Rozdział 48. Salut



- Atena, o ile kiedykolwiek istniała, to bogini wojny i mądrości – powiedział brygadier William Eugene Grubb-Platt, wznosząc kielich wina. – Nam dała to pierwsze, niech więc przynajmniej Emily udziela tego drugiego. W dalszym ciągu. Za to i za nią wypijmy!
Ledwo wybrzmiały te słowa, za oknem coś ogłuszająco huknęło. Z kilku różnych miejsc odpowiedziały brzękiem pękające szyby. Ktoś krzyknął, ktoś oblał się winem, proboszcz złapał się za serce. Ariadna Welsh osunęła się pod stół.
A Emily? Stała jak posąg, próbując zrozumieć, co się dzieje. O nie, pomyślała, przypominając sobie ów tragiczny obiad w Londynie, kiedy po raz pierwszy Tony przyszedł do niej w gości. Znowu poleje się krew? Znowu zniszczenie? Nie w moje urodziny, na Minerwę! Spojrzała na Tony’ego. Patrzył w jej kierunku, ale nie na nią, tylko gdzieś w przestrzeń…
Na podwórzu kłębił się biały dym. Grubb-Platt wydobył spod kurtki mausera. Bez słowa wręczył go Henry’emu Vincentowi, sam porwał ze ściany włócznię z bambusowym drzewcem i nic nikomu nie tłumacząc, wyskoczył przez okno. Henry podążył za nim, odważnie przesadzając parapet.
Obłok białego, gryzącego dymu prochowego już się rozwiewał. W jego kłębach Vincent od razu dostrzegł sprawcę całego zamieszania. Dunmore, a jakże! Stał tam, pochylony nad armatą, i kaszlał. Zaraz… nad armatą? Przez krótką chwilę porucznika opanowały straszne podejrzenia, że ma halucynacje, ale rzeczywiście, o dwa kroki od Northumbryjczyka stała na dwukołowej lawecie niewielka, może trzyfuntowa armatka odprzodowa, pamiętająca chyba jeszcze czasy Regencji.
- Niewątpliwie trafiliśmy we właściwy moment – zauważył Dunmore.
Imć Robert Griffith ze zbolałą twarzą siedział obok na ziemi, trzymając się za uszy.
- O jasny gwint! – jęknął, podnosząc się. – Nie pamiętałem, że potrafi to aż tak rypnąć!
- Panowie! – zdenerwował się Grubb-Platt. – Co was ugryzło?
- To był salut na cześć solenizantki – wyjaśnił uprzejmie Northumbryjczyk.
Brygadier podszedł do nich, przyjrzał się armacie. Na starym drewnianym łożu, pokrytym resztkami łuszczącej się farby, spoczywała krótka lufa powleczona jasnozieloną patyną. Z gęby leciała jej jeszcze cienka smuga dymu.
- Skądeście to wytrzasnęli? – zapytał Vincent, patrząc w osłupieniu to na działo, to na Dunmore’a.
- Z Indii, panie poruczniku – wyjaśnił Griffith.
- Ach tak! Z Indii, powiada pan? – powtórzył Grubb-Platt podejrzliwie.
- Oliver ją kiedyś przywiózł – stwierdził wuj Robert, drżącymi rękami sięgając do kieszeni po fajkę. – Afgańcy ostrzeliwali z niej fort, czy coś w tym rodzaju. No to ich przepędził, a armatę wziął sobie na pamiątkę, bo goście z artylerii uznali, że taka drobnica im niepotrzebna. Mówił mi jeszcze przed wojną, że w osiemnaste urodziny Emily chciałby strzelić na wiwat. Tyle że nic z tego nie wyszło, bo wtedy był na froncie. W zeszłym roku też jeszcze nie wrócił, no to postanowiłem nie zmarnować okazji tym razem.
William Eugene Grubb-Platt westchnął ciężko.
- Panowie, nie jestem wprawdzie zwolennikiem słownictwa w rodzaju “chyba was pogrzało”, ale tę sytuację trudno skomentować w inny sposób. Mogliście przynajmniej uprzedzić!
- Właściwie miała to być niespodzianka – mruknął Dunmore niewyraźnie.
