Rozdział 34. Zawijja




Rozdział ze specjalną, choć nieco spóźnioną dedykacją dla Caroliny.

Porucznik Vincent leżał w swojej kajucie i patrzył, jak nowy dzień rzuca owalną plamę jasności na przeciwległą ścianę, tuż obok wieszaka z płaszczami. Henry zastanowił się nad kątem padania światła, spojrzał na zegarek i po chwili ustalił, że HMS „Evelyn” idzie zapewne na wschodni południowy wschód. Nie było powodu do pośpiechu: wieczorem Vincentowi wypadła wachta, więc teraz mógł odpocząć. Jeszcze z pół godziny, chyba że nastąpi alarm bojowy. Oby nie nastąpił.
Sięgnął raz jeszcze po list, który studiował przez ostatnie dwa dni, od kiedy okręt opuścił Maltę. Choć tyle czasu minęło od nadania, Henry nadal czuł perfumy, którymi skropiono kartkę.


Kochany Poruczniku,

Twoja Linda jest dziś bardzo, bardzo biedna. Ten list piszę w tempie kilku wyrazów na godzinę, dłużej nie daję rady, bo opadam z sił albo biorą mnie dreszcze.
Musiałam złapać jakieś choróbstwo, całkiem mnie rozłożyło. Mam gorączkę, nie mam na nic siły i ledwo widzę na oczy. Musiałam odwołać spektakle i wykosztować się na lekarza, więc nieprędko kupię nowe zasłony do pokoju, zamiast tych obleśnych, które znasz. A co najgorsze, w niektórych przedstawieniach moją rolę przejęła panna Blakeley. Niezależnie od gorączki, wprost płonę ze wstydu na samą myśl.
Leżę pod grubą kołdrą i kocem, a i tak trzęsę się z zimna. Przychodzi do mnie Jessie, córka krawcowej z teatru. Robi sprawunki, podgrzewa jedzenie, podaje gorącą herbatę i dotrzymuje towarzystwa, czytając mi książki. Dobra dziewczyna, trochę bez wyobraźni, ale jak dotąd ze mną wytrzymuje.
Nie martw się o mnie! Dojdę do siebie, tylko muszę najpierw przetrzymać te kilka krytycznych dni. Szkoda, że nie ma Cię przy mnie, zwłaszcza wieczorami. Twoje towarzystwo byłoby dla mnie najsłodszą ulgą w cierpieniu. A w najgorszym razie nie cierpiałabym sama… Czekam z utęsknieniem na Twój powrót. Napisałabym, że tęsknię za Twoim fletem, gdyby nie to, że zostawiłeś go u mnie. Razem z futerałem.

