niemiecką “kiełbasę” i zaczęły ją podsmażać od góry. Tymczasem nadszedł rozkaz dowódcy dywizjonu: “Zrzucić bomby”. Łatwo powiedzieć, pomyślał Henry.
– Bierzemy się za okręt – rzucił do Tony’ego.
– Zrobimy obejście od rufy – odpowiedział kapitan.
Filgate i Thorne-Stevens usiłowali zestrzelić balon, osłaniany artylerią i kaemami z torpedowca. Logiczne więc było, żeby uderzyć od przeciwnej strony. Po dużym łuku Tony ominął powietrzne oblężenie, dołączając do Dunmore’a i Braeburna. Ten drugi pozbył się bomb, ale zawsze jeszcze mógł ostrzelać Niemca z broni pokładowej.
W powietrzu płonęły pociski smugowe z kaemów, wykwitały śmiercionośne białe obłoczki szrapneli. Braeburn zaczął się dymić, ale nie bacząc na to, lotem nurkowym runął ku prawej burcie torpedowca, pozwalając Borkerowi go pokropić. Jeden szrapnel rozerwał się blisko niego, szatkując krawędź dolnego płata po lewej. Henry myślał, że Braeburn się rozbije. Syn sarawackiego pastora bez problemu poderwał się jednak w powietrze, a w tylnym kokpicie były huzar ogniem lewisa utrzymywał na dystans ostatni jednopłatowiec.
Henry’emu serce podeszło do gardła, kiedy kapitan Scolding pchnął maszynę w nurkowanie. Puścił serię po pękatym cielsku balonu, raczej po to, żeby czymś się zająć, niż w nadziei na rzeczywisty sukces. Wtem poczuł znajome szarpnięcie ku górze, kiedy samolot pozbył się ciężaru bomb. Porucznik Vincent wyjrzał ich śladem. Jedna wybuchła w wodzie za burtą torpedowca, ale druga ugodziła go w rufę. Na pokładzie buchnęły płomienie.
Henry uniósł głowę, żeby rozeznać się w sytuacji, akurat w sam raz, by stać się świadkiem krwawego widowiska. Filgate, nie mogąc rozwalić balonu, zszedł w dół i ogniem maszynowym zmasakrował obserwatorów w gondoli, która buchnęła chmurą wikliny, kawałków brezentu, krwi i części ciała. Henry nie mógł oderwać wzroku od tego makabrycznego spektaklu, ale w końcu musiał. Poczuł bowiem silny wstrząs, a już po chwili lewą burtę i dolny płat przy kokpicie obserwatora pokryły płomienie.
– Palimy się! – krzyknął niezbyt odkrywczo.
Tony gwałtownie rzucił samolot w pikowanie, chcąc stłumić płomienie pędem powietrza. Ale nie było to łatwe, zresztą po ataku na okręt już i tak byli niebezpiecznie nisko. Ogień pełgał po poszyciu maszyny, zaglądał do kokpitu Scoldinga, który skupiał się teraz na wyrównaniu kursu i wysokości. Zdawało się, że szrapnele nadal biją dookoła, ale Vincent nie o tym zagrożeniu myślał, podnosząc się w kokpicie. W pędzącym samolocie trudno było utrzymać równowagę wobec pędu powietrza, w każdej chwili mógłby wylecieć na śmierć, tak jak nieszczęsny Savage. Henry rozpiął płaszcz i nie bez wysiłku ściągnął go, choć biodro wciąż go bolało.
Pochylił się naprzód i przytrzymując się krawędzi kokpitu pilota, zaczął chłostać płaszczem płonące powierzchnie. Ale ogień nie poddawał się tak łatwo… Za którymś razem Tony wyciągnął rękę, złapał za skraj płaszcza i sam go docisnął, tłumiąc płomienie. Musiał przerwać, bo w międzyczasie samolot zaczął spadać i trzeba było znów skorygować wysokość.
Kiedy niebezpieczeństwo zostało zażegnane, Henry rozejrzał się, narzuciwszy płaszcz na ramiona. Walka z żywiołem tak ich zaabsorbowała, że nawet nie zauważył, jak Dunmore’owi poszło bombardowanie. Z okrętu dym buchał jednak w dwóch miejscach – na rufie i na śródokręciu – podwędzając od dołu pozbawiony załogi balon na uwięzi. Niemieckiego jednopłatowca nie było nigdzie widać, za to jednym z friedrichshafenów bezładnie miotały fale tuż przy burcie torpedowca: widocznie okręt wyłowił jego załogę. Cejloński Storczyk przyłożył rękę do biodra. Uniósł dłoń: na rękawicy była czerwień.
Gdzie ten Dunmore? Vincent dostrzegł go z prawej burty. Northumbryjczyk nadlatywał sprawdzić, co z nimi. Henry pomachał mu na znak, że sytuacja pod kontrolą, a wtedy Howlett nadał lakoniczną wiadomość: “Wracamy do szyku”.