- Ach tak, niespodzianka! Mogę panom opowiedzieć, co robią wojownicy Naga, kiedy chcą komuś w dżungli zrobić niespodziankę.
Z okien salonu wyglądali goście, zaciekawieni, ale już uspokojeni, bo przynajmniej znali źródło huku. Od strony ganku nadbiegła pani Knight.
- Cztery szyby poszły! – zwróciła się do brata. – Zapłacisz mi za to!
- Szyby to w tej chwili najmniejszy problem – stwierdził Henry, wskazując łunę za wzgórzem na południowym wschodzie.
- O psiakrew, to chyba stodoła Żółtego Jonesa… – do Griffitha dotarło, że tym razem przesadził.
- Brak mi słów, Robercie – rzekła Mildred. – Po prostu brak słów.
- A mówiłem – odezwał się z wyrzutem Dunmore – że na wiwat strzela się samym prochem. To pan się uparł, że bez kuli nie umie, i jeszcze mówił, że nic się nie stanie, bo naokoło same wasze grunty!
- Jasne, wszystko zrzućcie na prostego wiejskiego dżentelmena! – oburzył się wuj Robert.
Pani domu całkiem porzuciła resztki życzliwości, jaką prezentowała do tej pory.
- Narobiliście bawołu, to teraz jedźcie gasić! – rzuciła przez zęby. – Evaaans!
Jej krzyk przeszył powietrze, boleśnie raniąc uszy, w których wciąż dźwięczało od wystrzału: musiała w niego włożyć całą swoją wściekłość. Szofer wybiegł galopem ze skrzydła dla służby i rzucił się otwierać drzwi od garażu.
- Pojadę z nimi – zaoferował się Henry. – Nie wiem, czy w takim stanie ich pomoc nie spowoduje jeszcze gorszych szkód.
Skoro sprawa została wyjaśniona, a winowajcy odesłani, żeby naprawić, co zepsuli, pani domu wraz z brygadierem wrócili do środka. Normalną drogą, drzwiami. Hopper poszedł poszukać kogoś ze służby, żeby kazać mu uprzątnąć afgańską armatę.
- Wszystko w porządku! – zawołał Grubb-Platt, wchodząc do salonu, choć większość gości wiedziała już z grubsza, co się stało. – To tylko niektórzy zdążyli się upoić atmosferą wieczoru i nagle głośniej im zaszumiało w głowie…
Wreszcie można było podać obiad, ale nie wszyscy spokojnie do niego zasiedli. Choć talerze kusząco parowały, kapitan Scolding nie wziął łyżki do ręki, nawet nie patrzył na posiłek. Nie słyszał też wyjaśnień pani Knight. Jego oddech przyspieszył, pierś gwałtownie się poruszała. Z niepokojem rozglądał sie na boki, wypatrując niebezpieczeństwa – lecz niebezpieczeństwa nie było. Nie było? A może to tylko on go nie widział? Nie widział, ale przeczuwał! Padł jeden strzał, za chwilę może paść kolejny! Tony miał nerwy napięte nie tyle jak postronki, co jak struny fortepianowe, na których ktoś wygrywał widelcem bluźniercze, kakofoniczne akordy. Czuł, jak włosy stają mu dęba w oczekiwaniu na falę uderzeniową, która zdmuchnie go ze schodów, odruchowo złapał za krawędź stołu. Wiedział przecież, że nie jest na okręcie, ale nie mógł nic poradzić. Wspomnienia nadchodziły, nieubłagane jak walec parowy.
- Co się dzieje, kapitanie? – zapytała Cordelia, a Emily mogła właściwie odpowiedzieć za niego, bo już od razu była pewna, że nic dobrego.
- Dziura w podłodze, Boże, on nie ma nogi – wyszeptał Scolding gorączkowo.
- Tony, słyszysz mnie? – przemówiła panna Knight, czując, jak jej serce zrywa się do spłoszonego sprintu. – To tylko salut na moją cześć, nikomu nic się nie stało!