Dłoń trzymająca list opadła na kołdrę, Henry wpatrzył się w sufit. Po każdym przeczytaniu czuł się tak, jakby coś ciężkiego spadało mu na pierś, przygniatało.
Ta noc była już którąś z kolei, kiedy po przebudzeniu zorientował się, że trzyma głowę wprost na materacu, a poduszkę przytula do piersi, jakby w zastępstwie. Musiało to wyglądać idiotycznie, ale nie mógł nic na to poradzić. Tęsknił, potwornie tęsknił. Było inaczej niż wtedy, jesienią, kiedy smutek spalał go niemalże na popiół. Wtedy ledwo zdążył nawiązać znajomość z panną Dryden, za wszelką cenę pragnął poznać ją bliżej i tęsknił bardziej za ideą niż za rzeczywistą kobietą. Teraz była to już tęsknota za kimś naprawdę bliskim, nie tak niszcząca, nie odbierająca w przewrotny sposób ochoty do życia, ale wciąż bolesna.
Mimo wszystko martwił się chorobą Lindy. To pewnie zwykłe przeziębienie albo grypa, a ton listu pozostawał pogodny, ale Henry nie miał stuprocentowej pewności, więc ciążyło mu to. Sama myśl o tym, że ta wspaniała, najdroższa kobieta, przed którą drży z zachwytu przemieszanego z lękiem całe Portsmouth, może teraz cierpieć w samotności – bo córka krawcowej nie siedzi przecież u niej całą dobę – napełniała go głębokim smutkiem. Tak bardzo chciałby teraz siedzieć przy jej łóżku, przecierać rozgrzane czoło, jeśli trzeba, to i własnoręcznie karmić rosołem, a nawet podzielić się z Lindą ciepłem swojego ciała, by ochronić ją od dreszczy… Gdyby sam przy tym zachorował, cóż z tego? We dwoje nawet cierpieć byłoby raźniej. Ale co mógł poradzić, będąc gdzieś u wybrzeży Cyrenajki? Napisać kolejny list i czekać na odpowiedź.
Niezłym pomysłem było zapisanie najpierw tych rozważań. Henry wstał z łóżka, usiadł przy stoliku i przelał swe myśli na kartkę. Zależało mu na tym, żeby Linda w pełni zrozumiała całą głębię jego uczuć, wiele więc razy kreślił i poprawiał. Kiedy z brudnopisu zaczęły się wyłaniać kształty spójnego listu, stwierdził, że jest późno i pora iść na śniadanie, bo wkrótce zacznie się służba.
W mesie oficerskiej siedzieli Sykes, Wallace, Matthews i Arthur Braeburn. Nowy pilot szybko okazał się cennym nabytkiem dla jednostki. Nie chodziło tylko o umiejętności i doświadczenie bojowe, ale również charakter. Nowy do wszystkich odnosił się przyjaźnie, a wspólny język najprędzej odnalazł z Dunmore’em. Obaj byli dżentelmenami mocno rozrywkowymi, choć Braeburn śmiał się często i rubasznie, a Northumbryjczyk największe wariactwa potrafił wyczyniać z kamienną twarzą. Dowiedziawszy się o tym, skąd przybył Henry, najnowszy członek eskadry nie omieszkał się pochwalić, że dwa razy był na Cejlonie przejazdem, bo w dzieciństwie spędził półtora roku w Sarawaku. Teraz najwyraźniej opowiadał przy śniadaniu o okolicznościach, w jakich jego rodzice zmuszeni byli z dżungli Borneo wracać do Nottingham.
- Wiesz, że Dajakowie noszą kawałek pręta w poprzek no-wiesz? – klarował Matthewsowi. – Nic mi do tego, co kraj to obyczaj, podobno ich kobiety są zadowolone. Ale mój tatko, jak się dowiedział, to od razu się zapalił, żeby wykorzenić taką blasfemię. Aż obsesji dostał, na każdym kazaniu o tym gadał! Tak się zawziął, że mało go na maczetach nie roznieśli. W końcu wieść doszła do biskupa…
- Był tu Tony? – przerwał mu Vincent, sadowiąc się przy stole.
- Oczywiście – potwierdził Sykes. – On chyba wstaje pierwszy spośród was wszystkich, leniwcy.
Henry nie zareagował na łagodną złośliwość, odnoszącą się do faktu, że lotnicy pełnili wachtę na mostku stosunkowo rzadziej niż oficerowie pokładowi.
- Mówię mu, żeby się bardziej oszczędzał – westchnął. – Inaczej nie starczy mu sił, kiedy naprawdę coś się zdarzy.
- A może właśnie coś się już kroi – zauważył Matthews posępnie.
- Skąd wiesz? – zainteresował się Vincent.
- Na pewno zauważyłeś, że Scolding od wczoraj jest jakiś nieobecny, jakby czekał na rozkazy. No i przez noc weszliśmy w Wielką Syrtę.
- I poruszamy się wzdłuż jej wybrzeża – odparł Henry, eksplorując widelcem parującą jajecznicę. – Pewnie znowu działania na liniach komunikacyjnych.
- Czy te dzikusy w ogóle ogarniają rozumem pojęcie linii komunikacyjnych? – obserwator Dunmore’a wzruszył ramionami.
- Te dzikusy, jak ich nazywasz – zauważył Sykes – bez większych kłopotów rozstawiają Włochów po kątach.
- Też mi osiągnięcie…
Przez chwilę siedzieli nad posiłkiem, ciągnąc luźną rozmowę o wydarzeniach w Europie i w Mezopotamii, gdzie sytuacja oblężonego garnizonu generała Townshenda w Kut al-Amara przedstawiała się bardzo niewesoło. W pewnym momencie do mesy wszedł doktor Connor.
- Chodźcie na pokład, Italianiec leci – powiedział, a kiedy większość oficerów odeszła od stołu, sam usiadł i zajął się lekturą maltańskiej gazety w języku angielskim.

Kapitan Scolding przebywał na śródokręciu. Wraz z grupą oficerów i marynarzy pokładowych stał przy sterburcie i patrzył w niebo, na którym widać było zbliżającą się maszynę z zielono-biało-czerwonymi barwami na ogonie.
Dwupłatowiec leciał dość nisko, dzięki czemu dało się stwierdzić, że był naprawdę duży. Rozpiętość skrzydeł miał tylko nieco większą od shorta, ale wydawał się potężniejszy, jakby wszystkiego miał więcej. W powietrzu utrzymywały go aż trzy silniki: dwa na dolnym płacie po obu stronach kadłuba, a trzeci skierowany w tył, ze śmigłem pchającym między bliźniaczymi belkami ogonowymi. Wpatrzywszy się bliżej, Tony dostrzegł, że jakby tego było mało, stateczniki pionowe sojuszniczy samolot też ma trzy.
Z przedniego kokpitu wychylił się członek załogi, odziany w skórę jak piloci na całym świecie, i wyrzucił coś za burtę. Niewielka metalowa boja plusnęła w wodę, a Włosi, wyprzedziwszy HMS „Evelyn”, zawrócili, pomachali skrzydłami w pozdrowieniu i odlecieli z powrotem ku Trypolitanii.
- Nam by się taki przydał – stwierdził Dunmore. – Na pewno dwa razy dłużej wytrzymuje w powietrzu.
- Coś ty, do hangaru się nie zmieści – odpowiedział Tony. – Poza tym tam jest ich czterech, Matthews chyba nie byłby zadowolony z dodatkowego towarzystwa.
Pokładowi zakrzątnęli się i przerzucili sztormtrap przez burtę. Jeden z podoficerów zlazł z bosakiem, by wyciągnąć z morza boję, do której przytwierdzona była niewielka blaszana skrzynka
- Pofruniemy dzisiaj? – upewnił się Northumbryjczyk, obserwując jego wysiłki.
- I to za kilka godzin – potwierdził Scolding. – Pytanie tylko, dokąd.
Wkrótce potem porucznik Vincent został wezwany do kabiny nawigacyjnej. Oprócz niego i Scoldinga był tam już komandor Bancroft. Stał nad stołem, wsparty pięściami o blat, i wpatrywał się w rozciągniętą mapę, która była prezentem od sojuszników.
- Dasz radę to odczytać? – Tony spojrzał uważnie na swego obserwatora.
Mapa przedstawiała wybrzeże afrykańskie od miasta Syrta aż do Sollum na granicy Egiptu i Cyrenajki. Włosi zaznaczyli na niej różne rzeczy czerwonym i zielonym ołówkiem, ale po upadku do morza woda dostała się do skrzynki i część oznaczeń, która wypadła na zgięciach mapy, rozmazała się w różowe lub turkusowe plamy. Najważniejszy punkt, zaznaczony na południowy wschód od Adżdabiji, dało się jednak rozpoznać.
- Dobry mieli pomysł na zrzucenie mapy, szkoda, że nie pomyśleli o zabezpieczeniu przed wilgocią – stwierdził Henry. – Właściwie co im przeszkadzało przesłać pozycję telegraficznie?
- Jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów – odparł Scolding z lekką ironią. – Zresztą, pozycja naszego celu i tak jest orientacyjna.
- Cóż, pustynia – powiedział Bancroft. – Dużo się tam nie ukryje, a z góry lepiej widać, więc nawet pięćdziesiąt mil to jeszcze margines błędu.
Porucznik Vincent odmierzył cyrklem parę objętości, zaznaczył miejsce, które wydawało mu się najbardziej optymalne – pomiędzy Adżdabiją a Bregą.
- Żeby droga była jak najkrótsza, powinniśmy startować praktycznie z plaży – stwierdził. – Jakieś sto dziesięć mil na miejsce i drugie tyle z powrotem, plus trochę czasu w rezerwie.
- Powinno starczyć – uspokoił go Scolding, choć wolał nie myśleć o perspektywie przymusowego lądowania na pustyni. – W porządku, trzeba zawołać pozostałych.

