Rozdział 3. Obserwator


Luty 1915

            Podoficer George Angus stał na baczność w kajucie dowódcy i przeczuwał, że będzie miał kłopoty. Nie wiedział czemu, ale coś mu mówiło, że nie wezwano go po to, żeby pochwalić.
Przez duże, białe okno, umieszczone dokładnie naprzeciwko niego, wpadały promienie zimowego słońca, które, i owszem, świeciło dość jasno, ale za dużo ciepła nie dawało, i mijając biurko dowódcy, odbijały się złotem na grzbietach książek w biblioteczce, wycinały obrys komandorskiej łysiny na zawieszonej na ścianie mapie Morza Północnego oraz nadawały brodzie Angusa miedziany połysk.
Służył w marynarce od dwunastu lat, brodę nosił od pięciu. Po tym, jak oberwał nożem podczas karczemnej awantury w Szanghaju, została mu szpecąca blizna na policzku, a zarost pozwalał ją elegancko ukryć. Oficjalnie Angus przechwalał się, że został ranny w czasie powstania bokserów. Broda dodawała mu ładnych parę lat, więc prawie każdy dawał się nabrać, nikt się nie zastanawiał nad chronologią.
Podoficer w myślach wyliczał wszystkie potencjalne przewinienia, których mógł się dopuścić w ostatnim czasie. Dotarł już do Bożego Narodzenia i w dalszym ciągu nie był w stanie przypomnieć sobie niczego, co mogłoby skutkować pociągnięciem za konsekwencje. W ostatnim czasie nie robił nic zakazanego, a już na pewno nie dał się przyłapać. A może był nieostrożny, dał się przyłapać, tylko nie zauważył?
Komandor porucznik Lionel Fastly, dowódca RNAS Chopham, wpatrzony do tej pory w okno, wreszcie odwrócił się do podkomendnego.
- W porządku, Angus – odezwał się zmęczonym tonem, opadając na wysłużony fotel. – Mam nadzieję, że mi wytłumaczysz, o co chodziło z tym psem.
- Z  jakim psem? – zdziwił się mechanik.
- Z moim psem – zimno sprecyzował Fastly. – Dlaczego chciałeś go otruć?
            Angus oniemiał ze zdumienia. Ataku z tej strony się nie spodziewał.
- Otruć? Pańskiego psa? – wykrztusił wreszcie. – Ależ panie kapitanie, kto mógł w ogóle coś takiego…
- Porucznik Sinclair widział, jak karmisz mojego psa.
- No, karmię, bo to dobry piesek jest – przyznał Angus. – Całymi dniami biega samopas po pokładzie, zimno mu, to się nad nim zlitowałem, podzieliłem się. A co, źle się poczuł?
- Angus, bez wykrętów – zdenerwował się Fastly. – Coś ty mu dał?
- Nic szczególnego, panie kapitanie – mechanik wzruszył ramionami. – Szedłem akurat z konserwą, to otworzyłem puszkę i rzuciłem.
- Czyś ty zwariował, Angus? – dowódca aż się podniósł z fotela. – Karmić psa wojskowymi konserwami?
- No właśnie – odrzekł Angus. – Człowiek tego i tak nie zje, a pies jest mniej wybredny…
            Komandor podszedł do podoficera, wzrokiem z bliska go zmierzył.
- Skąd ci w ogóle przyszło do głowy, żeby dokarmiać mojego psa?!
- Za pozwoleniem, panie kapitanie, ale kiedy byłem w Adenie, to tam mnóstwo burów się normalnie szwenda po ulicach i żywią się tym, co znajdą. No i jak on tak, biedny, grasuje po bazie, to mi się przypomniało.
- Trzymajcie mnie! – Fastly złapał się za głowę. – Nie widzisz różnicy pomiędzy moim rasowym seterem a jakimiś pchlarzami z Adenu?
- No więc tym bardziej, skoro był głodny…
            Dowódca spojrzał Angusowi prosto w oczy.
- Właściwie mnie nie obchodzi, czy chciałeś go otruć, czy nie – powiedział. – Po prostu go nie karm. Zrozumiałeś?
            Zaczął krążyć po kajucie, aż znów zatrzymał się przed mechanikiem.
- Masz przez cztery dni wachtę poza kolejnością. Psią wachtę, zresztą. Odmaszerować!
      Podoficer George Angus opuścił kabinę dowódcy. Nie było tak źle, zawsze jeszcze mógł dostać chłostę.
      Wyszedł na główny plac, konsekwentnie zwany śródokręciem. Bandera wojenna, wywieszona na maszcie z żaglowca, niemrawo powiewała na łagodnym wietrze, a grupa marynarzy pod okiem bosmana Warda równie niemrawo zajmowała się klarowaniem deku, czyli, mówiąc po ludzku, odśnieżaniem.
George Angus zasalutował starszemu podoficerowi, ale ani myślał złapać za łopatę. Jego wzrok pochwycił bowiem nowego członka załogi. Ciemnowłosy marynarz średniego wzrostu przybył do Chopham dopiero poprzedniego dnia i tak się złożyło, że chyba miał współpracować z Angusem, więc należało wykonać standardowy rytuał.
- Hej, ty – powiedział podoficer. – Coś za jeden?
- Marynarz Calum Flynn, szefie – nowy odstawił łopatę i dotknął dłonią otoku czapki.
- Przynieś mi 30 stóp kilwateru – Angus skinął dłonią w nieokreślonym kierunku, po czym, nie czekając na wykonanie rozkazu, udał się do warsztatu, aby wraz z podoficerem Davidem Throatem odegrać piętnastą scenę dramatu pod tytułem „Ile razy można lutować wsporniki?”
        Chyba z dziesięć minut spierali się o to, czy można bez przeszkód przeszczepić pływaki do samolotu z podwoziem kołowym, a potem na odwrót, i w dalszym ciągu nie doszli do materiałoznawczego konsensusu. Angus próbował wyjaśnić koledze, że kiedy jest konieczność, trzeba improwizować i brać to, co akurat jest pod ręką, a Throat uważał, że owszem, można, ale po co, skoro dźwigary pływaków się w końcu zniszczą, kiedy będzie się je w tę i nazad lutować, oraz gdyby konstruktor chciał je wykonać ze zwykłego żelaza, to nie zawracałby sobie głowy stalą manganową.
W zasadzie tę sprawę powinien był rozstrzygnąć główny mechanik, ale jakoś tak się złożyło, że w Chopham nie było obecnie oficera pełniącego taką funkcję. Dotychczasowy chief jakoś po Nowym Roku został przeniesiony, bo potrzeba było mechanika na jakimś okręcie, a na jego miejsce nie wyznaczono dotąd nikogo innego. No, sam Fastly miał wykształcenie techniczne i był nawet kiedyś chiefem na jakiejś pomniejszej jednostce, ale to wciąż jednak nie ta gałąź techniki, która byłaby przydatna w tym właśnie przypadku. Wydany przez niego rozkaz brzmiał dość precyzyjnie: „Spróbujcie coś z tym zrobić”. No więc Angus i Throat próbowali, ale różnica zdań, której nie mógł zniwelować ktoś bardziej kompetentny, trochę im przeszkadzała. Teraz też nie doszli do porozumienia, bo nagle rozległ się głos:
- Szefie, przyniosłem.
        W drzwiach warsztatu stał Flynn. George Angus ze zdumieniem skonstatował, że chociaż od kilku lat praktykował wysyłanie nowych rekrutów po kilwater i trzy czwarte z nich dawało się nabrać, zawracając głowę oficerom, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby któryś z młodych matrosów faktycznie przyniósł Angusowi dwa pełne wiadra.
- Co to jest? – zapytał surowo podoficer.
- Melduję, że kilwater, według rozkazu – odpowiedział Flynn spokojnym tonem, bez cienia obawy, a nawet z lekkim rozbawieniem. Jego postawa cokolwiek zdezorientowała Angusa, lecz szybko wziął się w garść.
- To ma być trzydzieści stóp? – zapytał.
- Jak dobrze rozciągnąć, to wyjdzie trzydzieści – wyjaśnił rekrut.
- Jesteś pewien?
- Może pan zmierzyć.
     Angus spojrzał spode łba. Nie tylko nie dało się ustalić, czy facet mówi poważnie, ale w dodatku podrywał jego autorytet przed Throatem, co oznaczało, że dyskusja o materiałoznawstwie jeszcze się przeciągnie, i zanim się skończy, może już być po ptokach.
- Jakiś rzadki ten kilwater – zawyrokował. – I za mało spieniony. Odnieś z powrotem.