Tony słyszał, ale nie mógł odpowiedzieć. Zaciskał zęby, czuł się całkiem oderwany od rzeczywistości. Ta potworna plama oleju i krwi, jaka zasnuła jego umysł, okrutnie uniemożliwiała mu cieszenie się towarzystwem ukochanej. Znów przeżywał to, co się stało 9 marca. Wszystko, co wtedy przeżył, powróciło do niego, wspomnienia były tak wyraziste, jakby przeżywał to wszystko raz jeszcze. Czuł, jakby jego żołądek przebił stalowy gwóźdź do podkładów kolejowych, pot wystąpił na czoło.
Musiał wziąć się w garść, był przecież brytyjskim oficerem, do pioruna! Do czego to podobne, żeby wpadał w histerię od jednego wystrzału? Nie mógł sobie pozwolić na okazanie słabości, ale przede wszystkim nie mógł zepsuć wieczoru ukochanej. Spróbował wziąć głęboki wdech, poczuć ulgę. Nic z tego, po prostu nie mógł, jakby coś w płucach blokowało jego oddech. A obiad stygł i stygł… Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno kapitan siedział w altanie, gdzie w towarzystwie Emily udało mu się zapomnieć o problemach i po prostu cieszyć się chwilą. Całe to szczęście wciąż wydawało się niby w zasięgu ręki – ale jednak za szklanym murem. I jeszcze Matthews do tego, Matthews nie żyje…
To już było dla niego za wiele. Opadł łokciami na blat, skrywając twarz w dłoniach. Czubki palców aż do bólu wpiły się w czoło. Co za klęska.
- Boże, Tony… – jęknęła Emily, po czym rozpaczliwie krzyknęła: – Doktorze!
Cresnall zerwał się od stołu i podbiegł do kapitana. Poruszenie wzbudziło zainteresowanie niektórych gości. Cordelia też wstała, okrążyła stół, by znaleźć się przy Scoldingu i zabezpieczyć go, zanim kuzynka zdąży dokuśtykać. Tony, zagadnięty przez lekarza, uniósł twarz, sprawiał wrażenie zmęczonego i zdezorientowanego. Rozglądał się po salonie nieobecnym wzrokiem. Wspomnienia katastrofy zaczęły odchodzić, ale ciągle czuł się roztrzęsiony, a jego stan ducha dodatkowo pogarszało przytłaczające zażenowanie za sprawą widowiska, jakie z siebie uczynił… Wszyscy zjedli, a u mnie talerz pełny, przyszła mu do głowy absurdalna myśl.
Wujek Eugene zbliżył się spokojnym krokiem i w chaotycznym wzroku Scoldinga rozpoznał coś znajomego.
- Widziałem już takie przypadki w lazarecie w Mombasie – powiedział. – To szok bitewny! Tak się zachowują ludzie, którzy przeżyli za dużo!
Doktor Cresnall pokiwał głową ze zrozumieniem. Emily rzuciła się ku Scoldingowi, choć mało brakowało, by straciła równowagę i padła przed nim na kolana. Nachyliła się, złapała kapitana za kołnierz, starając się nawiązać kontakt z jego niewidzącym spojrzeniem.
- Tony, wiem, co czujesz – wyszeptała. – Ja… bardzo dobrze cię rozumiem!
Kapitan na krótką chwilę nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Złapał pannę Knight za nadgarstek, westchnął ciężko.
- Przepraszam – powiedział, unikając jej wzroku.
- Może powinniśmy na chwilę wyjść, kapitanie? – zasugerował Cresnall.

Wyszli więc z lekarzem do mniejszego salonu, aby przestać w końcu ściągać na siebie uwagę reszty gości, już i tak niepotrzebnie pobudzoną. Iris przyniosła kapitanowi kieliszek wina. Tony wypił, poczuł, jak alkohol rozgrzewa go od środka. Wreszcie udało mu się porządnie odetchnąć. Miejsce irracjonalnego lęku i pobudzenia zastąpił wstyd wywołany zamieszaniem, w którego centrum się znalazł. Przynajmniej dobrze, że Henry’ego nie było w pobliżu, bo na pewno niepotrzebnie by się niepokoił.
- Czy to na pewno konieczne, doktorze? – upewnił się.