Ponieważ ciągle jeszcze pozostało sporo czasu do zajęcia przez HMS „Evelyn” wyznaczonego miejsca rozpoczęcia lotu bojowego, minęło pół godziny, nim ostatecznie dowódca okrętu zwołał odprawę przed misją. W tym czasie Henry skopiował wszystkie istotne informacje na świeżą mapę o większej skali i od razu również na swój egzemplarz. Tony ufał jego zdolnościom i poczuciu orientacji na tyle, żeby dopuścić go do planowania operacji, czyniąc z niego de facto nawigatora eskadry.
Na odprawę, oprócz personelu latającego, stawili się też niektórzy oficerowie pokładowi.
- Panowie, czeka nas dziś wycieczka nad Afrykę! – oznajmił kapitan Scolding.
- Czy ta wycieczka przewiduje jakieś fajerwerki? – upewnił się Dunmore.
- Sytuacja jest taka – Bancroft zabrał głos. – Nasze wojska w Egipcie rozpoczynają ofensywę przeciw Senussim. Następnie my musimy uderzyć jednocześnie na ich tyły.
- A Włosi oczywiście mają w tym czasie sjestę – zauważył kwaśno Godric Traylor.
- Włoskie bombowce, poruczniku, może i mają większy zasięg od naszych, ale za to znajdują się jeszcze dalej. Będzie pan łaskaw mi nie przerywać… Następnie Niemcy szmuglowali dla rebeliantów broń, amunicję i tureckich oficerów. Nie tak znowu dużo, bo na Włochach zdobyli tyle zapasów, że są porządnie zabezpieczeni. Od samej Misuraty idzie zaopatrzenie dla rebeliantów prowadzących wojnę szarpaną z naszymi w Egipcie. Następnie gdzieś na tym szlaku z Misuraty mieści się ważna baza, zapewne z magazynami broni. Nasi sztabowcy skonfrontowali dane wywiadowcze z tym, co dostali od Włochów, i wyszło im, że musi zapewne być w dolinie Wadi al-Farigh.
Wskazał piórem cel oznaczony na mapie.
- To jakaś oaza? – zapytał Braeburn.
- Wszystko na to wskazuje – odparł Tony, przypominając sobie szczegóły poleceń, jakie otrzymał przed wyjściem z portu. – Przesłuchani jeńcy nazywali to miejsce „Zawijjat Sabah”.
- A więc zawijja, mahometański klasztor – powiedział Matthews.
- Oni mają klasztory? – zdziwił się Traylor.
- Nie odbiegajcie od tematu! – komandor przywołał go do porządku.
- Naszym zadaniem jest zrobić z tą bazą porządek – ciągnął Tony. – Krótko mówiąc, tym razem zbombardujemy cele lądowe, bo w okolicy nie ma nikogo innego, kto może to zrobić. Wystartujemy trzema maszynami: ja, Dunmore i Braeburn. Traylor i Davis pozostaną na nasłuchu i będą czekać na meldunki.
- Za pozwoleniem, czemu znów pomija się mnie przy ważnym zadaniu? – zaprotestował porucznik Godric Traylor. – Pięć dni dawno minęło!
- Kto pomija? – Scolding wzruszył ramionami. – Mamy trzy samoloty na czterech pilotów i nic się w tej kwestii nie zmieniło.
- Jak chcesz, to możesz ze mną polecieć – zaproponował Braeburn. – Czepisz się pływaka albo siądziesz okrakiem na ogonie i będziesz osobiście zrzucał bomby. Pasuje?
- Panowie, starczy błaznowania! – zganił ich dowódca okrętu. – Następnie na pozycję wyjściową dotrzemy planowo za pięć i pół godziny.