Baza lotnicza Chopham leżała w Suffolk, na wybrzeżu Morza Północnego, mniej więcej w połowie drogi między Ipswich a Yarmouth. Oba miasta miały jedną zasadniczą wadę: nie były Londynem, toteż dostępny wachlarz rozrywek był dość ograniczony. Z drugiej strony dla kogoś, kto ongiś służył na kompletnej pustyni kulturalnej, jaką były Orkady, nawet Ipswich stanowiło miłą odmianę, chociaż nie mogło się równać ze stolicą.
       Znajdował się tu nieduży majątek, który na krótko przed wybuchem wojny wpadł w kłopoty finansowe i miał zostać sprzedany. Wtedy właśnie na scenę wkroczyła Royal Naval Air Service, przejmując nad farmą kontrolę. Sprawa własności była dość skomplikowana pod względem prawnym; Tony Scolding, chociaż opowiadano mu całą historię kilka razy, w dalszym ciągu nie wiedział, czy teren bazy został kupiony, wydzierżawiony, czy zarekwirowany.
        W ceglanym dworze, obrośniętym od południa dzikim winem, urządzono kwatery oficerskie i centrum dowodzenia. Właściciel-utracjusz nie zdążył za to dokończyć budowy czworaków i gdy marynarka objęła Chopham we władanie, zastała tylko gołe ściany, ale przez jesień udało się szybko założyć dach, dobudować dodatkowe skrzydło i uczynić z budynku koszary dla obsługi naziemnej.
       Przy tym wszystkim baza Chopham, podobnie jak inne instalacje brzegowe Royal Navy, traktowana była jak okręt wojenny. Co prawda nie nosiła oficjalnej nazwy, lecz poza tym życie biegło tu w rytmie wybijanych co pół godziny szklanek, dzień służby dzielił się na wachty, pokoje w dworze i czworakach nazywano kajutami, kuchnię kambuzem, a główny plac – śródokręciem. Kiedy ktokolwiek z załogi opuszczał teren bazy, mówiło się, że schodzi na ląd.

