Rozdział 8. Sygnał SOS


        Kapitan Scolding leciał nad rozedrganymi szafirowymi falami, ponad szumiącą pierzyną topieli. Samolot zachowywał się bardzo przyzwoicie, niesiony nurtem powietrza. Był szybki, dość zwrotny i nawet chłodnica tym razem nie zasłaniała widoku. Tony z satysfakcją wykręcał beczki, zataczał zakręty i kreślił ósemki. Czuł się panem swojej maszyny, całkowicie i nieodwołalnie.
      Z lewej dobiegł go wyraźny łopot. Tony wychylił się z kokpitu, aby stwierdzić, że kawałek poszycia burty oderwał się i to on łopotał niczym proporzec na lancy. Miał nawet taki sam kształt, z podwójnym językiem, zwanym gdzieniegdzie jaskółczym ogonem. Scolding poprawił się na siedzeniu i ściągnął wolant do siebie, aby wzbić się jeszcze wyżej, jeszcze bardziej oddalić się od ametystowej toni.
       Rozejrzał się – już nie był nad morzem. Teraz mknęły pod nim zielone fale łąk, wśród których tu i ówdzie przemykała szmaragdowa wyspa lasu. Łąki falowały, pola uprawne tak samo.
        Zobaczył dom na wzgórzu. Wysoki, wyniosły, roztaczał wokół siebie aurę dostojnego chłodu. Tony zdał sobie sprawę, że to właśnie jest jego cel. Nakierował hydroplan prosto na budynek. Wydawało się to całkiem szalone i nieracjonalne, ale nic nie mógł poradzić. Zwłaszcza od momentu, gdy ujrzał fiołkowe oczy, które naprowadzały go niczym światło latarni …
     Oddał wolant, schodząc do lądowania, i wtedy przekonał się, że leci nad sadem, gęstą siecią rozłożystych drzew. W tym miejscu przy najlepszych chęciach nie było gdzie usiąść… Odwrócił się do tyłu.
- Gdzieś ty mnie wyprowadził? – rzucił do obserwatora. Ale Henry Vincent, który nie miał na głowie pilotki, jeno leciał z gołą głową, uśmiechnął się tylko przepraszająco i zaczął obierać jajko na twardo…
         Scolding schodził coraz niżej. Na drzewach żadną miarą nie dało się wylądować, ale musiał, te oczy przyciągały go bezlitośnie… TRZASK!

      Tony zerwał się do pozycji siedzącej. Było jeszcze przed świtem, ale przebudzenie nadeszło gwałtownie. Od razu pojął, że nie obudził go hałas, który się mu przyśnił. Na zewnątrz coś się działo. Zanim Scolding wstał, zdążył dostrzec przez okno czerwono-żółtą łunę. Słychać było bicie dzwonu okrętowego, który wisiał na ganku, tupot i pokrzykiwanie, zdenerwowanego Charlie’ego, szczekającego z kajuty dowódcy.
- Alarm bojowy! Wszyscy na stanowiska! – rozległ się głos zniekształcony bekadłem mosiężnym.
          Scolding wstał energicznie. Pochwycił kołdrę, zanim dotknęła podłogi, i mocnym rzutem cisnął ją za siebie, na łóżko. Wyjrzał przez okno. Na zewnątrz paliła się latarnia zamontowana na jednym z hangarów, płonęły też dwie beczki po paliwie, ustawione na śródokręciu. Marynarze biegali w tę i z powrotem, a ich długie cienie rozciągały się, pełzając za nimi złowieszczo.
      Nie było czasu do stracenia. Ubrał się szybko: granatowa kurtka od codziennego munduru, spodnie nieco bardziej sfatygowane (traktowane jako robocze). Czapkę i pas wraz z kaburą złapał pod pachę i wybiegł na korytarz. Na klatce schodowej wpadł na Matthewsa.
       W salonie byli już wszyscy oficerowie poza Sinclairem. Dunmore stał na środku, odziany już w skórzaną kurtkę i pilotkę z goglami.
- Wypijcie kawę – rzucił, wskazując gestem dzbanek i filiżanki na stoliku. – Akurat się zdąży, zanim obsługa przygotuje maszyny.
        Henry Vincent, który stał najbliżej, napełnił filiżanki, podał Tony’emu i Matthewsowi.