Wczesnym popołudniem słońce stało wysoko na niebie. Sądząc po pogodzie, nikt by się nie domyślił, że to koniec lutego: temperatura była wprost wiosenna jak na angielskie warunki. Za burtą HMS „Evelyn” rozciągał się cyrenajski brzeg – wielka linia piasku, jakby ogromna plaża. Na pokładzie rufowym hydroplan kapitana Scoldinga był już podwieszony do żurawia i gotów do opuszczenia na wodę. George Angus i jego ludzie szykowali tymczasem kolejne maszyny. Lotnicy zebrali się przy relingu, sprawdzając ostatni raz, czy niczego nie zapomnieli.
- Gotowi? – upewnił się Tony, dopinając pilotkę. – Jeżeli ktoś źle się czuje, może jeszcze zrezygnować.
Nikt się nie przyznał, cała czwórka pragnęła w końcu znaleźć się w powietrzu i skonfrontować z przeciwnikiem, przez którego całe dnie spędzali na monotonnej służbie patrolowej.
- Dobrze – potwierdził kapitan. – Wszystko tu się buduje z gliny, więc nie bierzemy ciężkich bomb burzących, tylko drobnicę, żeby narobić bałaganu na jak największym obszarze. Braeburn, ty masz mniejszy udźwig, więc w zamian gęściej ostrzeliwuj nieprzyjaciela. Poza tym każdy pilnuje każdego. Senussi raczej nie będą mieć własnego lotnictwa, ale lepiej mieć się na baczności.
Spojrzał na obcy afrykański brzeg, potem rzucił okiem na zegarek.
- Dziś piątek – przypomniał. – Jeżeli dobrze pójdzie, zastaniemy rebeliantów w trakcie ćwiczeń.
- Znakomicie! – ucieszył się Braeburn. – Spadniemy na nich jak Asyryjczyk na trzody!
- I stłuczemy ich złotem i purpurą swych kohort, oczywiście – dodał Vincent.
- No, tylko ostrożnie – upomniał Scolding. – Żebyśmy nie skończyli jak wojska Sennacheryba. Do rydwanów!