      Tego przedpołudnia porucznik Scolding siedział w salonie. Rano było jeszcze słonecznie, ale potem nadpłynęły chmury i dzień stał się typowo lutowy: zimny, pochmurny i przygnębiający. Poprzedniego dnia i przez noc spadło ładnych kilka cali śniegu, w Chopham zrobiło się całkiem biało (jeśli nie liczyć granatowych mundurów marynarzy krzątających się z łopatami). W taką pogodę nie chciało się nic robić, tylko pić herbatę z rumem i siedzieć przy kominku, wsłuchując się w trzaskające szczapy…
        Salon wyglądał dość przytulnie. Co prawda poprzedni właściciel dokumentnie go ogołocił, zostawiając tylko, nie wiedzieć czemu, stół bilardowy, na którym obecnie rozkładano mapy, locje i wszelkie inne papiery. Oficerowie jednak dołożyli wszelkich starań, żeby czuć się w bazie jak w domu: wytapetowali ściany w kolor ciepłego brązu czy może raczej beżu, zawiesili firanki, wstawili trochę starych mebli, przy których renowacji i czyszczeniu dobrze się sprawił podoficer Angus, jeszcze raz dając dowód swoich nadzwyczajnych uzdolnień technicznych. Na ścianach zawisło nawet kilka obrazków: jakieś pejzaże, jakieś kwiaty w wazonie, scenka rodzajowa z parku… W listopadzie każdy z oficerów, wyskakując poza służbą do miasta, kupował obraz w taniej galerii albo u ulicznego artysty. Porucznik Sinclair przywiózł nawet akt, ale dowódca na ten widok wpadł w szał, więc wizerunek młodej kobiety, która z bliżej nieokreślonych przyczyn zapomniała stroju (i żeby było bardziej przyzwoicie – nie patrzyła w stronę widza), Sinclair powiesił we własnej kajucie.
      Z kominka rozległ się donośny trzask. Tony wstał z fotela i chwycił pogrzebacz, aby obrócić dopalające się polano i dołożyć nowe.
- Czołem, Scolding.
     Odwrócił się. W drzwiach stał Matthews, wyglądał na niewyspanego. Nic dziwnego, przytrafiła mu się nocna wachta. Opierał się ramieniem o futrynę; na mankiecie połyskiwały faliste dystynkcje oficera ochotniczej rezerwy. Jeffrey Matthews przed wojną nie miał nic wspólnego z morzem, studiował w Cambridge. Teraz bardzo poważnie traktował swoją służbę w marynarce i dalej ubierał się  w granatowy mundur, podczas gdy Tony i większość kolegów przerzucili się już na uniform khaki, wzorowany na tym, który noszono w armii lądowej, ale z marynarskimi oznakami, całkiem zresztą nieregulaminowy.
         Tony skinął mu pogrzebaczem.
- Widziałeś Dunmore’a? – zapytał nowo przybyły.
- Nikt go nie widział – przyznał Scolding. – Od wczoraj nie wrócił.
- Sam poleciał – rzekł Jeffrey. – Mnie nie zabrał. Mówiłem, że to się źle skończy.
      Tony nie skomentował jego słów. Matthews miał skłonności do narzekania, a to nie zachęcało do rozmowy. Inna sprawa, że tak długa nieobecność Dunmore’a była niepokojąca. Paliwa powinno było mu starczyć na trzy i pół godziny lotu, czyli wypada godzina czterdzieści pięć w jedną stronę. A co, jeśli teraz dryfuje gdzieś po morzu, nie mogąc nawet nadać wiadomości o swoim położeniu? I to przy optymistycznym założeniu, że nie trafił na Niemców. Albo na burzę.
Tak jak zapowiadał latem, Thomas Dunmore w końcu trafił do Chopham. Na początku działań wojennych znalazł się wprawdzie niemal w samym centrum wydarzeń, skierowano go bowiem do Dunkierki, gdzie w ramach zgrupowania Royal Navy miał zabezpieczać od strony morza lewą flankę sprzymierzonych. Zabezpieczał podobno bardzo skutecznie, ale do czasu. Nie wiadomo dokładnie, co nawywijał, niemniej faktem było, że przełożeni postanowili w końcu odwołać go z frontu i zesłać do jednej z baz w kraju. Dunmore przypomniał sobie wtedy, że ma kolegę w Chopham, i sprawnie załatwił przeniesienie do tej bazy.
Komandor Fastly, zapoznawszy się z zasługami wysmukłego Northumbryjczyka, przydzielił mu stanowisko zastępcy dowódcy, licząc na to, że obowiązki administracyjne odciągną Dunmore’a od popisów. Eskadra nie była jednak na tyle duża, żeby Dunmore się przemęczał za biurkiem. Zresztą postępowanie dowódcy okazało się dość schizofreniczne. Z jednej strony dał Dunmore’owi to stanowisko, a z drugiej sam brał na siebie większość papierkowej roboty, żeby tylko nie brać udziału w lotach. Wobec tego Dunmore bardzo się nudził, osobliwie podczas złej pogody, kiedy odwoływano patrole, i można było tylko z obawą oczekiwać, co się wydarzy.
Przynajmniej nie było tu zajęcy. Na polach otaczających bazę pojawiały się wprawdzie kuropatwy, ale Charlie przeganiał je za każdym razem, gdy wypuszczono go poza ogrodzenie, więc raczej nie było obawy, że Dunmore zapragnie je atakować.
            Matthews podszedł do barku, nalał sobie rumu.
- To jakie mamy dane meteo? – zapytał.
- Zimno – odparł Scolding.
- Toś mi nowość powiedział. A tak bardziej konkretnie?
- Bardzo zimno. W powietrzu jeszcze zimniej. Zachmurzenie w okolicach stu procent, miejscami sto dwa.
- To chyba dzisiaj nie będzie lotów?
- U-booty się same nie zgłoszą do rozwałki.
- Otwarcie mówią, że będą topić statki handlowe. Smętne zwisy.