- Nie wygląda pan najlepiej, kapitanie – stwierdził lekarz. – Nie jestem wprawdzie specjalistą od nerwów, ale wieloletnia znajomość z panią Knight, a raczej z naszą dzisiejszą solenizantką, nauczyła mnie zwracać uwagę na pewne sprawy.
- Ach tak. Owszem, panie doktorze, mam za sobą załamanie nerwowe.
Zachęcany przez Cresnalla, pokrótce opowiedział o swoich problemach zdrowotnych i o diagnozie, jaką postawił oficer medyczny z Devonport, a nawet pokazał lekarzowi sporządzoną przez tamtego notatkę, którą na wszelki wypadek nosił ze sobą.
- Ale już prawie wróciłem do zdrowia – podsumował. – Dzisiejsza sytuacja była zupełnie wyjątkowa, już od tygodnia nie miałem…
- Co pan dotąd robił na urlopie? – zainteresował się doktor.
- Głównie podróżowałem. Portsmouth, Eastbourne i Bedford.
- Cóż, skoro jeździł pan z jednego końca Anglii na drugi, nic dziwnego, że jeszcze pan nie wypoczął. Dam panu dobrą radę: niech pan korzysta ze zdrowego wiejskiego powietrza, póki można.
Do pomieszczenia wbiegła zaaferowana Mildred Knight, spoglądając z niepokojem na usadowionego w fotelu Tony’ego, który nadal bez celu trzymał w dłoni pusty kieliszek.
- I jak z kapitanem, panie doktorze? – upewniła się.
- To nic – uspokoił ją Scolding. – Już mi przeszło.
- Może zjadłby pan wreszcie obiad? – spytała, patrząc na niego z troską. – Całkiem już zimny, a jeszcze będzie deser.
Kapitan pozostawał jeszcze lekko zmęczony po nagłej inwazji złych wspomnień, lecz udało mu jednak się dokończyć posiłek. Nieocenioną pomoc okazała mu Emily, uśmiechając się ku niemu życzliwie i kojąco z drugiej strony stołu. Próbował je odwzajemniać, choć wydawało mu się, że jego uśmiechy wypadają całkiem sztucznie. Choć podczas krojenia pieczeni przyszła mu do głowy nagle pierwsza wizyta u panny Knight, a wraz z nią wizja rozlewu krwi, tym razem zdołał się opanować, szybko wypchnął niepokojące wizje ze swej głowy. Może jednak wieczór nie był taki najgorszy.
Przed deserem do dworu wrócili Vincent, Dunmore i wuj Robert. Wyglądali na nieco zużytych, a Griffith miał sadzę na spodniach i z prawej strony kamizelki.
- Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu! – ogłosił zawadiacko Northumbryjczyk. – Kula nie trafiła w stodołę, tylko w kupę suchych łęcin, od których zajął się kawałek płotu. Szybkośmy ugasili.
- Co mówił Żółty Jones? – zapytała pani Mildred.
- Nie był szczególnie zachwycony, ale pokryłem szkodę z własnej kieszeni, skąd ja teraz wezmę na powrotny pociąg… – paplał Dunmore, rzucając znaczące spojrzenie Cordelii Harris.
Kiedy Henry dowiedział się od gospodyni o reakcji Tony’ego na wystrzał, aż się w nim zagotowało. W jego oczętach zabłysło coś na kształt czystego gniewu. Wyglądał, jakby chciał zaraz wychłostać Dunmore’a, Scolding jednak uspokoił go, mówiąc, że nie trzeba.
- Przynajmniej przeszedłem test – stwierdził. – Przekonałem się, że jeszcze nie całkiem wydobrzałem i muszę odpocząć dłużej.
Pani Knight tymczasem nie zamierzała być wyrozumiała dla brata. Przez resztę wieczoru traktowała go chłodno i surowo. Nic więc dziwnego, że imć Robert Griffith jeszcze w trakcie deseru pożegnał się z towarzystwem. Na przyjęcie przybył spóźniony, opuścił je zaś jako pierwszy, zabierając ze sobą Erniego.