Start przebiegł bez problemów. Tony czuł się nieco dziwnie, rozpędzając shorta po wodzie w kierunku brzegu, zamiast, jak zwykle, ku pełnemu morzu. Udało mu się jednak wzbić w powietrze, zanim z pełną prędkością wjechał na mieliznę. Już po chwili widział pod sobą cień samolotu na piasku. Do lotów nad lądem miał ostatnio dość ambiwalentny stosunek. Z jednej strony widoki były bardziej urozmaicone, a z drugiej – gdyby tak się zdarzyła, odpukać, jakaś awaria – spróbuj bezpiecznie wylądować na pływakach!
Obejrzał się na Vincenta. No, w taką pogodę mu chyba nie zimno? Zdał sobie sprawę, że przed paroma dniami minął rok, od kiedy Henry dołączył do eskadry. Ileż się wydarzyło w tym czasie! Obserwator był o wiele bardziej pewny siebie, nabrał doświadczenia, został już nawet ranny, ale ogólnie – spisywał się świetnie. A poza tym okazał się najlepszym przyjacielem.
A teraz znów nowy człowiek w jednostce. Scolding rzucił okiem na Braeburna, który prowadził sopwitha tabloida z tyłu po prawej. Na razie weteran Gallipoli nie dał mu powodów do niezadowolenia, ale dopiero teraz się okaże, ile jest wart w boju. Po drugiej stronie Dunmore z Matthewsem i ich, jak to ujmował Henry, „kanonierka”, jedyny w eskadrze samolot o dwóch karabinach.
Tony czuł narastające z wolna emocje. Dobrze zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, lecz mimo to perspektywa spotkania z nieprzyjacielem dziko go ekscytowała. Był świadom, że nieszczęśnicy gnijący w okopach mogą mieć zupełnie inny pogląd na sprawę niż piloci, ale świadomość ta nie miała wpływu na jego odczucia. To było jak schadzka ze śmiercią. Dunmore, który przed wojną trochę polował, z pewnością odczuwał to jeszcze intensywniej.
Skoro mowa o schadzce… Już wcześniej Tony zauważył, że czas lotu znacznie szybciej upływa, jeżeli myśli się o Emily. Nie widział jej od bardzo dawna i był zdany wyłącznie na korespondencję. A może powinien w końcu wysłać jej swoje zdjęcie? Po powrocie na Maltę jakieś zrobi. Tymczasem każda linijka listu czyniła pannę Knight coraz bliższą jego sercu. Dopiero teraz miał szansę w pełni odkryć to, co na żywo trudno jej było przekazać. Emily okazywała się bardzo inteligentna, świadoma własnej wartości, a nawet ambitna, z drugiej zaś strony wrażliwa i niezwykle czuła. Mimo wszystko zachowywała pewną skromność i bardziej dawała do zrozumienia niż otwarcie informowała, że potrzebuje jego bliskości.
Tony wiedział, że musi do niej pojechać przy pierwszej okazji, inaczej nie przeżyje. Nagle przypomniała mu się plaża w Swansea i ponętna kostka, która przypadkiem wysunęła się spod spódnicy… Ale ciągnięcie tego wątku w takich okolicznościach mogło się okazać zgubne. Gdyby tak, nie daj Boże, zaczął rozmyślać o jej drugiej kostce… Czas leciałby jeszcze szybciej, wręcz za szybko, kapitan Scolding był zaś na służbie i nie mógł sobie pozwolić na to, żeby cokolwiek przegapić.
Prowadził maszynę nad pustynią, monumentalną w swej surowości. Ludziom w Anglii mogło się wydawać, że Sahara to po prostu morze piasku. Tymczasem krajobraz owszem, był monotonny, a bez kompasu tudzież zdolności nawigacyjnych Henry’ego łatwo było stracić orientację, jednak eskadra mijała niewielkie wzniesienia albo doliny, z piaszczystych łach wyłaniały się czasem skały, a słońce, oświetlając ten krajobraz, dokładało od siebie światłocień, który ku wieczorowi, gdy cienie się wydłużą, z pewnością stanie się jeszcze bardziej intrygujący.
Wreszcie natrafili na Wadi al-Farigh, długi wąwóz przebiegający z zachodu na wschód. Kapitan skręcił w lewo, prowadził eskadrę wzdłuż koryta dawno wyschniętej rzeki. A może, w rzadkich dniach, kiedy na Saharze padał deszcz, dnem wąwozu wciąż płynęła woda? Tak czy inaczej, dolina wyglądała na całkiem przyzwoity szlak, na miejscu rebeliantów Scolding też by ją wykorzystywał.
Tylko gdzie się podział cel? Lecieli i lecieli, a w zasięgu wzroku pustka i pustynia, ani śladu aktywności ludzkiej, z wyjątkiem ruin marnej lepianki, którą minęli trzy mile wcześniej.
- Jak daleko jeszcze? – rzucił za siebie pytaniem. – Powinniśmy już chyba być na miejscu.
- Powinniśmy – potwierdził Henry. – Tamte współrzędne były dość orientacyjne, ale z grubsza powinniśmy przynajmniej coś już widzieć. Ile mamy czasu?
- Jakieś pół godziny.
- A jeżeli nie znajdziemy celu?
- Wrócimy na okręt, zatankujemy i polecimy przeszukać następny sektor.
Porucznik Vincent spojrzał na zegarek.
- Będzie co najmniej czwarta – stwierdził. – Nie wyrobimy się przed zmrokiem. Jutro rano?
Tony skrzywił się, nie podobała mu się ta perspektywa. Może najpierw należało wysłać kogoś z lotem rozpoznawczym, żeby ustalił na pewno położenie składnicy Senussich, a dopiero potem wprowadzić do akcji bombowce? Szkoda, że nie pomyślał o tym wcześniej. Ale teraz za późno o tym… Wzniósł shorta w górę, może z kolejnych pięciuset stóp będzie lepszy widok.
- Braeburn coś zobaczył! – wykrzyknął Vincent podnieconym głosem. – Jeździec na dziesiątej!
Nie od razu kapitan Scolding dostrzegł cokolwiek w jednostajnym krajobrazie pustyni. Dopiero po chwili zorientował się, że daleko z lewej w stronę północy przemieszcza się kłąb pyłu. Nie miał lornetki, jak Henry, więc musiał na razie wierzyć na słowo, że gdzieś tam w środku jest człowiek na koniu.
- Nie strzelać i nie schodzić z kursu! Zobaczymy, dokąd jedzie…
Trudno było sądzić, aby pustynny jeździec nie zauważył samolotów, ale z drugiej strony nie było pewności, czy to właśnie ich widok natchnął go do galopu. Tony w każdym razie zachował dyskrecję i leciał według dotychczasowego kursu. Dunmore i Braeburn też się nie wyłamali. Tamten zmierzał ku niewysokiemu, skalistemu grzbietowi oddalonemu o jakieś pięć mil. Nic nie wskazywało, żeby miało się tam kryć jakieś osiedle ludzkie, ale… dokądś przecież pędził. Scolding lekko skierował maszynę w lewo, żeby po szerokim łuku dotrzeć w to samo miejsce. Reszta bezbłędnie podążyła za nim. Poczuł swoistą dumę z doświadczonej i dobrze zgranej jednostki, ale teraz nie było czasu się zachwycać.
Im bardziej zbliżali się do wzgórz, tym silniejsze bicie serca czuł Scolding. Coś tam jednak było! I rzeczywiście: w pewnej chwili niby Sezam otworzył się przed nim uskok kryjący miejsce, które musiało być Zawijjat Sabah. Za zboczem rozciągała się dolina, a w niej długi, trzypiętrowy budynek z suszonej cegły, budzący pewne skojarzenia z koszarami; dwie stare armaty stały po obu stronach wejścia. Obok meczet z kopułą i niewysokim minaretem oraz kilka lepianek, konie, muły i wielbłądy, bardzo zakurzone auto, gdzieś w głębi ożywcza zieleń palm, a między nimi coś jakby blask słońca na powierzchni wody…
Na placu przed zabudowaniami trwała musztra. Kilkudziesięciu, może stu ludzi – około kompanii. Henry spojrzał przez lornetkę. Białe i czarne dżelaby oraz powłóczyste szaty owinięte wokół ciała w sposób kojarzący się z sari przemieszane były w różnych proporcjach z mundurami khaki w stylu europejskim; do tego owijacze na łydkach, skórzane pasy i szarfy w różnych kolorach, zaokrąglone czerwone fezy obok kefij i białych zawojów. Przed frontem kompanii stał chorąży z zielonym sztandarem i dwaj ludzie, których wysoka ranga nie ulegała wątpliwości. Jeden miał na sobie strój arabski lśniący od złota i jedwabiu, drugi – schludny mimo pustynnych warunków mundur z dużymi, błyszczącymi guzikami, a na głowie kołpak z baraniego runa: ewidentnie turecki doradca wojskowy.