- Co się dzieje? – zapytał wreszcie Scolding.
- Odebraliśmy sygnał SOS – wyjaśnił komandor Fastly. – Statek handlowy, czterdzieści mil na północny wschód. Chyba zostali zaatakowani. Macie tam polecieć i sprawdzić, co się dzieje, może pomóc w ratowaniu rozbitków, tak że nie zapomnijcie nadajnika.
- Tylko dwie maszyny – sprecyzował Dunmore. – Ja i Scolding. Na pewno sygnał odbiorą jeszcze w Felixstowe, więc Sinclair tu będzie trzecim grzybem w barszcz.
- A gdzie on? – zapytał Matthews.
- Na pokładzie, nadzoruje obsługę – wyjaśnił dowódca. – Dobra, kończcie już tę kawę i w drogę.
         Tony dopił i wybiegł wraz z innymi do przedpokoju. Zdjął z wieszaka skórzaną kurtkę, zapiął pas, za pamięci zawiązał buty. Czapkę służbową zostawił, zamiast niej chwycił pilotkę.
- Vincent! – zawołał. – Lornetka, rakietnica, nadajnik!
- Tak jest, mój kapitanie! – odpowiedział obserwator i w swym rozpiętym futrzanym płaszczu rzucił się ku schowkowi pod schodami, gdzie niegdyś trzymano szczotki, a teraz wyposażenie personelu latającego.
      Wypadli z dworu i szybko przebiegli śródokręcie, oświetlone zewnętrznymi latarniami i ogniem buchającym z beczek. Bosman Ward stał pod hangarami i wykrzykiwał komendy do marynarzy. Tony, zmierzając w stronę pomostu, nerwowo przecierał gogle i wydawało mu się, że im bardziej wyciera, tym bardziej się rozmazują.
Na pomoście stał Angus, komenderujący obsługą dźwigu, i Sinclair, który doglądał całokształtu działań. Dunmore i Matthews jako pierwsi dosiedli swego bystrośmigłego rumaka, a gdy zapuszczali silnik, obsługa już szykowała drugi hydroplan do spuszczenia na wodę. Uwijali się jak w ukropie; gdy maszyny znikną na horyzoncie, oni rzucą się odsypiać wzmożony wysiłek, zanim przyjdzie im obsługiwać samoloty po powrocie.
Tony zwiększył obroty silnika i od razu, gdy tylko pomosty bazy pozostały w tyle, wykonał silny skręt w lewo. Słońce już wschodziło, a on w czasie startu wolał je mieć z boku, chociaż chłodnica w dużym stopniu zasłaniałaby go przed ostrym światłem. Ściągnął wolant na siebie i raz jeszcze znalazł się w niebezpiecznej, lecz bliskiej i dobrze znanej rzeczywistości przestworzy.
Scolding spojrzał na maszynę Dunmore’a, która ciągle nabierała wysokości. Skorygował kurs, a potem się odwrócił, aby zbadać, jak sobie radzi Vincent. Obserwator rozglądał się w skupieniu dookoła, na szyi miał silną lornetkę morską. Zza jego ramienia wyzierała szeroka rura chłodnicy karabinu.
Za swoje marcowe ekscesy bosman George Angus został ukarany wstrzymaniem żołdu i zakazem opuszczania bazy, ale się wychytrzył i uzyskał skrócenie kary, konstruując z kątownika i blachy uchwyty do mocowania karabinów maszynowych. Co prawda narzekał, że nie ma obrabiarek i musi sobie radzić z nożycami i przecinakiem, ale jego dość prymitywna konstrukcja mimo wszystko okazała się sprawna. System pozwalał na przetaczanie kaemu z lewej na prawą burtę, umożliwiał także jego podnoszenie i opuszczanie, a w dodatku trochę nawet kompensował odrzut. W rezultacie obserwator miał dość szerokie pole ostrzału.
Angus zamontował swój wynalazek tylko na dwóch samolotach. Dunmore sprzeciwiał się kategorycznie takiemu systemowi i kazał umieścić swojego lewisa na krótkim wysięgniku z prawej strony przy kokpicie, bo chciał sam prowadzić ogień do nieprzyjaciela.