Większość gości przeszła już do porządku dziennego nad niefortunnym strzałem na wiwat. Skoro sprawa się wyjaśniła, potraktowali to jako drobną niedogodność, nawet niezasługującą na miano skandalu, którą potem będzie można przekuć w anegdotę. Zresztą, czyż solenizantce nie należał się salut? Załamanie kapitana Scoldinga nie wzbudziło tak powszechnej sensacji, jak on sam sądził, zwłaszcza że pierwsza reakcja pozostałych gości na wystrzał też była daleka od stoickiego spokoju. Ariadna Welsh, na przykład, zemdlała, ale wyczołgawszy się z powrotem spod stołu, szybko odzyskała humor.
- To znaczy, że on jest tak samo wrażliwy jak Emily? – upewniała się, kiedy ani Tony’ego, ani panny Knight nie było w zasięgu wzroku. – Ale się dobrali!
- Boże, jakie to romantyczne! – skomentowała Saffron i zaczęła cicho szlochać.
Deser był na równie wysokim poziomie jak podwieczorek i obiad, ale w międzyczasie zapanowały już całkowite ciemności. Już wkrótce goście zaczęli opuszczać przyjęcie. Dziękowali serdecznie za gościnę, żegnając się z panią domu i oczywiście jej córką. Emily nie mogła się doczekać końca tego korowodu grzeczności i pozdrowień. Krewni i znajomi nie pożałowali jej ani życzeń, ani prezentów, serce jednak wyrywało się niecierpliwie do chwili, gdy znów będzie mogła spędzić trochę czasu z Tonym. Najpierw jednak musiała zająć się wychodzącymi gośćmi.
W ciemnościach na dworze zapalały się reflektory samochodów, pobrzmiewało rżenie koni i skrzypienie kół powozów. Evans, po przywiezieniu na przyjęcie dwóch oficerów marynarki i pana na Roddbwlch, nawet nie wysiadał z auta, zdrzemnął się za kierownicą. Teraz przyszło mu odwieźć tych gości, którzy nie mieli własnego transportu, na ostatni pociąg z Caerphilly. Proboszcz pożegnał się wcześnie, bo czekała go pracowita niedziela. W swoją drogę pojechał także doktor Cresnall z żoną. Sztabsrotmistrz Miakiszew dosiadł swego rumaka i pogalopował w mrok, a jego chwacki gwizd niósł się po wzgórzach.
Niektórzy z uczestników mieli wyjechać dopiero rankiem, Hopper zaprowadził ich więc do pokojów gościnnych. W największym rozlokowali się Coultowie, bo ojciec Saffron nie miał ochoty tłuc się nocą do Merthyr Tydfil, w innym zaś – Welshowie. Dunmore za karę trafił do jednego z tych pokojów, które na skutek niefortunnego salutu miały wybitą szybę. Pani Abrahams nie musiała czekać, aż ktoś pokaże jej drogę, bo przyjechała jeszcze poprzedniego dnia, a opuścić Aberlogwyn zamierzała dopiero w poniedziałek.
Emily długo nie mogła zasnąć. Siedziała przy biurku w swoim pokoju i wszystko kotłowało jej się w głowie. Wreszcie sięgnęła po pamiętnik i zaczęła szaleńczo pisać, przelewając na papier wszystkie swoje refleksje. W prezencie od kapitana Scoldinga dostała zestaw wiecznych piór, razem z butelką atramentu, i teraz postanowiła je wypróbować. Nie zawiodła się.
Takich urodzin, z salutem armatnim, jeszcze nie miała! W dodatku była kompletnie zaskoczona własną postawą i opanowaniem. Cóż, jeżeli po wuju Robercie można było spodziewać się czegoś konkretnego, to właśnie tego, że prędzej czy później coś wywinie. Szkoda tylko, że Tony przez to ucierpiał. Martwiła się o niego i jednocześnie czuła głęboką czułość, a może nawet nieżność. Wiedziała dotąd, że mają ze sobą dużo wspólnego, ale nie przypuszczała, że aż tyle… Nie pisał o tym wcześniej, ale z pewnością zasługiwał na to, żeby go przytulić, co też Emily zamierzała uczynić nazajutrz.