       Tony pokiwał głową. Niedawno Niemcy ogłosili wody wokół Wysp Brytyjskich strefą wojny i ostrzegli, że nie zamierzają się patyczkować, a wszystko, co po wodzie pływa, a nie jest przypadkiem kaczką, zostanie posłane na dno. Nazwanie takiej decyzji kontrowersyjną było sporym niedopowiedzeniem, natomiast wypatrzenie U-boota w morskich falach zdecydowanie nie należało do łatwych zadań, nawet z wysoka. Można było tylko mieć nadzieję, że wypłynie blisko powierzchni, aby wystrzelić torpedę, albo w ogóle się wynurzy dla zaczerpnięcia oddechu.
     Matthews podszedł do biblioteczki, wyjął francuskie wydanie „Nędzników”, po czym usiadł w drugim fotelu, biorąc się do lektury. Do pomieszczenia zajrzał także najmłodszy z personelu latającego, midszypmen Davis, ale on tylko przemknął i poszedł gdzieś w swoją stronę. Brakowało jeszcze Sinclaira, który pełnił wachtę, i kwatermistrza Cornwella.
        Scolding poczuł, że zapada się w fotelu. Wygodne siedzisko zdawało się wciągać go w głąb. To na pewno coś z ciśnieniem… Wtem zerwał się, gwałtownie otrzeźwiony dotykiem czegoś zimnego. Otworzył oczy i przekonał się, że istotnie, tak jak od razu mu się wydało, gnie się przed nim, młócąc ogonem, rudy seter dowódcy, Charlie, czy też, jak go nazywał Tony – The Right Honourable Laddie Charles Rover-Bandit. Pies bezceremonialnie i bez pytania o zgodę wskoczył porucznikowi na kolana przednią połową ciała, nogami pozostając na dywanie. Scolding pogłaskał go, potarmosił za uszami, a potem delikatnym klepnięciem dał do zrozumienia, że lepiej byłoby, gdyby Charlie teraz wyszedł. Seterowi nie trzeba było bardziej dobitnej perswazji – z entuzjazmem pobiegł w kierunku swego pana, który wypuścił go na zewnątrz. Skrzyp zawiasów, tętent psich łap na śniegu, zamknięcie drzwi. Fastly wszedł do salonu.
- Scolding, mają nam przysłać nowego obserwatora, prosto po kursie – zapowiedział. – Zajmiesz się nim? Zresztą po co pytam, pewnie, że się zajmiesz. To rozkaz.
      Tony przyjął tę wieść z pewnym zadowoleniem. Jednostka miała cztery samoloty, trzech pilotów i dwóch obserwatorów, latało się więc na zmianę. Czasem Scolding zabierał na drugie siedzenie Matthewsa, a czasem młodego Davisa, czasami latał sam. Sporadycznie zdarzało się, że rolę obserwatora przejmował Cornwell albo któryś ze starszych podoficerów, a niekiedy nawet z tyłu zasiadał sam Fastly, chociaż rzadko, bo generalnie był człowiekiem mocno stojącym na ziemi, tylko trochę się kołysał. Jeżeli wymagała tego sytuacja, wsiadał do maszyny i leciał obejrzeć, jak w rzeczywistości stoją sprawy, ale działo się tak tylko wtedy, kiedy dochodziły do niego meldunki brzmiące bardzo poważnie. Nie lubił latać, chociaż miał kwalifikacje.
    Przybycie nowego obserwatora jakoś tam zaburzało ustalony porządek, do którego Tony się przyzwyczaił, i jego obecność w Chopham mogła z początku wprowadzać pewną niedogodność. Były jednak też i plusy. Nawet przede wszystkim. Baza od samego początku miała dość niski priorytet i zmagała się z niedostatkiem wykwalifikowanych ludzi, a teraz wreszcie pojawi się możliwość utworzenia stałych załóg. Co by nie mówić, panujący dotąd w jednostce system rotacyjny nie najlepiej wpływał na zgranie pilota z obserwatorem.
         Porucznik Scolding uznał, że zima zimą, ale oto nadeszła pora rozprostować kości i zrobić obchód. Wyszedł do przedpokoju. Z wieszaka zdjął skórzany półpłaszcz do kolan, dwurzędowy na wzór oficerskiej kurtki. Nałożył jeszcze czapkę i wyszedł na zewnątrz zobaczyć, jak sobie radzi załoga.
       Podobnie jak na okrętach, marynarze w bazie Chopham byli podzieleni na działy, z których każdy znajdował się pod kierownictwem jednego z oficerów. Największą rolę odgrywała oczywiście obsługa naziemna, do której obowiązków należało dbanie o samoloty. Mniej więcej połowę z tych członków załogi stanowili wykwalifikowani mechanicy lotniczy, wyszkoleni w RNAS; reszta to cieśle, spawacze, kowale i rzemieślnicy innych specjalności, ściągnięci z rozmaitych okrętów. Kilku ludzi zajmowało się uzbrojeniem. Grupy te nazywano odpowiednio działem mechanicznym, warsztatowym i artyleryjskim, a na ich czele stali Dunmore, Scolding i Sinclair. Podział ten miał jednak znaczenie czysto formalne i służył właściwie tylko po to, aby na liście płac panował porządek. W rzeczywistości marynarze z obsługi naziemnej dzielili się na grupy według samolotów, którymi się opiekowali. Poza tym w bazie był jeszcze dział pokładowy pod okiem Matthewsa, zajmujący się innymi codziennymi pracami na terenie bazy oraz pełnieniem służby wartowniczej. Młody Davis miał pod sobą drużynę łączności, zaś Cornwell, jak się łatwo domyślić, był oficerem działu kwatermistrzowskiego i oprócz zwierzchnictwa nad magazynami oraz piwniczką z winem koordynował pracę obu kucharzy – Westbury’ego, karmiącego oficerów, i Parsonsa, który gotował dla niższych rang.
Tony wyszedł więc, aby skontrolować pracę swojego działu. Podoficer Angus, najstarszy w grupie Scoldinga, był dosyć bystry, a już z całą pewnością nie mógł narzekać na brak zdolności techniczno-manualnych. Tony poważnie zakładał, że w niedługim czasie zgłosi go do awansu. Już teraz Angus, poza swoimi stałymi obowiązkami, pomagał całej reszcie personelu jako człowiek do wszystkiego. Porucznik szukał brodatej sylwetki mechanika wśród odśnieżających plac marynarzy, ale go nie dostrzegł. W sumie trudno się było dziwić. Człowieka o takich kwalifikacjach nikt nie weźmie do prostych prac…