W oddali majaczyła smuga dymu unosząca się w niebo, lotny słup wyznaczający kierunek, w którym mieli lecieć. Tony wpatrywał się w niego w skupieniu, utrzymując stały kurs i raz na jakiś czas tylko rozglądając się po bokach. Źródło dymu stawało się coraz bliższe i bliższe, aż wreszcie można było rozróżnić podłużny kształt stanowiący podporę tego słupa. Vincent przez lornetkę widział go jeszcze lepiej. Frachtowiec, zwrócony do nich sterburtą, stał w miejscu, kołysząc się niespokojnie, a dym bił nie tylko z jego kominów, ale także z nadbudówki. Wokół na falach unosiły się jasne łupiny szalup ratunkowych, załoga gorączkowo ewakuowała się do łodzi. Henry bez większego zastanowienia chwycił za klucz telegrafu i zaczął wystukiwać pozycję zagrożonego statku.
Obaj mieli nadzieję, że meldunek usłyszy ktoś o większym tonażu. Trudno przecież oczekiwać, że marynarze ze statku zaczną uwieszać się na pływakach shorta jak winogrona. Tony obejrzał się i z pewną ulgą dostrzegł na wodzie drugą sylwetkę: niszczyciel zbliżał się od północnego zachodu. Potem znów popatrzył przed siebie i ulga całkowicie mu przeszła.
- Tam jest okręt podwodny! – krzyknął.
       Jakieś trzysta jardów od frachtowca na falach unosiło się szare cielsko z wysokim jak ambona kioskiem. Błysnął strzał z działa pokładowego, statkiem wstrząsnęło uderzenie. marynarze zbiegający do szalup padli plackiem na pokład, niektórzy nawet się potoczyli.
        Trzeba było działać natychmiast. Niemiec najwyraźniej oszczędzał torpedy, zwykły statek handlowy zamierzał rozwalić z armaty. Tony zatoczył łuk, aby ominąć frachtowiec z prawej. Nie zatopią U-boota, ale może chociaż go skłonią do zanurzenia…
       Henry Vincent też nie tracił czasu. Nadał kolejny komunikat, odłożył nadajnik i chwycił za karabin. Short obniżył lot, przechylił się w lewo, ślizgnął się na spotkanie z nieprzyjacielem. Działo Niemca ponownie splunęło ogniem, widocznie próbowali zestrzelić samolot, ale za nisko wymierzyli. Brytyjski hydroplan wykonał ostry zwrot, wchodząc w przestrzeń między frachtowcem a teutońskim lewiatanem, i zalał tego ostatniego przeciągłą serią.
        To jest to, pomyślał Tony. Zajmijmy dziada na tak długo, żeby niszczyciel zdążył nadciągnąć. Spojrzał w stronę, z której zbliżał się okręt: tamten był już lepiej widoczny, chyba pędził na pełnej mocy maszyn. Tymczasem ponad horyzontem od południa pojawiła się jeszcze jedna sylwetka hydroplanu, najwyraźniej z Felixstowe.
- Będzie polowanie! – rzucił Vincent.
        Scolding zawrócił samolot i jeszcze raz rzucił się na U-Boota. Gdy Henry z tyłu ostrzeliwał przeciwnika, Tony spojrzał na frachtowiec, w którego kadłubie zionęła teraz dziura zaledwie o sześć stóp powyżej linii wodnej, potem na szalupy z marynarzami. Wejście w przestrzeń między obydwiema jednostkami pływającymi było błędem: Niemiec, próbując ugodzić hydroplan, może trafić tamtych. Szybko więc Tony odleciał poza jego zasięg, zatoczył kolejny łuk i zaczął wykonywać zwrot… Niszczyciel ciągle jeszcze był za daleko, tajemniczy trzeci hydroplan także.
      Dunmore przystąpił do gry. Wzbił się wysoko, by niespodziewanie runąć lotem nurkowym prosto na okręt podwodny. Przechylił się silnie na prawe skrzydło i potraktował nieprzyjaciela serią z lewisa. Tony nie słyszał z oddali, co wykrzykują obaj z Matthewsem, ale z pewnością nie nadawało się to do powtórzenia w oficjalnym rozkazie.
       Tamci poderwali się w górę tuż przed dziobem nieprzyjaciela, Scolding więc powtórzył manewr, aby zaatakować jeszcze raz. Nie zamierzał pikować jak Dunmore, leciał po płaskim torze półtorasta stóp nad U-bootem, z innego kierunku niż poprzednio. Vincent wystrzelił krótką serię w stronę kiosku, na chwilę wypuścił kaem i w tej samej chwili, gdy short znalazł się nad Niemcem, dobył pistoletu sygnałowego. Czerwona rakieta poszybowała w górę i zaczęła swobodnie opadać, wskazując pozycję nieprzyjaciela tym, którzy dopiero nadciągali z pomocą. A guzdrali się, miał Tony poczucie, niemożebnie.
        Gdy wyprowadzał swą maszynę w zakręt, aby zrobić miejsce Dunmore’owi, obserwator jeszcze raz pociągnął lewisem po niemieckiej puszce. Krótko, bo opróżnił magazynek, ale skutecznie. Jeden z artylerzystów dostał w nogi, drugi potknął się i padł do morza. Pozostali chwycili rannego kolegę i zsunęli się do luku, niknąc pod pokładem.
         Chyba mieli dość. Woda coraz bardziej zalewała pokład U-boota – zanurzał się. Dunmore, widząc to, nie zamierzał odpuszczać i ponowił atak. Nadleciał nisko, położył się na prawe skrzydło… Od sylwetki hydroplanu oderwał się niewielki, obły kształt i runął między fale.
        Huk. Fontanna wody wzbiła się na dwadzieścia stóp, a podmuch od eksplozji zarzucił Dunmore’em. Samolot przez chwilę leciał dziwnym, krzywym torem, niczym pijak, co zszedł z karuzeli. Tony niemal słyszał, bardziej uszami wyobraźni niż naprawdę, zgrzyt zmuszanych do nadludzkiego wysiłku lotek i cięgien. Dunmore śmignął nad kominami nieszczęsnego frachtowca, ciągle obniżając lot, aż w końcu brutalnie rozciął fale i usiadł na morzu.
        Scolding zaniepokoił się sytuacją kolegi, ale zaraz przypomniał sobie, że wcale nie ma pewności, czy wyeliminowali przeciwnika. Zdradziecki Hun, tym razem w zanurzeniu, cały czas mógł jeszcze kogoś użądlić torpedą. Thomas przezornie wziął ze sobą bombę, ale czy rzeczywiście trafił? Oni zaś dwaj, nawet gdyby pamiętali, toby już im się bomba nie zmieściła, skoro Vincent musiał zabrać nadajnik. Właśnie w tej chwili obserwator w skupieniu wystukiwał kolejny meldunek, popatrując nerwowo na miejsce, w którym zniknął U-boot.
Tony odleciał na trochę większą odległość i dał znak Henry’emu, żeby wypatrywał jakichkolwiek podejrzanych zjawisk w rodzaju kilwateru, przed którym nie płynie żaden okręt. Nagle w pobliżu punktu oświetlonego czerwoną rakietą buchnęły dwie kolejne fontanny. To niszczyciel wreszcie znalazł się w pozycji, z której mógł dosięgnąć nieprzyjaciela swoją artylerią, nie zagrażając frachtowcowi.
         Można było nieco ochłonąć. Jeżeli okręt podwodny nie poszedł na dno, to przy odrobinie szczęścia ostrzał uszkodził peryskopy, oślepiając go. Zaś jeśli nawet to się nie stało, był pewnie na tyle zniechęcony, że dało się spokojnie dokończyć ewakuację frachtowca.
Scolding spojrzał teraz w tamtą stronę. Atak na U-boota tak go zaabsorbował, że zupełnie zapomniał o statku handlowym. Miał nadzieję, że Niemców udało się wprowadzić w taki sam stan. Teraz tylko jedna szalupa wystawała zza bakburty niedoszłego pryzu, reszta schroniła się po przeciwnej burcie, a dwie albo trzy łodzie nawet wiosłowały zawzięcie w stronę niszczyciela.