Tony zmniejszył wysokość, zajmując pozycję do bombardowania. Nadlatywał nad zawijję od wschodu. Szybko wydał Vincentowi dyspozycje do przekazania przez radio pozostałym, a potem z napięciem skorygował pozycję. Nie zapominał o ostrożności. Co prawda mieli nad rebeliantami miażdżącą przewagę techniczną, ale, jak pokazał przypadek generała Gordona z Chartumu, przeciwnika uchodzącego za bardziej prymitywnego nieroztropnie było nie doceniać.
Rebelianci szybko ich zauważyli. Czworobok rozsypał się na mniejsze grupy, niektórzy schowali się za budynkami. Oficer w baranicy wraz z kilkoma innymi ludźmi próbował zapanować nad poruszeniem. W jednej chwili Scolding zdał sobie sprawę, że do niego strzelają. Trzask nowoczesnych karabinów i sztucerów mieszał się z hukiem muszkietów skałkowych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie w lokalnych plemionach. Plac zasnuł się mgłą dymu prochowego, w którym tu i ówdzie rozbłyskiwały płomienie z luf. Brytyjskie maszyny były jednak za wysoko, aby dosięgł je ogień broni ręcznej.
Z tyłu Henry ostrzeliwał Senussich z lewisa. To niezupełnie dżentelmeński sposób załatwienia sprawy, pomyślał Tony ze smutkiem i zwolnił wreszcie bomby. Samolot, nieco teraz lżejszy, podskoczył do góry. Chwilę później zabrzmiały apokaliptyczne werble eksplozji. Główny budynek spowiły kłęby dymu i pyłu. Kapitan wykonał zwrot przez lewą burtę, żeby zrobić miejsce dla pozostałych. Zanim zdążyli zrzucić bomby, kolejny silny wybuch wstrząsnął powietrzem. Arabowie na placu padli jak skoszeni, z budowli niczym pociski wyleciały kamienie i cegły. Chyba trafił w magazyn amunicji.
Braeburn podchodził do ataku na małej wysokości. Walnięty z boku falą uderzeniową jak niewidzialną pięścią, przechylił się na skrzydło i kilkaset stóp przeleciał siłą bezwładu. Najwyraźniej stracił kontrolę nad sterami, ściągało go ku ziemi… Syn pastora z Nottingham desperacko próbował odzyskać stateczność, zrzucił obciążające go bomby, które spadły w szczerym polu. Kilku Senussich niespodziewanie padło na ziemię, trafiły ich odłamki.
Braeburnowi udało się jednak odzyskać równowagę. Natychmiast poderwał samolot w górę. Z ziemi wciąż do niego strzelali, Henry przez lornetkę zobaczył, jak poszycie płata pęka w miejscu trafienia. Tymczasem Dunmore okrążył zrujnowaną zawijję od strony zbocza, po czym bezbłędnie zbombardował na pozostałe zabudowania. Z minaretu pozostała połowa. Przerażone konie biegały bezładnie między bojownikami.
- Teraz to już nic nie widać… – westchnął Vincent i rozpoczął nadawanie.
Formacja uporządkowała szyk i zawróciła. Rebelianci pod rozkazami Turka zdołali się przegrupować i dalej prowadzili ogień zza osłon – to spośród ruin, to spomiędzy palm. Tony puścił przodem Dunmore’a, który ryzykownie obniżył wysokość i położył się na prawe skrzydło, by walić w przeciwnika z obu kaemów. Braeburn zajął się koszeniem roślinności nad wodą.
Na ziemi panował chaos. Turek, do pasa zasłonięty przewróconym kawałkiem muru, strzelał do samolotów z rewolweru. Co za szaleniec, pomyślał Tony. Aż szkoda takiego…
Nagle Henry krzyknął. U stóp minaretu dwaj spośród rebeliantów ustawili karabin maszynowy i wycelowali w niebo. Ten już nie musiał się przejmować zasięgiem! Lufa splunęła ogniem prosto w maszynę Dunmore’a, niemal dało się widzieć wióry lecące z kadłuba, nim Northumbryjczyk uciekł do góry i w bok. Braeburn śmiałym manewrem wślizgnął się pod niego, przeleciał nad złamanym minaretem i z impetem cisnął w dół granat. Czy skutecznie, tego Tony nie widział. Pięciu jeźdźców Apokalipsy zasiało w Zawijjat Sabah kompletny chaos.
Przyszła pora wracać na okręt. Kapitan Scolding skierował maszynę na zachód. Co z pozostałymi? Braeburn dzielnie się spisał i wyszedł obronną ręką po utracie panowania. Dunmore miał coś nie tak z prawym dolnym płatem i środek kadłuba trochę mu prześwitywał, ale tak czy inaczej…
- Matthews melduje, że został ranny – powiedział Vincent.
- Poważnie?
- Nie wiem. Chyba powinniśmy przyspieszyć.
Droga jednak dłużyła się niemiłosiernie. Hydroplan, w tamtą stronę śmigły jak rydwan Heliosa, teraz wydawał się o wiele za wolny, a kiedy morze znalazło się w zasięgu wzroku, to jak na złość czas zaczął płynąć jeszcze wolniej. Im bliżej zaś byli, tym bardziej Tony’emu wydawało się, że coś jest nie tak…
- Gdzie okręt? – zdziwił się.
Rzeczywiście, na drodze powracającej eskadry nie było ani śladu HMS „Evelyn”. Chyba odchylili się od od kursu o parę minut i wyszli znad lądu w zupełnie innym miejscu… Co za nonsens – bombardowanie całkiem udane, a w drodze powrotnej rozsypka?
- Jest! – uspokoił go Henry, rozpoznawszy sytuację przez lornetkę. – Jakieś dziesięć mil z lewej! Już nadaję, żeby wstawiali herbatę…
Ale Tony prawie go nie słyszał, z niepokojem obserwując maszynę po prawej, która chyba miała jakieś problemy. Tabloid zaczął odstawać od reszty, potem jego śmigło zwolniło, runął w dół. Przez kilka sekund grozy czas się zatrzymał i jednocześnie pędził niedorzecznie szybko. Potem Braeburn już drugi raz w ciągu godziny zdołał się uratować, wyprowadzając maszynę w lot ślizgowy. Przeleciał nisko nad pasmem nadbrzeżnych wydm, usiłując dociągnąć do brzegu morza, ale nie zdążył. Zarył pływakami w piasek i padł na nos, zadzierając ogon do góry.
- Boże! – westchnął Scolding.
Jeden ranny, drugi spadł, co jeszcze mogło pójść źle? Należało podjąć szybką decyzję. Zatoczył krąg nad uziemionym tabloidem, z ulgą stwierdzając, że pilot chyba osobiście nie ucierpiał i właśnie opuszczał samolot.
- Niech bezwzględnie wracają na okręt – nakazał Tony. – My idziemy na pomoc!
Kiedy tylko Vincent nadał rozkaz, zeszli w dół, bez trudu sadzając shorta na falach kilka jardów od brzegu. Scolding zgasił silnik, wyskoczył z kokpitu, w biegu rozpinając kurtkę. Henry ruszył za nim.
Braeburn wybiegł im na spotkanie. Sądząc po żwawości, nie był ranny.
- Cycki! – wystrzelił przekleństwem. – Jeszcze kilkadziesiąt stóp i usiadłbym na wodzie!
- Jak się czujesz? – Tony zadał mu podstawowe pytanie.
- Ze mną wszystko w porządku – odparł, ściągając gogle na czoło. – Tylko samolot mi jakąś blasfemię wywinął.
- Zaraz mu się przyjrzymy, najwyżej Dunmore po ciebie przyleci – powiedział Henry. – Łączność, na szczęście, jeszcze mamy.
Wciągnęli shorta bardziej na piasek, na wszelki wypadek, żeby przybój nie porwał go na pełne morze. Potem we trójkę udali się do tabloida. Braeburnowi dopisało szczęście, a może raczej doświadczenie. Nie było żadnych widocznych zniszczeń. Hydroplan nawet nie uderzył nosem w ziemię, piasek na plaży wszystko zamortyzował. W zasadzie wystarczyło go wykopać.
Tony otworzył osłonę silnika i zajrzał do środka. Piasek był wszędzie, wszystko oblepiał.
- Bez obawy – powiedział, czując, jak napełnia go spokój. – Silnik nie został uszkodzony, tylko piasek wszystko pozatykał. Wyczyścimy, zepchniemy go na wodę i w pół godziny będziemy na pokładzie. Jeżeli nawet nie wystartujesz, to jakoś weźmiemy cię na hol. Nie jest źle, a właściwie jest całkiem dobrze.
Wtem otaczającą ciszę rozerwał wystrzał. Tony odwrócił się gwałtownie i niemal podskoczył, widząc, jak Vincent pada na ziemię. Potem huknęły następne strzały.