Tony także nie mógł zasnąć, choć z innych powodów. Dostał wprawdzie spokojny, zaciszny pokój od północnej strony, ale sam nie zyskał tak całkowitego spokoju, jak by pragnął. Ledwo zdołał się położyć, coś mu nie pasowało. Kołdra zdawała się parzyć, żadna przyjęta pozycja nie była odpowiednia, nawet poduszka jakoś nie chciała współpracować. Tak dobrze zaczął się wieczór, a tak żałośnie się skończył… Bez przesady, Scolding był bardzo zadowolony i żałował, że przyjęcie nie mogło trwać dłużej. Ale jeszcze bardziej żałował, że sam nie zdołał okiełznać swoich demonów, sam sobie zepsuł wieczór. Tylko trochę, ale zawsze. Przynajmniej Emily wyglądała na zadowoloną.
W czaszce rezonował mu ciągle huk wystrzałów, tego na wiwat i tego, który padł w kabinę radiową: oba zlewały się w jedno. Zaskoczona twarz Ariadny Welsh i wykrzywiony bólem, zakrwawiony Davis, dym za oknem i gryząca, obrzydliwa woń… Próbował z tym walczyć, wspominając Emily, jej subtelne palce i harmonijne uszy, ale wtedy przychodziła na myśl także kusząca kostka, a wraz z nią noga, ta okaleczona, a na nią nakładała się wizja krwawego kikuta, jaki ciągnął za sobą trafiony odłamkiem praktykant. Boże, gdyby to się mogło skończyć…
Nie mógł już tak dłużej. Zapalił lampę i postanowił zrobić parę kroków po pokoju. Jeżeli to nie pomoże – wyjść do salonu, może i na zewnątrz. Może zdoła się zmęczyć tak straszliwie, żeby szybko zasnąć, a nawet nie mieć snów. Następnego dnia przecież nigdzie się nie spieszy.
Przez chwilę grzebał w walizce, starając się znaleźć mundur służbowy. Nie będzie się przecież włóczył we fraku… Tym bardziej w piżamie, skoro noc może być zimna. A gdyby tak zmęczył się jeszcze w czasie przechadzki i zasnął tam, gdzie stał, prosto na trawniku? Rankiem znalazłaby go Emily na spacerze, całego pokrytego poranną rosą. Jakże romantyczne… i chyba nie całkiem odpowiedzialne.
Tony wciągnął spodnie, narzucił granatową kurtkę, nie trudził się zakładaniem muszki. Bardzo ostrożnie, starając się nikogo nie obudzić, otworzył drzwi i z butami w ręku wyszedł na korytarz. Cały parter był pogrążony w ciemnościach, wszyscy musieli już spać.
Przez chwilę Scolding zastanawiał się, czy nie powinien skorzystać z wyjścia dla służby, ale doszedł do wniosku, że szukając go, mógłby narobić zamieszania, a już na razie dosyć tego dobrego. Dyskretnie, po omacku przekradł się aż do sieni. Chciał być jak najcichszy, ale całkiem bezgłośny się nie stał. Każde skrzypnięcie wydawało mu się hałasem niewiele cichszym od wystrzału.
Drzwi okazały się zamknięte, ale klucz wystawał z zamka. Tony tylko go przekręcił – i już weranda stała przed nim otworem. Przysiadł na schodach, żeby założyć buty, po czym uczynił kilka kroków przed siebie.
Obejrzał się na fasadę dworu. W jednym z okien na piętrze wciąż płonęło światło, żółty prostokąt padał na trawnik. Tony podniósł nadgarstek: fosforyzujące wskazówki pokazywały dziesięć po pierwszej. Czyżby Emily nie mogła zasnąć, tak samo jak on? Nie, to byłby zbyt duży zbieg okoliczności, zbyt blisko tego, czego on sam by pragnął… Zmęczę się tylko i zaraz wrócę, pomyślał kapitan Scolding i ruszył w gęstą, chłodną ciemność.



4 komentarze:

  1. Dzień dobry, z opóźnieniem, ale przybywam. Na uczelni był to krótki, bo ledwie dwudniowy, ale szalony tydzień. (Joł, jak już ja się uczę, to coś znaczy.)