Dunmore i Matthews tymczasem kołysali się na falach z wyraźną frustracją. Chyba mieli problemy z uruchomieniem silnika, a zresztą nawet gdyby udało im się zapalić, to przy takim stanie morza porządny rozbieg był równie łatwy, jak jazda na rowerze pod górę po hałdzie piasku. Nie wiedzieli, co robić. Tony zataczał kręgi, pozwalając obserwatorowi rozglądać się za śladami U-boota, ale sam był przejęty tym, co wyczyniali tamci dwaj na wodzie. Matthews nerwowo wymachiwał rękami, wyglądało to, jakby się kłócił z pilotem. W końcu wylazł z kokpitu, przepełzł w kucki po płacie (maszyną zarzuciła fala, Matthews przytrzymał się chłodnicy), ostrożnie spuścił nogi na pływak i powoli, krok po kroku zaczął się zbliżać do śmigła. Próbował nim zakręcić, ale za pierwszym razem o mało nie wpadł do wody, a łapiąc równowagę, tak przechylił hydroplan w prawo, że Dunmore ze swego kokpitu musiał wychylić się mocno w przeciwną stronę.
Jeffrey Matthews, balansując niepewnie na pływaku, w dalszym ciągu usiłował kręcić śmigłem, choć uderzały w niego urywki spienionych fal. Za którymś razem wreszcie odniósł sukces, ale jego poświęcenie na nic się nie zdało, bo silnik i tak nie chciał zaskoczyć. Matthews gwałtownie wstrząsnął ramionami, wdrapał się na płat i wrócił do kokpitu.
- Chyba dali sobie spokój! – usłyszał Tony głos Vincenta. Dopiero po chwili dotarło do niego, że obserwator mówi o Niemcach.
Dunmore zaczął machać rękami do jednej z szalup przepływających w stronę niszczyciela. Marynarz rzucił mu wiosło, ale krzepy mu zabrakło. Wiosło unosiło się na wodzie o pięć stóp od kadłuba hydroplanu. Northumbryjczyk wyskoczył na skrzydło, ściągnął kurtkę i trzymając za rękaw, szerokim wymachem rzucił ją na wiosło, aby przyciągnąć je bliżej. Kiedy już drzewce tkwiło w jego dłoni, odrzucił mokrą kurtkę do kokpitu i zaczął  topornie, acz z zawzięciem wiosłować w stronę niszczyciela.
        Tymczasem na pokładzie okrętu zgromadziła się spora grupa widzów. Dowódca, kilku innych oficerów, członkowie załogi oraz część uratowanych marynarzy z frachtowca stali przy relingu, ze zgrozą i podziwem przypatrując się nierównym zmaganiom Dunmore’a i Matthewsa z żywiołem.
         Nadszedł wreszcie moment, kiedy niszczyciel i wodnosamolot zbliżyły się nawzajem do siebie tak blisko, że obaj oficerowie RNAS wydawali się uratowani. Dunmore skierował maszynę wzdłuż burty okrętu, do sztormtrapu, po którym chwilę wcześniej wspinali się rozbitkowie z frachtowca. Tymczasem na pokładzie zaczęto już szykować żuraw, aby oprócz ludzi ocalić także samolot.
        W tak krytycznym momencie pomiędzy Dunmore’em a Matthewsem znów wybuchła sprzeczka. Nikt właściwie nie słyszał, o co im poszło, ale Tony, przelatując nad niszczycielem, nabrał pewnych podejrzeń.
Ostatecznie obserwator chwycił liny sztormtrapu i zaczął się piąć w górę, a Dunmore pozostał w kokpicie. Ludzie z niszczyciela zaczęli do niego machać, żeby też wyłaził, ale udawał, że ich nie widzi. Kompletnie ignorował nawet fale, które rzucały shortem o burtę okrętu.
Ramię żurawia zjechało w dół. Uwieszony na nim marynarz przycupnął na górnym płacie i zajął się podwieszaniem hydroplanu, pełzając po nim płasko, aby ograniczyć ryzyko upadku przy niespokojnym morzu. Wykonawszy swoją robotę, ze zręcznością szarego langura ewakuował się na sztormtrap i wylazł z powrotem na pokład. Dźwig zaczął powoli, ale nieustępliwie czynić swoją powinność. Short zakołysał się w powietrzu, gdy jego pływaki straciły kontakt z wodą.
Dunmore wskoczył do kokpitu, przejrzał kieszenie kurtki i poprzekładał z nich jakieś przedmioty do kieszeni munduru. Potem spojrzał do góry, na ludzi zgromadzonych wokół relingu. Dowódca niszczyciela machał ku niemu, najwyraźniej mówiąc, żeby się nie wygłupiał, bo już za chwilę będzie uratowany. Dunmore zaś… zdjął pilotkę, pokazał tamtemu dwa palce i skoczył do wody.