Wydostali się spoza zasięgu artylerii niemieckiego torpedowca i dołączyli do Filgate’a i Braeburna, kierujących się na północny zachód. Edmund Thorne-Stevens pozostał z tyłu jako ariergarda.
Henry rozglądał się, czy wśród fal nie widać gdzieś porucznika Savage’a. Potem przypomniał sobie, jak Savage wypadał z kokpitu. Wizja ta brutalnie wryła mu się w mózg, dlatego dobrze pamiętał, że kolega z eskadry A nie miał wtedy na sobie kamizelki ratunkowej.
Przyszła pora wrócić do bazy, może w końcu odpocząć. Z porucznika Vincenta gwałtownie opadły bitewne emocje. Teraz był skulony, roztrzęsiony, a w biodrze czuł pulsujący ból. Wydobył z kieszeni opatrunek i postanowił zabandażować ranę, choć efekt był dość nieporządny, skoro Henry nie mógł w ciasnym kokpicie należycie ściągnąć kurtki i spodni.
Minęło pół godziny i na horyzoncie pojawiło się Felixstowe, kiedy Tony oznajmił, że kończy się paliwo.
– Dociągniemy do portu? – zapytał Vincent.
– Mam nadzieję. Gdybyśmy nie spalili tyle na próżno w czasie startu, może by starczyło i do Chopham, a tak…
– Czy my naprawdę nigdy po walce nie możemy normalnie wylądować?
– Ciesz się, że w ogóle lądujemy, a nie spadamy!
Mimo zmniejszenia prędkości i obrotów silnika, i tak zabrakło paliwa akurat na redzie Felixstowe, półtorej mili od brzegu. Dunmore i Braeburn też cienko przędli, więc wylądowali razem z dowódcą eskadry. Filgate z Thorne-Stevensem mieli zaś zbiorniki jeszcze na tyle pełne, żeby dociągnąć do Chopham.
Gdy kuter doholował shorta na brzeg (pozostałym dwóm hydroplanom starczyło paliwa akurat na tyle, żeby własnymi siłami doślizgać się na nabrzeże), Henry opuścił kokpit i zrobił kilka kroków na chwiejnych nogach. Pozostali czterej stali już obok przycumowanych maszyn, którymi zajmowali się miejscowi mechanicy. Borker palił papierosa, pobladły Howlett wspierał się na ramieniu Dunmore’a.
– No jak, żyjecie? – zwrócił się do nich Scolding.
– W łydkę mnie dziady trafili, boli jak blasfemia – stwierdził przez zęby Arthur Braeburn. – No, gdzie ten sanitariusz!
– Bidny Savage – powiedział Evan Borker. – Pierwszy lot i od razu…
– Stary kazał wezwać kutry torpedowe, żeby dobiły Niemca. Jeśli żyje, to może go jeszcze wyłowią – rzekł bez przekonania Howlett.
Tony obrzucił spojrzeniem swego obserwatora, trzymającego się za bok.
– Ranny? – zapytał z troską.
– Trochę – przyznał Henry. – Może szybciej będzie, jeśli sami poszukamy tego sanitariusza.
– Możesz iść? – kapitan Scolding gotów był wesprzeć przyjaciela.
Henry pokiwał głową, po czym ściągnał z niej pilotkę. Więcej miejsc do całowania przez Lindę, pomyślał.
– Dostałem już na tej wojnie w żebra i w ramię, teraz przyszła kolej na biodro. Na następny raz lepiej zainwestuję w hełm!
– I jeszcze o mało się nie spaliliśmy – dodał Tony. – Może ja faktycznie jestem smokiem, jak wuj Raymond?
Wybuchnęli wspólnym śmiechem, trochę histerycznym, a trochę niosącym ze sobą ulgę.
Hej, Vincent, płaszcz ci postrzelali– zauważył Dunmore.
Wtedy Cejloński Storczyk przypomniał sobie, że trafiony został dwa razy: nie tylko w biodro, ale i w pierś. Spojrzał na siebie. Fakt, na wysokości kieszeni bolało go jak po stłuczeniu, ale przez silniejszy ból biodra nie zwracał na to uwagi. Zorientował się też, że owszem, kurtka jest wilgotna, ale jej materiał pozostał nienaruszony, a plama nie była czerwona… Za to w płaszczu widniała dziura wypruta na tej samej wysokości.
Porucznik Vincent sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Drżącą ręką wydobył piersiówkę, w którą wbiła się kula kaliber siedem przecinek dziewięćdziesiąt dwa. Przez moment patrzył na nią w otępiałym milczeniu, aż wysunęła mu się z rąk i brzęknęła o chodnik. Potem znów sięgnął do kieszeni. W złożonym na cztery liście od Josephine, zaplamionym brunatnymi zaciekami od whisky, widniały cztery symetryczne dziury po kuli.