    Pierwsza scena i już "ale że kurwa co się dzieje", serio, spodziewałam się miłej kontynuacji miłego wieczorku, ale nie to nie byłoby opko o Tonym, gdyby coś gdzieś nagle nie pierdolnęło z przytupem.
    Grubb-Platt wydobył spod kurtki mausera. Bez słowa wręczył go Henry’emu Vincentowi, sam porwał ze ściany włócznię z bambusowym drzewcem i nic nikomu nie tłumacząc, wyskoczył przez okno. - wyobraziłam to sobie i wyglądało wybornie. Bambusowa włócznia robi scenę.
    Henry podążył za nim, odważnie przesadzając parapet. - Nie życzę mu źle, ale bym śmiała, jakby pierdolnął twarzą w krzaki. :D
    Nie wiem skąd oni tę armatę wytrzasnęli, co ich popierdoliło, żeby ją odpalać, ale wszystko, co szalone, wydaje się natychmiast usprawiedliwione, kiedy pojawia się informacja, że maczał w tym palce Dunmore. Mogłoby nawet zacząć żabami walić z nieba, ale gdyby gdzieś na środku pola pszenicy stał sobie tam Dunmore i powiedział Zaiste, zapowiadali na dziś deszcz żab, to już bym to przyjęła do wiadomości.
    Co oni tam w ogóle piją, że taka dobra impreza? Bo w wino nie uwierzę. :D A mogli po prostu kupić fajerwerki (i mogłoby komuś urwać rękę, czemu nie!)
    William Eugene Grubb-Platt westchnął ciężko. - A ja zrezygnowałam swego czasu z Caroliny Dayang-Brooke na rzecz samej Caroliny. :D Ale to też robi scenę. Mam tak u siebie, czuję powagę sytuacji, jak napiszę, zastępca komendanta Lyman Fox zamiast po prostu Fox albo zastępca komendanta.
    Ej kurde, teraz trzeba będzie wymieniać szyby. :O
    PALI SIĘ.
    Normalną drogą, drzwiami. - A mogli na szczupaka, oknem. :D
    kapitan Scolding nie wziął łyżki do ręki, nawet nie patrzył na posiłek. - No tylko mi nie mówcie, ze traumę dziecko ma.
    MA TRAUMĘ.
    (Zalecam przytulny kącik i Emilkę, ale lekarzem nie jestem.)
    A, ZAPOMNIAŁAM, ŻE LECI Z NAMI DOKTOR. To już niczego nie radzę.

    Kiedy Henry dowiedział się od gospodyni o reakcji Tony’ego na wystrzał, aż się w nim zagotowało. W jego oczętach zabłysło coś na kształt czystego gniewu.
    - Oczęta <3
    - Przynajmniej przeszedłem test – stwierdził. – Przekonałem się, że jeszcze nie całkiem wydobrzałem i muszę odpocząć dłużej. - NO TO HOP DO ŁÓŻKA, JOHN :D
    Nic więc dziwnego, że imć Robert Griffith - Wybija mnie z rytmu to imć za każdym razem, jak się pojawia, ale to jedyny zarzut.
    - To znaczy, że on jest tak samo wrażliwy jak Emily? – upewniała się, kiedy ani Tony’ego, ani panny Knight nie było w zasięgu wzroku. – Ale się dobrali!
    - Boże, jakie to romantyczne! – skomentowała Saffron i zaczęła cicho szlochać.
    - *głośno szlocha pod kocem* ZGADZAM SIĘ
    W prezencie od kapitana Scoldinga dostała zestaw wiecznych piór - Dygresja, ale jak byłam mała (co ja pierdolę, dalej mam metr pięćdziesiąt), to byłam święcie przekonana, że to są wietrzne pióra. A ten szok, kiedy odkryłam, że jednak nie...
    Takich urodzin, z salutem armatnim, jeszcze nie miała! - I Z TAKIM CHŁOPEM PRZY BOKU.
    Poszedł na ten spacer, ale ja mam nadzieję, że następny rozdział to nie będzie skok w przyszłość, tylko dalej sobie posiedzimy w przybytku Emilki. (Podoba mi się tu! Po ślubie mają tu mieszkać, domagam się jako pierdolnięta komciatorka numer jeden.)