Minął narożnik byłego dworu, porośnięty suchym teraz winobluszczem, i z rękami w kieszeniach, z postawionym kołnierzem, zaczął podążać w stronę ołowianej płaszczyzny morza. Z daleka dochodziło szuranie łopat i rytmiczny stuk siekiery – drwa przychodziło rąbać na okrągło. Tony wkroczył na ubitą płaszczyznę pasa startowego. Na wiosnę dowódca planował położyć asfalt, chociaż w zasadzie nie było takiej potrzeby, bo park maszynowy składał się już głównie z wodnosamolotów. Obok wznosiły się obszerne hangary. Drzwi jednego z nich były otwarte, a dwaj marynarze podtaczali do środka beczki z paliwem. Scolding ominął ich i wstąpił na wzgórek, by spojrzeć na Morze Północne.
W stronę słońca wyciągały się dwa drewniane pomosty, długie na ponad dwieście stóp. Jeden z nich, z żurawiem, służył do wodowania hydroplanów, a przy drugim stał holownik o szumnej nazwie „HMS Billygoat” (i pod banderą wojenną, chociaż w żadnych rejestrach nie figurował), który w założeniu miał służyć do ratowania załóg w nagłych wypadkach. Do tej pory, dziękować Bogu, nie było potrzeby, więc „Billygoat” rdzewiał sobie spokojnie na kotwicy. Ale co z tym Dunmore’em? Tony zasępił się i zawrócił.
Tym razem szedł przeciwległą stroną śródokręcia. Kwatery marynarzy nie przypominały już tego surowego, niedokończonego budynku, który zastali latem. Firanki w oknach i gdzieniegdzie pojedyncze doniczki z begoniami wskazywały na to, że zadomowili się w nowych kajutach, i fakt, że kilka pomieszczeń w dalszym ciągu ogrzewano kozą, bo kiedy zakładano piec centralny, nie dla wszystkich starczyło materiałów, niewiele tu zmieniał. Zawszeć to lepsze warunki niż w okopach Flandrii…
W pewnej odległości od niedoszłych czworaków mieściła się ongiś stodoła, a obok niej budynek gospodarczy. Przekształcone one zostały w magazyn i warsztat. Gdzieś z tyłu stały jeszcze dwie szopy, z których jedna pełniła rolę kuźni.
Tony wreszcie odnalazł podoficera Angusa, który wyglądał na trochę skwaszonego. Zapytał go, o co chodzi.
- Wszystko w porządku, panie poruczniku – odpowiedział Szkot. – Tylko Throat dalej się upiera, że nie da się dowolnie wymieniać podwozia, kiedy się chce.
- To nic pilnego – uspokoił go Scolding. – Lepiej zajmij się tymi maszynami, które już mają pływaki.
- Pogoda się poprawia – George Angus spojrzał na ciężkie, kłębiaste chmury, które wiatr powoli usuwał z firmamentu nad bazą. – Znaczy, że będzie jakiś lot jeszcze dzisiaj?
        Porucznik nie odpowiedział, bo słysząc trzask samochodowych drzwi automatycznie odwrócił głowę w tamtą stronę. Przed bramą zatrzymała się ciężarówka. To kwatermistrz Cornwell wracał z Ipswich. Przywiózł ziemniaki, kalarepę i chyba coś jeszcze. Marynarz z budki strażniczej rzucił się do otwierania bramy z kutego żelaza, zawieszonej na słupach murowanych z polnych kamieni, a następnie auto wjechało do środka.
Ze skrzyni ciężarówki zeskoczyło kilku ludzi i zaraz zabrali się do rozładowywania. Po nich wysiadł we własnej osobie zaginiony Dunmore w skórzanej kurtce i pilotce. Na samym końcu pakę opuścił młody oficer w zimowym płaszczu, z walizką w ręku.
- Gdzieś ty był, człowieku? – Matthews, który właśnie przyszedł zobaczyć, co przywieźli, spojrzał na Dunmore’a z wyrzutem. – Już myśleliśmy, że nie wrócisz!
- Wylądowałem w Felixstowe – wyjaśnił Northumbryjczyk.
- Gdzie cię tam zaniosło? – zdziwił się Tony. – To trzydzieści pięć mil stąd…
- Przytrafiła mi się mała awaria w powietrzu – sprecyzował kapitan. – Nic groźnego, ale olej mi zachlastał busolę i nijak nie mogłem wytrzeć, tylko jeszcze gorzej rozmazywałem. Musiałem lecieć na oko, no i zszedłem trochę z kursu…
- O której tam byłeś? – Matthews wykazywał dziwny niepokój losami pilota.
- Gdzieś tak pod wieczór.
- I dopiero teraz przyjeżdżasz?
- Pogadałem sobie z chłopakami – Dunmore wzruszył ramionami. – Byłem już mocno zmarznięty, a oni akurat mieli brandy – i jakoś tak cała noc zeszła.
- A gdzie samolot? – zapytał podejrzliwie Matthews. – Przepiłeś?
- Pewnie zamknięty w jakiejś stodole – rzekł Tony.
        Dunmore odwrócił wzrok, aby uniknąć kontaktu wzrokowego z dowódcą, który właśnie nadchodził.
- Zostawiłem w Felixstowe – przyznał. – Głowa mnie bolała, nie chciałem lecieć w takim stanie.
- Pięknie – sarknął Fastly, obrzucając skórzaną kurtkę Dunmore’a ciężkim spojrzeniem. – Trzeba będzie teraz tracić paliwo na ściągnięcie tej maszyny z powrotem.
- Nie jest tak źle – stwierdził Scolding pojednawczo. – Dunmore wrócił cały i zdrowy, samolot pewnie też w całości… Niemca nie widziałeś?
- A w życiu! – Northumbryjczyk rozłożył ręce. – Za to przywiozłem obserwatora.
      Wskazał ręką za siebie i wzrok całej trójki skupił się na młodym, szczupłym oficerze, któremu płaszcz ewidentnie dodawał ładnych parę funtów.
- Podporucznik obserwator Henry Vincent – zasalutował nowy, po czym, już mniej oficjalnym tonem, rzucił: – Strasznie tu u was zimno.
- Zimno? – skrzywił się Matthews. – To gdzieś ty się uchował?
- Na Cejlonie.
- Mamy sposób, żeby się rozgrzać – powiedział Scolding. – Chodźmy na herbatę.

      Gdy już się pokrzepili, Dunmore złożył raport ze swojego patrolu, a porucznik Vincent oficjalnie zameldował się u dowódcy. Następnie pokazano mu jego kajutę na piętrze dworu, obok pozostałych oficerskich kwater. Pokój, opuszczony po tym, jak pierwszy mechanik poszedł w siną dal, jeszcze do rana służył jako rupieciarnia, ale na wieść o przybyciu nowego członka załogi komandor kazał zrobić porządek. Obserwator został przez ścianę sąsiadem Tony’ego, co było całkiem dogodne, biorąc pod uwagę, że mieli tworzyć stałą załogę samolotu.
    Zaraz po obiedzie Sinclair wziął ciężarówkę i wybrał się do Felixstowe w towarzystwie kilku mechaników, aby sprowadzić niecny hydroplan Dunmore’a z powrotem. W międzyczasie chmury przeszły, powietrze stało się nieco jaśniejsze i Fastly kazał Tony’emu wyruszyć na patrol z nowym obserwatorem, żeby pomóc mu się wdrażać w funkcjonowanie bazy.

       Siedzieli na razie w salonie, nad kubkami grogu.
- Długo mieszkałeś na Cejlonie? – zainteresował się Tony.
- Od czwartego roku życia – odrzekł Vincent. – Mój ojciec ma tam plantację herbaty.
- I chciało ci się taki kawał płynąć do Anglii? – zdziwił się Scolding. – Nad Oceanem Indyjskim też się dzieje.
        Nowy obserwator wzruszył ramionami.
- Wiem, ale chciałem się na coś przydać.
- W Afryce nie brakuje pracy dla lotników – zauważył midszypmen Davis. – „Königsberg” wciąż jeszcze czyha w delcie Rufidżi, szydząc z pościgu.
- Dajcie spokój – Henry machnął ręką. – Cała ta afrykańska kampania to, za przeproszeniem, jeden wielki blamaż. Tam, na równiku, jest taki upał, że samoloty rozklejają się w powietrzu. Nie miałem ochoty zostać kolejnym Ikarem. Ale mniejsza o „Königsberga”.
- Racja – przyznał Scolding. – Jest wiele innych niemieckich okrętów do zatopienia. Chodźmy już, musimy lecieć.
- Nie spodziewałem się, że będzie aż tak zimno… – rzucił Vincent, gdy wstawali od stołu.
- No to musisz się przyzwyczaić, tam w górze będzie jeszcze zimniej. Masz chociaż jakąś okryjbidę?
- Coś tam zabrałem – mruknął Henry.
       Tony zabrał ze stołu bilardowego odpowiednią mapę, po czym ponownie podszedł do wieszaka w sieni, aby przywdziać kurtkę. Na głowę wcisnął przylegającą pilotkę z goglami. Dokładnie owinął szyję szalikiem – w powietrzu kołnierz obciera, kiedy oglądasz się na wszystkie strony, a i dobrze jest mieć pod ręką coś, czym można by zetrzeć olej z gogli albo z przyrządów nawigacyjnych. W jednej kieszeni schował rewolwer, w drugiej dodatkowy kompas. Zapiął pas i spojrzał na swego nowego obserwatora. Vincent miał na sobie długi do kolan płaszcz z szarego foczego futra.
- A gdzieś ty zdobył coś podobnego? – zapytał Tony z podziwem. – Nie słyszałem, żeby na Cejlonie żyli Eskimosi.
- Kiedy staliśmy w Gibraltarze, kupiłem od jednego Nowofundlandczyka – wyjaśnił obserwator. – Pomyślałem, że może się przydać.

       Całkiem niedawno, przed paroma tygodniami, eskadra otrzymała wodnosamoloty Short 827. Lotnicy odetchnęli z ulgą, bo teraz oddział miał w miarę jednolite wyposażenie. Stary B.E.2 był mocno niestabilny i w przypadku samotnych lotów pilot musiał brać do drugiej kabiny dodatkowe obciążenie, natomiast produkt braci Shortów z Eastchurch (ach, przypominają się czasy szkolenia!) okazał się całkiem przyzwoitą maszyną. Fakt, że teraz eskadra dysponowała trzema identycznymi aeroplanami, ułatwiał ponadto dostęp do części zamiennych. Stareńkiego Avro 504, najlepszego z pierwotnej trójki samolotów, zachowano na wszelki wypadek do zadań pomocniczych, i to właśnie jego dotyczyły niekończące się dyskusje Angusa z kowalem Throatem.
        Obsługa wytoczyła shorta z hangaru i zaczęła przygotowania do lotu. Ze swymi długimi, podwójnymi skrzydłami, osadzony w szerokim rozkroku nad drewnianymi pływakami, hydroplan przypominał monstrualną ważkę. Kiedy już rozłożono skrzydła i napełniono zbiornik paliwa, Angus i jego koledzy chwycili maszynę pod skrzydła i zaczęli ją prowadzić w kierunku morza. Skrzypiał śnieg pod ich nogami, skrzypiały koła wózka, na którym spoczywały pływaki samolotu.
      Mechanicy w końcu spuścili hydroplan na wodę obok pomostu. Wiatr złagodniał na tyle, że maszyną nie powinno zanadto rzucać – teraz jedynie kołysała się spokojnie. Tony zajął miejsce w przednim kokpicie, dłonie położył na dobrze znajomej krzywiźnie wolantu, a potem obejrzał się wstecz, by zobaczyć, jak radzi sobie Henry. Obserwator zajął miejsce, przez chwilę próbował osiągnąć jako taką wygodę, rozkładając wokół siebie silną lornetkę, mapnik, notes i resztę wyposażenia.
       Scolding jeszcze raz sprawdził w myślach, czy o niczym nie zapomniał, kiwnął ze zrozumieniem na potwierdzenie Vincenta, że on też jest gotowy. Marynarz z obsługi zakręcił śmigłem, Tony zapuścił silnik. Niechętne, głuche rzężenie zaczęło przyspieszać, przeistaczając się wreszcie w jednostajny burdon, tak jak czterołopatowe śmigło przybrało postać półprzezroczystego dysku.
Angus i inni mechanicy usunęli się z zasięgu skrzydeł shorta. Tony zwiększył ciąg silnika – i hydroplan ruszył do przodu, ślizgając się po falach. Scolding poczuł lekkie ściśnięcie w żołądku, jak zawsze, gdy krajobraz zaczynał uciekać do tyłu. Pomost, baza, w ogóle stały ląd – to wszystko zostało już za nim. Tony ściągnął wolant i zaczął się wznosić. Ponownie, jak za każdym razem, przez krótką chwilę skulił się mentalnie, czekając na moment, gdy samolot nagle bez ostrzeżenia rozleci się w drobiazgi, i jak zwykle nic takiego nie nastąpiło. Byli już pięćset stóp nad falującym lustrem wody, siedemset… Początkowy niepokój ustąpił miejsca euforii. Znowu w powietrzu! Nie zastanawiał się specjalnie nad tym, jak to możliwe, że mimo tego rodzaju obaw udało mu się opanować tajniki pilotażu niemal po mistrzowsku. Może to właśnie pokora wobec żywiołów mu pomagała?
Obejrzał się na obserwatora. Henry Vincent z Cejlonu zachowywał spokój, jego policzki błyszczały od tłuszczu, którym się nasmarował dla izolacji przed zimnem za radą bardziej doświadczonych kolegów.
Paliwa wystarczało akurat na jakieś trzy godziny lotu. Stosunkowo niewiele w porównaniu z łodziami latającymi z bazy w Felixstowe, a już szczególnie ze sterowcem. Ani się nie obejrzy, jak ten czas zleci, chociaż raczej mało prawdopodobne było, żeby spotkali po drodze nieprzyjaciela. Gdyby nawet spotkali, nie bardzo mieliby co zrobić poza zanotowaniem jego pozycji i kierunku, aby później przekazać meldunek.
    Lecieli nad przestworem Morza Północnego, pokrytym ołowianą, lśniącą łuską fal. Gwiazd-przewodniczek o tej porze dnia nie było co szukać, ale i nie było takiej potrzeby – obaj mieli mapy.
Scolding czuł się dobrze w powietrzu, chociaż miał wrażenie, że bywa niedoceniony. Wśród opinii publicznej lotnictwo, jako całkiem nowy i przyszłościowy rodzaj broni, cieszyło się dużą popularnością, całą śmietankę wszakże spijali zuchwali zwiadowcy z Królewskiego Korpusu Lotniczego na froncie we Flandrii. No, ewentualnie jeszcze czasem na łamy gazet trafiały relacje z bombardowań, jak w grudniu, kiedy to hydroplany marynarki wystartowały z trzech okrętów, aby zrobić Hunom prezent gwiazdkowy, niszcząc bazy zeppelinów na stałym lądzie. Tamta akcja była kompletnym niepowodzeniem, ale dla opinii publicznej liczyło się, że w ogóle spróbowali. Krótko mówiąc, laury zgarniali inni, podczas gdy żmudne patrole w poszukiwaniu nieprzyjacielskich okrętów podwodnych i sterowców były dla lotników morskich chlebem powszednim, o którym mało kto mówił.
Tymczasem zeppeliny już kilka razy zapuściły się nad Wyspy Brytyjskie. Bomby spadły na Yarmouth, zginęli ludzie, Fastly dostał po uszach, bo nic nie zrobił. Załogi z baz na wybrzeżu miały wiele do powiedzenia w sprawie obrony terytorium Anglii, lecz często to, co miały do powiedzenia, nie nadawało się do druku, jako że Niemcy zwykle przybywali w nocy, co znacząco ograniczało możliwości ich przechwycenia.
Powierzchnia morza pozostawała jednorodna, nic nie zakłócało szarej płaszczyzny tam w dole, jeśli nie liczyć paru kutrów rybackich, na które natknęli się krótko po starcie. Tony skupił się na prowadzeniu maszyny. Co prawda z tyłu głowy ciągle kołatała mu się myśl o obserwatorze. Czy chłopak na pewno wie, na czym polegają jego obowiązki? Czy nie marznie, wychowany na Cejlonie niby ten cieplarniany kwiat, za przeproszeniem? Pogadać się z nim za bardzo nie dało – szum wiatru i hałas silnika uniemożliwiały konwersację. W każdym razie Henry Vincent nie sprawiał wrażenia zagubionego. A że się trząsł? Nic dziwnego, cały samolot się trząsł, od śmigła aż do statecznika.
Niespodziewanie Tony’emu przypomniała się Emily Knight. To był bardzo podobny, introwertyczny typ… Zresztą co on może wiedzieć, widział ją tylko przez chwilę, tak samo jak dopiero od jakiejś godziny zna nowego obserwatora… Ile to już miesięcy? Siedem, a może osiem. Ponad pół roku, a on wciąż wraca do tamtego incydentu.
Jakoś tak się złożyło, że zaabsorbowany karierą oficerską Scolding nie miał czasu na życie uczuciowe. Ta chwila, kiedy w parku w Brighton spotkały się spojrzenia jego i panny Knight, była najbliższa czegoś konkretnego. Wcześniej spotykał czasem jakieś młode kobiety, ale spotkania te nie pozostawiały po sobie żadnych wrażeń znaczących choćby na tyle, żeby był w stanie zapamiętać ich imiona. Gdzieś na okrainach jego pamięci, we wspomnieniach z czasów szkolnych, pozostawała Molly, obdarzona czarującym uśmiechem sąsiadka z Eastbourne, która zmarła na tyfus, albo Lizzie, siostra szkolnego kolegi, z którą wiązał jakieś naiwne młodzieńcze nadzieje, one jednak runęły w brutalnych gruzach, kiedy wyszła za mąż, i to za kogo? Za jeszcze innego z kolegów, najgorszego chuligana w szkole… To wszystko było jednak tak dawno, że prawie nieprawda, a tamte dziewczyny w jego pamięci zmieniły się w wizerunki z oleodruków. Tymczasem wspomnienie Emily pozostawało żywe… Cóż z tego, skoro to była tylko jedna wymiana spojrzeń, po której nie nastąpił dalszy ciąg znajomości.
Tony utrzymywał stałą wysokość i prędkość, rozglądał się uważnie, od czasu do czasu popatrywał na Vincenta w oczekiwaniu na gest oznaczający, że tamten coś dostrzegł. Ale nic podejrzanego nie spotkali. Już w drodze powrotnej zamajaczyło na horyzoncie pękate cielsko sterowca, jednak Henry, spoglądając przez lornetkę, ustalił, że to swój.
Bez większych kłopotów wrócili do Chopham. Scolding posadził maszynę na wodzie i korzystając z przyboju podpłynął na małym ciągu do brzegu. Marynarze szybko przybiegli, wciągnęli żurawiem samolot na pomost i zabrali się do wykonywania niezbędnych czynności.
- I jak wrażenia? – Tony zapytał Vincenta, który właśnie wygramolił się z kokpitu. Foczy płaszcz był ciepły, ale zajmował sporo miejsca.
- Że zimno, to już wcześniej mówiłem – odparł obserwator, rozpinając haftkę pod szyją. – Co jeszcze mogę dodać? Dobrze panujesz nad maszyną. Ten pilot, co go miałem na kursie, był jakiś nerwowy.
- Mieliśmy szczęście, że się nam Niemiec akurat nie napatoczył – rzekł Scolding.
     Poszli w stronę dworu. Po drodze porucznik dowiedział się, że samolot Dunmore’a został już przywieziony z Felixstowe, ale w odróżnieniu od samego pilota miał jakąś awarię, więc obsługa będzie musiała spędzić nad nim trochę czasu.
    W salonie siedział rzeczony Dunmore, który powiadomił Tony’ego, że pod jego nieobecność przywieziono pocztę. Wszyscy już zabrali swoją korespondencję, tylko trzy koperty dla Scoldinga leżały na kominku. Po wypiciu kolejnej już dziś gorącej herbaty Tony zgarnął listy i poszedł do swej kajuty, aby je przeczytać.
        Pierwszy był od ciotki z Belfastu. Tony odłożył go na bok. Przeczyta kiedy indziej, może 30 lutego… Dalej – James Foy. Pisywał regularnie i w jego listach często powtarzały się opowieści o tym, że sterowiec trafił mu się znakomity, załoga tak samo, ale sama służba w powietrzu jest przeraźliwie nudna i nawet nie może sobie zapalić podczas lotu, bo spowodowałby katastrofę.
       No i był ten trzeci list, zaadresowany równym, okrągłym pismem. Kto by to mógł być? Nazwisko nadawcy na moment zaparło Scoldingowi dech. To był list od Mildred Knight. Szkoda, że nie od Emily, ale i tak stanęło mu przed oczami tamto spotkanie w Brighton i te oczy, wpatrujące się w niego, gdy odchodził alejką…
        Niecierpliwym gestem rozciął kopertę, rozłożył kartkę. Przebiegł tekst wzrokiem, potem przeczytał go dokładnie, zdanie po zdaniu. Potem jeszcze raz.
    Mildred Knight, tak jak zapowiedziała latem, w ramach wdzięczności za uratowanie siostrzeńca zapraszała go na obiad w swoim domu w Londynie. Akurat nadarzyła się okazja do wydania obiadu, gdyż jej mąż, oficer 33 Pułku Pendżabskiego, przyjechał na jakiś czas do Anglii. Nie wiadomo, kto poza nim jeszcze będzie obecny, ale czy istnieje jakiś racjonalny powód, dla którego nie miałoby tam być Emily?
       To za dwa tygodnie. Jechać? Jechać!

4 komentarze:

  1. "pociągnięciem za konsekwencje" - ten frazal chyba tak nie brzmi.

    "George Angus zasalutował starszemu podoficerowi, ale ani myślał złapać za łopatę. Jego wzrok pochwycił bowiem nowego członka załogi." - to mogloby byc jedno zdanie.

    "Przynieś mi 30 stóp kilwateru" - jaaaa, slyszalam ten dowcip jeszcze zanim poszlam na studia:D

    Nie wiem, czy dobrze rozumiem poczatek, sa na statku i na statku nie ma mechanika? W ogole? Czy tez nie ma mechanika o stopniu oficera? Czy to znaczy ze sie nie znizaja do rozmow z nieoficerami, nawet jesli mogliby pomoc?

    Ha marynarz bardzo ladnie wybrnal z kilwateru, me gusta :D

    Czy oni sa w ruchu, czy przy nabrzezu? Bo przy nabrzezu ostatecznie mozna zrozumiec brak mechanika, ktory gdzies na moment poszedl, niestety oznacza to tez brak kilwatera do wiadra:P

    Ok, doczytalam do akapitu, ktory mowi, ze scena jednak sie dzieje w budynku - skad kilwater?:D

    "okryjbida" <3

    Z tego co widzialam do tej pory, focze futro jest dosc sztywne, moze byc mu niewygodnie poruszac sie w kokpicie w czyms takim. Ale mogl miec tez lepiej wyprawione niz to co sprzedaja w norweskich sklepach dla turystow, a siec nie oferuje zadnych informacji o wlasciwosciach foczego futra, wiec cholera wie :P

    "niby ten cieplarniany kwiat" - kwii <3 Nie ma opka bez kwiatow z cieplarni :D

    "zmieniły się w wizerunki z oleodruków" - ladne.

    "może 30 lutego" - mowiono mi, ze powinno sie w opowiadaniu daty zapisywac slownie, a nie cyframi.

    "Akurat nadarzyła się taka okazja do wydania obiadu, że jej mąż, oficer 33 Pułku Pendżabskiego, przyjechał na jakiś czas do Anglii." - zgrzyta. Moze zamiast "ze" dac "gdyz" ?

    Ogolem czyta sie przyjemniej niz poprzednie czesci, jezyk jest jakis taki przystepniejszy. Nie rozrozniam jeszcze bohaterow poza Tonym, Dunmorem i Angusem, reszta zlewa mi sie w jeden kalejdoskop. Pewnie po kilku odcinkach, kiedy akcja sie rozwinie, chlopcy zyskaja na osobowosci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z "pociągnięciem za konsekwencje" to taki specyficzny frazeologiczny żart.

      Wysyłanie nowego po kilwater (albo po klucz do zbiornika z kilwaterem) jest chyba rozpowszechnione na całym świecie. Współcześnie w formacjach śmigłowcowych wysyła się też rekrutów po "rotor wash".

      Akcja dzieje się w bazie nabrzeżnej, na której panują zwyczaje okrętowe, ale oficera na stanowisku głównego mechanika (Chief Engineer), który miałby odpowiednie wykształcenie techniczne i kompetencje, żeby ogarniać materiałoznawstwo i rozstrzygać spory między mechanikami niższej rangi, im nie przydzielono, bo to jednak nie jest okręt.

      A skąd kilwater, skoro znajdują się na lądzie? To już problem nowego członka załogi...

      Vincentowi rzeczywiście nie było zbyt wygodnie w kokpicie. Może trzeba to jeszcze podkreślić.

      Zdanie o obiedzie - poprawione.

      Wielkie dzięki za komentarz i zachęcam do dalszego śledzenia. :)

      Usuń
  2. Bardzo się cieszę,że trafiłam na Twojego bloga :) Uwielbiam opowiadania w historycznym klimacie! A epoka, w której jest osadzona Twoja opowieść to jedna z moich ulubionych :) Dopiero zaczęłam czytać, ale już dostrzegam bardzo ciekawe osobowości bohaterów. Daj mi więcej czasu, a nadrobię zaległości i przeczytam wszystko ;)
    Pozdrawiam serdecznie, życzę weny i zapraszam na mój blog z opowiadaniem, osadzonym w dobie la belle epoque. Na pewno z czasem też będę pisać o I Wojnie Światowej
    http://ironie-du-sort.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekałam tylko na jakąś wieść o uroczej, młodej damie :) Chociaż obawiam się czytać dalej, żeby wojna nie zakłóciła obrazu szczęśliwego zakończenia, które wykreowałam sobie w głowie.

    Mam nadzieję, że niedługo znajdę czas na doczytanie pozostałych rozdziałów. Nie wiem czego jestem bardziej ciekawa, samego obiadu, czy spotkania z mężem pani K.

    OdpowiedzUsuń