8 komentarzy:

  1. Słowem wstępu: ja dziękuję i w ogóle, ale... Za co? Znaczy, czym sobie zasłużyłam? Bo, nie ukrywam, trochę mi szczena opadła. :D
    A teraz, skoro zadałam już pytanie, które mi nie dawało spokoju (mam za dużo wolnego czasu), pozostaje kolejne pytanie: CZY TY MUSISZ MU TO ROBIĆ? Znaczy nie żebym była wredną małpą i życzyła tego komukolwiek innemu, ale HENRY? NAPRAWDĘ? HENRY? (W sumie jakby padło na Tony'ego to bym podobnie biadoliła...) Pragnę wyrazić w tym miejscu szczerą nadzieję, że mnie wkręcasz (no, nie tylko mnie, nas, czytelników), jak to ty już wkręcać potrafisz (nie raz ci się to kapitalnie udawało). Naprawdę chcę znowu zostać sprytnie wkręcona. :<<<
    Znaczy tego, ja rozumiem i liczę, że Henry wcale nie musiał oberwać tylko się rzucił na ziemię, bo usłyszał strzał, ale panikuję na zapas. Kobiety tak mają. No dobra, ja tak mam.
    Tony, weź ty nie pozwól, żeby Henry'emu coś się stało, on do Lindy musi wracać (i olać Josephine, nie zapomnijmy o olewaniu Josephine). I tego, Tony, ty też weź uważaj, bo autor ci się trafił taki, że nigdy nic nie wiadomo. :D Głowy nisko i spadamy na Evelyn. :D
    Omg, Sahara. Powiem ci, że już nie raz cię podziwiałam za wiedzę i umiejętność wykorzystania jej tutaj, ale dzisiaj to już naprawdę... Jestem pod wrażeniem. Zwłaszcza, że ciągle mi uświadamiasz, jak ja niewiele o tamtych czasach jeszcze wiem, ale to dobrze, to nic złego.
    NO I WIDZISZ, CO TU SIĘ POROBIŁO, aż muszę caps locka użyć, bo to się nie godzi, żebym mogła chociaż na chwilę zapomnieć, jaki ładny Linda wysmarowała dla Henry'ego list, jak on z tej miłości poduszkę musi sobie biedny przytulać, bo kobiety obok nie ma, jak Tony'emu szybciej leci czas, kiedy myśli o Emily... TAK TO JEST, jak twoje opowiadanie czyta baba. :DDD Przeżywam więcej, niż wypada i pewnie jeszcze nie raz przezywać będę, wiem, jestem okropna, ale prędko się mnie nie pozbędziesz, hehehe.
    PS Twoje linki ostatnio zaczęły mi generować więcej niż zwykle wejść na blogaski, zaglądnęłam z ciekawości i, serio, myślałam, że Zło, to z gwiazd wygrało wszystko, ale Nachtygalowe Hałdy mnie rozwaliły.
    PS2 Koniec komcia. Przeżywam rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, nikt inny tu tyle nie komcia i z takim pożytkiem :D A w ogóle nocia miała być dla pokrzepienia w sesji zimowej, ale chyba mi się raczej nie udało zdążyć :P
      Trudno mi teraz odnieść się do twojego postu bez spoilerowania, ale z drugiej strony - cliffhanger i tak jest dość cienki. Either way, nowy rozdział jeszcze nie do końca zaplanowany... W ogóle ile by mi czasu nie zeszło na planowaniu noci, sceny walk zawsze są w jakimś stopniu efektem improwizacji. Kiedy tylko próbuję zaplanować jakieś starcie zawczasu, w jakiś sposób wychodzą sceny romansowe :D
      Aż naprawdę tyle wiedzy przebija z tego rozdziału? Jakoś tego nie odczuwam, wymagał zresztą mniej riserczu niż choćby poprzedni.
      No, przyszło mi do głowy trochę zreformować zakładkę z linkami :D