- Kompletnie mu oszalało! – wykrzyknął Henry Vincent zza pleców Tony’ego.
       Trudno było się nie zgodzić z taką diagnozą. Dunmore przez chwilę bez większego wysiłku utrzymywał się na powierzchni, a potem zaczął płynąć kraulem na zachód. Chyba próbował dotrzeć wpław do ziemi angielskiej. Na pokładzie niszczyciela zapanowało poruszenie.
        Scolding i Vincent próbowali znaleźć jakieś wyjście. Tony sprowadził maszynę na niewielką wysokość i zataczał kręgi wokół pływającego Dunmore’a. Henry tymczasem wyciągnął dwudziestostopową linę. Od jakiegoś czasu woził ją w kokpicie na wypadek nagłego kontaktu z samolotami wroga: gdyby zabrakło amunicji, próbowałby wkręcić ją Hunowi w śmigło. Teraz miał nadzieję złowić Dunmore’a i na tej wędce dostarczyć go na ląd. Tony jednak zgasił zapał obserwatora. Było mało prawdopodobne, aby dodatkowy pasażer w takim układzie przetrwał lądowanie w jednym kawałku…
       Na szczęście okazało się, że żadne pomysły z liną nie są konieczne. Ten trzeci hydroplan, nieduży, blaszany Sopwith Tabloid, usiadł na falach, dopłynął do rozbitka, obniżył obroty silnika do minimum. Pilot wyciągnął rękę do Dunmore’a, który tym razem ją przyjął. Tabloid miał nietypowy kokpit, w którym członkowie załogi siedzieli obok siebie, a nie, jak w normalnych samolotach, jeden za drugim. W marynarce służyły na ogół jednomiejscowe przeróbki tego typu, schneidery, lecz szczęśliwie dla Dunmore’a, tym razem przytrafił się hydroplan dwumiejscowy. Rozbitek wygramolił się z morza, ociekając wodą, i wcisnął się obok pilota.

       Kilka godzin później Scolding i Vincent odpoczywali w salonie w Chopham, oczekując na powrót kolegów. Pili kolejną już gorącą herbatę z koniakiem i opowiadali o całej akcji tym członkom załogi, którzy pozostali w bazie.
- Przepędziliśmy U-boota chyba skutecznie – zauważył Henry. – Już się więcej nie pokazał.
- A co z frachtowcem? – zapytał Davis. – Poszedł na dno?
- Nie, był tylko uszkodzony – wyjaśnił Tony. – Trzy albo cztery trafienia artyleryjskie na burcie i nadbudówkach. Niszczyciel odholował go do Yarmouth, więc tylko ich odprowadziliśmy, dopóki starczyło paliwa.
- A ja dalej nie pojmuję, co się stało Dunmore’owi – stwierdził Vincent.
- Ach, to pewnie komandor Moffatt – powiedział Scolding, uśmiechając się ze zrozumieniem.
- Jaki Moffatt? – zdziwił się Cejloński Storczyk.
- Dowódca tego niszczyciela, jego odwieczny rywal – wyjaśnił Tony. – Od zawsze są na noże. Nie wiadomo, o co im chodzi, podobno kontynuują stary spór rodzinny, który zaczął się od jakichś krów w 1547 roku.
     Dunmore wrócił po niecałej godzinie, ciężarówką, na której przyjechał także jego samolot. Northumbryjczyk był rozebrany do koszuli i miał mimo wszystko bardzo dobry nastrój.
- Aleśmy im pokazali! – cieszył się. – Zmieniłem zdanie, Sinclair. Szkoda, że was tam nie było, Hun niechybnie poszedłby na dno.
- Pewnie wszyscy cię już o to pytali, Dunmore – odezwał się Sinclair – ale dlaczego nie ratowałeś się razem z Matthewsem?
- Miałem taki zamiar – przyznał dowódca eskadry. – Potem zobaczyłem tamtego podleca przy relingu i doszedłem do wniosku, że sam dam sobie radę.
- Nie mów, że płynąłbyś kraulem aż do samego Chopham – rzekł Scolding.
- Nieee, gdzie tam – powiedział Dunmore, rozciągając się w fotelu. – Pewnie napotkałbym po drodze jakąś żeglugę.
- A co z samolotem? – zainteresował się Tony.
- Mam nadzieję, że ten kostropaty nikczemnik go jeszcze gorzej nie zepsuł. Powiem Angusowi, niech zobaczy, co się da zrobić. Nalejcie i mnie koniaku, jeśli można prosić. Może być bez herbaty.
         Po jakimś czasie oficerowie poszli na poddasze, na nowy mostek. Pomieszczenie było już właściwie urządzone, dość skromnie, ale z gustem. Flynn nieźle się spisał przy jego urządzaniu. Vincent zluzował Cornwella, który od rana pełnił wachtę, a Scolding i Dunmore zostali razem z nim, żeby jeszcze chwilę pogadać.
         Siedzieli tak dłuższy czas, zastanawiając się, czy udało im się zatopić niemiecki okręt podwodny, czy też nie. Konwersację przerwał dopiero Matthews, który wpadł do pomieszczenia rozjuszony, drgała mu twarz i dłonie, a oczy przewracały się wściekle w głąb czaszki i z powrotem.
- Ty niedojrzały idyjoto! – rzucił się na Dunmore’a. – Próbowałeś mnie zabić!
- Jak to zabić? – zdziwił się Northumbryjczyk, odpychając go lekko, ale stanowczo. – Przecież wysadziłem cię na niszczyciel.
- Ale co cię ugryzło, żeby przelatywać tak nisko nad tym Niemcem!?
- Ja cię bardzo przepraszam, Matthews, ale bombę rzucałeś ty – odparł Dunmore. – Sam widziałeś, na jakiej wysokości lecimy. I w ogóle jak do dowódcy gadasz, co?
- Nie latam z tobą więcej! – powiedział Matthews. Odwrócił się do Dunmore’a tyłem i skierował się do wyjścia.
- Nalejcie i jemu – rzekł Dunmore z rezygnacją. – Biedak ma za sobą bardzo ciężki dzień.
        Okazało się jednak, że nie tylko Jeffrey Matthews ma pretensje do dowódcy eskadry. Nie zdążył opuścić mostku, nim do środka wparował komandor Fastly. Tony nigdy jeszcze nie widział, żeby stary Ploppy tak się wściekał: wydawało się, że za chwilę wyciągnie z zanadrza rewolwer i zacznie strzelać na oślep albo przynajmniej sam zacznie wybuchać.
- Mam dość twoich wybryków, Dunmore! – krzyczał dowódca bazy, dźgając Thomasa palcem w pierś. – Przeczytałem raport od dowódcy tamtego okrętu i muszę powiedzieć, że tym razem grubo przesadziłeś!
           Zanim kapitan Dunmore zdążył zareagować, Fastly okrążył go nerwowym krokiem, przygryzł wargę i cisnął na podłogę rękawiczki, które przez dłuższą chwilę gniótł w ręku.
- To koniec, Dunmore – powiedział wreszcie głuchym głosem. – Usuwam cię ze stanowiska dowódcy eskadry. Przekaż Scoldingowi swoje obowiązki.
          I wyszedł. Po chwili z dołu rozległo się trzaśnięcie drzwiami, gdy stary Ploppy izolował się od świata w swoim gabinecie.
- Tak jest, panie kapitanie – rzekł Dunmore, dotykając skroni. – Wiesz co, Tony? Ja ci zaraz objaśnię tę całą papierkową robotę, tylko się jeszcze napiję.
- Nie śpiesz się, Dunmore – odparł Scolding. – Chyba muszę się przejść po bazie.
- No to co, będę sam tak siedzieć? – Vincent wydawał się skwaszony.
- Tak bywa na wachcie – stwierdził Tony. – Muszę się wdrażać w nową rolę. Jak się wdrożę, to jeszcze przyjdę.
- No to chodźmy – powiedział Dunmore, kierując się na schody. – A Moffatt i tak będzie wisieć!


6 komentarzy:

  1. "Ubrał się szybko: granatowa kurtka od codziennego mundury" - munduru.
    Jest Dunmore, jest zabawa. :P Jego zachowanie jest po prostu cudowanie absurdalne. Tak samo bitwa wyszła bardzo fajnie - znaczy, tak naturalnie.
    Ech, dzisiaj wybitnie nie jestem w nastroju komciającym, więc ograniczę się tylko do odnotowania swojej obecności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem, dotarłam, standardowe opóźnienie zaliczyłam, przeczytałam, więc spełniłam też wszystkie warunki potrzebne do wyrażenia mojej arcyważnej opinii na temat rozdziału ósmego!
    Wyczułam, że coś jest nie tak (a mimo to parsknęłam śmiechem godnym wariatki), kiedy zobaczyłam fragment z Vincentem obierającym jajko na twardo - mistrzostwo z swej prostocie, naprawdę! Ale cały ten sen miał naprowadzić nas głównie na to, że Tony się chyba zabujał, prawda? Nie wiem, trochę zdziczałam, bo sobie nie przypominam, żebyś gdzieś wspomniała o fiołkowych oczach Emily (no bo to o nią chodzi, nieee?), ale ja mam słabą pamięć, więc moja wina, mea culpa, ALE TONY SIĘ ZABUJAŁ, PRAWDAAA? :D Powiedz mi, że nie dokonałam fatalnej nadinterpretacji.
    Kapitalnie opisana cała akcja z u-bootem - serio, chciałabym potrafić tak gładko prowadzić akcję, z taką wprawą wszystko ujmować, żeby to się tak lekko czytało. Chylę czoła aż do ziemi, możesz popaść w samozachwyt jeśli chcesz, ale przeplatanie brawurowej akcji i elementami komicznymi (Dunmore <3 zakładam fanklub, kto się dopisuje?) z taką wprawą, z jaką robisz to ty - rozpływam się, bo mam na czym, bo mi wolno, bo ci też trochę zazdroszczę, że ja tak nie potrafię. :>
    No i na specjalną odznakę zasługuje też tekst Matthewsa Nie latam z tobą więcej!. Jeszcze niech tylko zabierze zabawki i wyjdzie z piaskownicy, hahaha, nie wiem czemu, ale tak mi się to skojarzyło. Wszyscy twoi bohaterowie dosłownie zagięli system w tym rozdziale i to w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu.
    Rozumiem, że będzie się działo, skoro Tony dostaje nową fuchę? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Zabujał się" to bardzo adekwatne określenie. Nie bardzo mi tutaj leży miłość instant, wolę zacząć od jakiejś łagodniejszej formy fascynacji. :) A o fiołkowych oczach Emily rzeczywiście nie było dotąd mowy, głównie dlatego, że oczy Emily nie są fiołkowe :P We śnie rzeczywistość wygląda trochę inaczej...
      Cieszę się, że się podobało, cieszy mnie także sam komentarz :D "Wszyscy twoi bohaterowie dosłownie zagięli system" - ta opinia sprawia mi autentyczną radość, bo zawsze mam poczucie, że postacie wychodzą mi papierowe. Tylko z tym "wszyscy" można by polemizować - George Angus miał tym razem mniejsze pole do popisu. :)
      Mam nadzieję, że będzie się działo - na razie stoję trochę na rozstajach i pomysł na parę następnych rozdziałów musi mi się nieco skrystalizować. Oby ciąg dalszy był wart oczekiwania...

      Usuń
  3. A więc tak. Jest wielkaaaa i bardzo ważna sprawa, ze względu że pewna osoba poleciłam mi twojego bloga zechciała bym skromnie poprosić o pewną rzecz... Zaczynam prowadzić spis opowiadań i chciała bym aby ten blog został w nim umieszczony, więc jeżeli wyrażasz zgodę, to mogła byś wysłać wiadomość na ten e-mail: kathy.reen286@gmail.com?
    Później również w e-mailu wyślę odpowiedź, w której będzie zawarte wszystko czego potrzebuję.
    Niecierpliwie oczekuję na odpowiedź
    Kathy

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam Dunmore'a i jego wybryki! Ma facet charakter :D Angus też jest super i szkoda, że tak go mało. Chyba nie zwróciłam uwagi na to, czy gdzieś w opisach jest zawarte w jakim wieku jest Flynn? Sprawia wrażenie takiego uroczego żółtodzioba, który uczy się od starych, dobrych wojaków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tu w sumie dwóch uroczych żółtodziobów: Flynna w obsłudze naziemnej i Vincenta wśród oficerów :D O wieku Flynna nie było chyba mowy, jasne jest tylko to, że młodszy od Angusa i wcześniej nie służył w marynarce wojennej. Jak kiedyś dam mu więcej czasu antenowego, spróbuję jakoś wyjaśnić tę kwestię :)

      Usuń