    Już nawet nie przepraszam za nieogar, bo wiem, że nigdy się nie zmienię. Baju. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie dwa tygodnie były u mnie tak parszywe, że prawie udało mi się zapomnieć o dodaniu nowego rozdziału. Komentarz witam z prawdziwą radością (w końcu coś pozytywnego się dzieje), choć zawiera znacznie więcej tzw. wyrazów powszechnie uznanych niż dawniej. :)
      Poprzedni rozdział wydawał mi się jednym z moich szczytowych osiągnięć w tym opku, dlatego dużą obawę budziło we mnie, jak wypadnie ten, z nagłą zmianą nastroju. Wygląda na to, że znowu mi się udało :)
      Czy "Dayang-Brooke" miało coś wspólnego z tymi Brooke'ami z Sarawaku?
      Co do piór wietrznych, to u mnie odwrotnie: w dzieciństwie wydawało mi się, że istnieje taka choroba jak ospa wieczna.
      No, nie sądzę, żeby Tony'emu udało się z buta zawędrować aż do Devonport, Portsmouth czy gdzie tam indziej. Przy odrobinie szczęścia za parę tygodnie się okaże, co dalej.

      Usuń
    2. Nie jestem damą, klnę jak szewc, ale na przyszłość postaram się powstrzymać.
      Znaczy trudno tu mówić o szczytowych osiągnięciach w twoim przypadku, bo, o ile pod względem poprawności historycznej to możesz pisać nawet skończone głupoty, a ja i tak się nie zorientuję, bo się zwyczajnie nie znam i przyjmę wszystko, ale opko generalnie trzyma poziom. Choć nie ukrywam, że po tylu przygodach i ogólnym skupianiu się na romansach Henry'ego, Tony i Emilka to naprawdę miła odmiana i przyjemnie się siedzi u Emilki na urodzinach, gdzie chociaż przez chwilę wszyscy mogą być szczęśliwi. Nagła zmiana nastroju dla mnie niespodziewana, sądziłam, że zakończymy domówkę jakimś obmacywankiem, ale nie narzekam. Jako osoba niekreatywna wszystko sprowadzam do romansu, a można przecież inaczej. :D
      Masz mnie. :P Generalnie jest taka książka, "Kalimantan", generalnie to takie ambitne fanfiction na temat Charlesa i Margaret Brooke, którą czytałam jak miałam 15-16 lat (i boję się drugi raz przeczytać, bo obawiam się, że teraz mogłaby mi się tak nie spodobać, jak wtedy), w której prawdziwa Dayang Ghita Brooke jest Dayang Caroliną Dewi Sri Barr (to Dewi Sri mogłam pokręcić, ale Dayang Carolina było jej na pewno), więc sobie zrobiłam takie kombo na nick, bo imię mi się szalenie spodobało, a swoje prawdziwe mam paskudne i go nie lubię. ;D
      A ja w Budce Suflera śpiewałam "wszyscy święci harują w niebie" i miało to dla mnie sens, bo pracowali tak ciężko, że aż złoty sypał się kurz. :D
      Nie, ja się nie obawiam, że daleko zawędruje, tylko że to będzie koniec pobytu u Emilki, wiesz, poszedł na spacer a drugiego dnia wyjeżdżamy, ja oczekuję przygód jeszcze z Emilką! :)

      Usuń
    3. Są takie rozdziały, po których napisaniu czuje się satysfakcję z dobrze wykonanej roboty, i takie, po których jest się na haju. Numer 47 należał do tych drugich, za to po niniejszym rozdziale - absolutnie nic, nawet poczucie klęski. Chociaż mogło to wynikać z mojego ogólnie fatalnego stanu ducha w tamtych dniach.

      Do życia uczuciowego Henry'ego jeszcze za jakiś czas wrócimy, ale teraz wreszcie nadszedł czas dla T&E, i oby dalej naprawdę między nimi iskrzyło. Swoją drogą, w tej sytuacji powrót do jednostki będzie trochę ciężki...

      "wszyscy święci harują w niebie" - dobre! Lepsze od oryginału, nawet powiem.

      Muszę trochę zajrzeć do innych projektów dla złapania oddechu, a potem...

      Usuń