      Usuń
    2. A ja się nie mogę pozbyć wrażenia, że wiecznie gadam od rzeczy... Wzruszonam teraz. :')
      Powiem tyle: na dobre ci ta improwizacja wychodzi.
      Znaczy wiesz, bo ja generalnie wiem tyle co nic o wszystkim, o czym piszesz, nawet jakby w pewnym momencie były jakieś błędy czy rozjazdy czasowe to bym się zwyczajnie nie zorientowała, ale nie da się ukryć, że wiesz o czym piszesz i ja to bardzo lubię. :D
      (Bleh, bo mnie teraz czeka dosyć poważny risercz, który będzie wymagał przewalenia wzdłuż i wszerz pewnego jutjubowego kanału z urban exploration i... Chcę tego opka, ale nie chce mi się go riserczować, poznaj mój ból i ciesz się, że wiesz, o czym piszesz. ;P)
      Zacna ta reforma.(I nie została pominięta kreseczka nad a w moim blogasku, jeszcze bardziej niż przed chwilą jestem wzruszona!)

      Usuń
    3. Kreseczek generalnie nie pomijam i jest to wręcz jedną z moich obsesji, żeby wszystkie diakrytyki były na swoich miejscach :)
      Cóż, przy pisaniu ogarnęła mnie lekka obawa, że pakując panów oficerów w kłopoty, zaczynam się trochę powtarzać, ale chyba nie jest tak źle... :D
      Powodzenia w tworzeniu, a w marcu zapraszam tradycyjnie na nową nocię. :)

      Usuń
    4. I bardzo dobrze, bo ja nie po to wybieram sobie szpanerski tytuł z kreseczką, żeby ją potem pomijano. :D
      Yyyy, to opko z wojną na pierwszym planie, w co masz pakować panów oficerów jeśli nie w kłopoty i romanse, które powodują u damskiej części odbiorców nadmiar wrażeń? :DDD
      Cóż mogę powiedzieć: podejrzewam, że będę. :P

      Usuń
    5. W tym rozdziale wywołanie maksymalnego nadmiaru wrażeń było zdecydowanie w planie :D

      Usuń
  2. Wpadłam na opko dawno dawno temu, jeszcze w okolicach piątego rozdziału, i jakoś nie chwyciło. Ale za to teraz... Ach, jak mi się wszystko w tym tekście podoba!
    Akcja wciąga niemiłosiernie, bohaterowie są fantastyczni, romanse niebanalne, a mój wewnętrzny świr pierwszowojenno-lotniczy piszczy z zachwytu nad każdym opisem starcia, i nad riserczem w ogóle. Poza tym ogrywanie w tym prawie poważnym tekście wszystkich opkowych standardów ma w sobie kupę uroku. Szkoda tylko, że przez to niezbyt mogę historyjkę podesłać np. rodzinie, bo moja mama, jak jest miłośniczką literatury przygodowo-wojenno-kiczowej, nie znalazłaby niczego zabawnego w takich drobnostkach jak dopiski "(żart)", czy niepoprawnie użyty imiesłów, albo przypadkowe linki sprzed kilku(nastu)(dziesięciu) rozdziałów. ;)
    Kocham Twoje otwarcia i zamknięcia rozdziałów, za każdym razem daję się radośnie wkręcić. :D
    Aż nie wierzę że muszę teraz czekać na nowy rozdział, gdybym dwa dni temu wiedziała, jak to się skończy, może przystopowałabym z czytaniem. Chociaż pewnie nie.

    Uchachana,
    Miętówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa! Cóż, w pierwszych rozdziałach jeszcze brakowało mi sprecyzowanej wizji tego opka i od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem lekkich przeróbek, chociaż jeszcze nie wiem, od czego zacząć...
      Nowy rozdział powinien być w ciągu dwóch tygodni, mam teraz silne braki weny (a i czasu nie za wiele) i muszę poczekać, aż się zregeneruje. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń