Rozdział 4. Obiad


- Mam nadzieję, że nie powzięła pani mylnego przeświadczenia, że chodzi mi wyłącznie o pani ciało?
       Tony Scolding uniósł głowę i czekał na efekt, jaki wywołają jego słowa.
- Naprawdę tak powiedział? – wzrok podporucznika Vincenta wyrażał spore zdumienie.
- Tak ludzie mówią – wyjaśnił Tony. – Co prawda ludzie mówią różne rzeczy, ale to akurat brzmi dość przekonywująco. Trzeba być Dunmore’em, żeby powiedzieć coś takiego córce generała, i to jeszcze w jego obecności.
- Ale za coś takiego raczej wysłaliby go jak najprędzej na pierwszą linię, niż ściągali z frontu do kraju… - zauważył trzeźwo obserwator, wychylając szklankę whisky.
- Tyle że on właśnie chciał być na froncie – zauważył Scolding.
       Przyczyny, dla których Thomas Dunmore został przeniesiony z Dunkierki na angielskie wybrzeże, w dalszym ciągu pozostawały tajemnicze. Wersji było przynajmniej kilka, a najpopularniejsza głosiła, że obecny pierwszy oficer RNAS Chopham na urlopie w Paryżu uczynił afront córce belgijskiego generała. Chodziły też słuchy, że na Montparnasse wdał się w bijatykę z jakimś artystą malarzem. Inni mówili, że nie na Montparnasse, tylko na Montmartre, i nie z artystą, tylko z alfonsem.
Sam Dunmore nie wypowiadał się na ten temat, a nikt nie uważał za stosowne pytać go osobiście, dlatego też w Chopham i pobliskich bazach krążyły różne opowieści o jego wyczynach, a żadna z nich, w całej swojej skandaliczności, nie wydawała się szczególnie nieprawdopodobna. Cóż, jeżeli ktoś jest potomkiem bitnych i zuchwałych, a wychowanych na surowej glebie mieszkańców angielskiej Marchii Środkowej, którzy ze swych ciosanych z szarego kamienia domostw wyruszali na północ ku Szkocji, aby rabować, palić i gwałcić bydło, kobiety i dzieci, a w wolnych chwilach wdawali się w spory rodzinne, których skutkiem było wprowadzenie w szeregu miejscowości zakazu wnoszenia do kościoła broni dłuższej niż łokieć, to można się spodziewać, że będzie zdolny do wszystkiego.

      W ostatnich tygodniach Henry Vincent bez problemu zaaklimatyzował się w jednostce i chociaż w dalszym ciągu narzekał, że zimno, powoli zaczynał się przyzwyczajać, swój foczy płaszcz zakładając nie tylko do lotów, ale i do codziennego łażenia po bazie. Co prawda już drugiego dnia, w czasie porannej odprawy, o mało nie dał sobie wcisnąć stanowiska starszego mechanika.
- Przecież ja się na tym zupełnie nie znam! – zaprotestował. – Jestem nawigatorem, nie maszynistą!
- Ale musimy mieć kogoś, kto będzie miał nadzór nad sprawami technicznymi – Lionel Fastly pozostawał niewzruszony. – Kapitan Dunmore do tej pory pełnił funkcję oficera działu mechanicznego, ale jego, hm… kompetencje są niewystarczające. Poza tym jest on już pierwszym oficerem, przecież się nie rozerwie.
     Tony spojrzał na dowódcę z rozkojarzeniem. Stosunek Fastly’ego do Dunmore’a był cokolwiek schizofreniczny. Komandor najpierw dokładał mu zadań, żeby z nudów Northumbryjczyk nie wpadał na głupie pomysły, a później z równą łatwością te zadania z niego zdejmował. Niby to Dunmore, jako pierwszy oficer, miał obowiązki administracyjne, ale prawie całą papierkową robotę odwalał sam Fastly, żeby się wykręcić od udziału w lotach.
- Mam propozycję – powiedział Scolding. – Podoficer Angus jest bardzo sprawny we wszystkich zagadnieniach technicznych. A gdyby tak awansować go na bosmana i zrobić gospodarzem działu mechanicznego? Wtedy porucznik Vincent pełniłby funkcje oficera działowego, powiedzmy, w zakresie personalnym, a tymczasem Angus zajmowałby się technikaliami…
- Angus? – Fastly wykrzywił się nieznacznie. – Sprytu mu nie brakuje. Ale za to brakuje mu odpowiedniego wykształcenia.
- Pozwolę sobie zauważyć, że marynarz, o którym mówimy, zdobył w ciągu służby przynajmniej kilka specjalności – odrzekł Tony.
- Wiem o tym, Scolding – dowódca wykonał nieokreślony ruch ręką. – W końcu kto dysponuje aktami załogi?
- Ale to dobry pomysł – Sinclair wsparł kolegę. – W tej chwili i tak nie mamy nikogo lepszego.
      Komandor Fastly nie miał ochoty dłużej się borykać z tym problemem, więc z pewną niechęcią przyjął rozwiązanie zaproponowane przez Tony’ego. W ten sposób Henry Vincent uniknął obciążenia obowiązkami, którym by nie podołał.

      Pojawienie się nowego obserwatora doprowadziło do uformowania stałych załóg. Cały personel latający był z tego zadowolony, a w szczególności Matthews zrzędliwy, który nie wystawiał już tak często Dunmore’a pod ostrzał swoich trudnych do wyjaśnienia humorów. Vincent utworzył więc załogę z Tonym i współpraca układała im się całkiem dobrze. Henry miał wprawę w nawigacji, a w razie czego potrafił sprawnie nadać komunikat alfabetem Morse’a, chociaż rzadko się to zdarzało. Nadajnik był ciężki i niewygodny (zwłaszcza, jeśli musiał go utrzymać w ciasnej kabinie ktoś, kto miał na sobie płaszcz z foczego futra), a patrolowane przez Scoldinga akweny na razie pozostawały spokojne, więc nie było potrzeby taszczyć nadajnika przy każdym locie.
     Henry, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zajął kajutę na końcu korytarza, tuż obok Scoldinga. Była trochę zapuszczona, więc nowy obserwator, podczas jednego ze swych wyjazdów do Ipswich, kupił nową tapetę. Leżała ona jednak zrolowana w kącie, a Vincentowi nie spieszyło się do jej przyklejenia.
W ramach rozszerzania wachlarza rozrywek oficerowie urządzili sobie w piwnicy strzelnicę i w wolnych chwilach palili z broni bocznej do słomianych tarcz albo kart do gry. Tony miał dobre oko i wyróżniał się celnością wśród pozostałych lotników z Chopham, ale „cejloński storczyk”, jak go w myślach Scolding nazywał, okazał się jeszcze lepszy. Trafiał karcianego króla precyzyjnie w obie głowy. Tony’emu nie bardzo się podobało, że nowy wypadał lepiej od niego. Nie tylko lepiej strzelał, nie tylko był specem od telegrafii, ale w dodatku pochodził z Cejlonu…? Cóż, w sumie Tony nie musiał się niczego obawiać, bo miał nad nowym oficerem istotną przewagę – to on był pilotem.
Któregoś wieczoru, gdy porucznik Scolding kładł się spać w swojej kajucie, nagle usłyszał zza ściany łagodny, rozedrgany dźwięk fletu. Melodia wywoływała nieokreślone orientalne skojarzenia i Tony’emu stanął przed oczami smagłolicy bóg Kriszna z kwietną girlandą na szyi, grający w zacisznym gaju pod baldachimem potężnego banianu, a pastereczki i bydło słuchają zauroczone… Zasypiając, pomyślał: no patrzcie państwo, w dodatku artysta…

Tymczasem coraz bliższy stawał się dzień, w którym Tony miał pojechać na obiad do Knightów. Wyczekiwał tej chwili z niecierpliwością, licząc, że stanie się ona wyłomem w jednostajnej sekwencji wacht i patroli, prawdziwym zejściem na ląd, chociaż praktycznie rzecz biorąc, na lądzie spędzał przecież większość czasu. Poprosił dowódcę o urlop i starannie przygotował wyjściowy surdut.
- A ładna jakaś? – zapytał Vincent dwa dni przed wyznaczoną datą, gdy stali na pomoście i obserwowali marynarzy wciągających dźwigiem hydroplan.
- Całkiem przyzwoita – zauważył Dunmore. – Widziałem ją wtedy w Brighton. To znaczy, nieco odbiega od mojego, eee,  kanonu piękna, ale nie o mój kanon tu chodzi. Sądzę, że masz szczęście, chłopie. Pamiętaj, jesteś oficerem Royal Navy. Atakuj, póki jest okazja.
        Scolding popatrzył na kolegę niewidzącym wzrokiem i odwrócił się ku ołowianej łące morza.
- Obiad o czwartej po południu – powiedział. – Najlepiej by było, żebym wyjechał o dziesiątej. Z Ipswich pociągiem do Londynu, a tam powinienem mieć jeszcze jakiś zapas, żeby się doprowadzić do porządku i tak dalej…
      Okazało się jednak, że plan podróży trzeba odłożyć ad acta, ponieważ w przeddzień wyjazdu dowódca odmówił udzielenia Tony’emu urlopu. Scolding poczuł się rozczarowany, ale nie mógł nic poradzić, rozkaz to rozkaz. Cóż, z jednej ukradkowej wymiany spojrzeń nie ma co wyciągać daleko idących wniosków. Najwyżej napisze do pani Mildred, że ze względów służbowych nie mógł przyjechać.
- Szaleju się stary najadł? – skrzywił się Matthews. – Siedzimy tu na zadzie od tygodni i poza sąsiednimi wiochami nie widzimy świata. Dałby nam w końcu wyjść…
- Mnie też parę dni temu odmówił urlopu – przyznał Sinclair. – Dowództwo musiało go nieźle trzepnąć za ten blamaż z Yarmouth, więc teraz trzyma nas wszystkich na miejscu. Mamy latać jak najwięcej.
- Jeżeli o mnie chodzi, mogę latać jak najwięcej – odrzekł młody Davis.
- Tylko jak długo wytrzymasz! – parsknął Matthews.
      Tego popołudnia Tony z Vincentem polecieli na patrol. W dalszym ciągu wody były spokojne, oczom lotników nie ujawnił się żaden U-boot ani inny ślad obecności sił morskich cesarza Wilhelma. Scolding koncentrował się na prowadzeniu maszyny, w skupienie to wkładając wszelkie siły umysłowe, aby nie rozmyślać o swoim rozczarowaniu. Wprawdzie nie był taki, żeby rozmyślać ciągle o jednej sprawie, lecz przebijała ona stale spod jego myśli o czym innym. No dobra, wojna jest, ale mimo wszystko sytuacja, w której dowódca nie wypuścił go na urlop planowany od tygodni, nie była w porządku.
      Wylądowali, poszli coś zjeść. Na korytarzu Tony’ego przechwycił Dunmore. Błysk w jego oczach na widok Scoldinga wskazywał, że najwyraźniej ma nowy karkołomny pomysł.
- Mam dla ciebie zadanie – powiedział Northumbryjczyk, opierając się o wieszak na płaszcze. - Skoro dowódca chce mieć dużo lotów, będzie je miał.
- Dokąd mnie wysyłasz? – zdziwił się Scolding. – Dopiero przyleciałem, daj chociaż herbatę wypić.
- Jako pierwszy oficer wydaję ci rozkaz – ciągnął Dunmore. – Jutro rano polecisz do bazy Korpusu Lotniczego w Sutton’s Farm na peryferiach Londynu i przekażesz ważną korespondencję kapitanowi Watkinsowi.
- Do Londynu? – zdziwił się Tony.
- To jest lot łącznikowy – wyjaśnił Thomas. – Ważne, żebyś dostarczył tę przesyłkę możliwie szybko. Z powrotem nie musisz się śpieszyć.
       Wtedy Tony zrozumiał, że starszy kolega znalazł dla niego wyjście z sytuacji.
- A co ze starym? – nie pozbył się jeszcze wątpliwości. – Nie będzie miał nic przeciwko?
- Nie, dlaczego? – Dunmore wzruszył ramionami. – Przecież po drodze mogą się zdarzyć różne rzeczy. Jest wojna, nie?
           
      Zdarzyło się więc, że następnego dnia Tony Scolding przywdział elegancko odprasowany granatowy surdut, przykrył go jednak skórzaną kurtką, a potem wyszedł na pas startowy, gdzie czekał na niego Avro 504. Porucznik stąpał ostrożnie – nadeszły roztopy i ziemia zamieniła się w błoto, a on nie miał w maszynie miejsca, by zabrać do Londynu drugą parę butów.
       Po krótkim przygotowaniu samolot rozpędził się na pasie startowym, a potem wzleciał, oddalając się na południowy zachód. Drugi kokpit musiał zostać obciążony balastem, aby zachować stabilność maszyny. Tony, co prawda, mógłby zamiast balastu wziąć ze sobą Vincenta, ale on akurat pełnił wachtę. Poza tym zaproszenie było tylko dla Scoldinga, więc drugi członek załogi musiałby przez cały wieczór błądzić po mieście; zresztą nie wiadomo, czy nie wygadałby się potem przed dowódcą.
       Tony leciał i rozmyślał. Dobrze pamiętał, że jeszcze w sierpniu wojna wydawała się krótka i łatwa do wygrania. Euforia, jaka wtedy ogarnęła Wielką Brytanię, nie miała sobie równych. Ochotników zgłosiło się tylu, że w armii zabrakło mundurów – musieli ćwiczyć po cywilnemu albo donaszać stare sorty z ubiegłego wieku. W całej Anglii poddanych cesarza Wilhelma (albo Franciszka Józefa, ale tych było znacznie mniej) przestano wpuszczać do klubów, a sklepy posiadane przez Niemców padały ofiarą rozjuszonego tłumu. Podczas listopadowej wizyty w Londynie Tony sam był świadkiem, jak w atmosferze sensacji i skandalu policjant wyprowadzał jakiegoś Węgra ze sklepu tytoniowego.
       Po paru tygodniach miało być po krzyku, a tu już z górą pół roku minęło. We Flandrii i Francji obie strony znalazły się w impasie, wykrwawiając się w okopach. Na Bliskim Wschodzie Turcy stanęli po stronie Niemiec. Tymczasem zaś Tony siedział na wybrzeżu w Suffolk i czekał na Niemców, którzy nie odważali się jednak na tym odcinku zbliżać do angielskiego brzegu (nie licząc oczywiście okazjonalnych nocnych wizyt zeppelinów). Dobrze, że zdarzały się takie dni jak dzisiejszy, kiedy można było oderwać się od całej służbowej monotonii. Ci, którzy siedzieli w okopach, nie mieli takiego komfortu…
       Minęła nieco ponad godzina, gdy Scolding ujrzał przed sobą, a zarazem daleko w dole, lądowisko bazy Sutton’s Farm. Oddał wolant i zaczął schodzić do lądowania, precyzyjnie, ostrożnie nakierowując swoją maszynę na pas startowy. Kiedy jego Avro przestał się toczyć po utwardzonej nawierzchni, Tony zdecydowanie wyskoczył z kokpitu i powiódł wzrokiem po wąsatych obliczach żołnierzy zmierzających w kierunku przybyłego samolotu.
- Co jest, albatrosie? – zapytał oficer w brązowej kurtce.
Tony nie mógł nic poradzić na to, że nagle wyobraził sobie tegoż oficera w futrzanym płaszczu Vincenta. Z takimi wąsami, i to jeszcze w pilotce, facet wyglądałby zupełnie jak foka. Z całej siły powstrzymał wesołość zrodzoną z tej wizji i wytężył mięśnie twarzy, aby jego uśmiech wyglądał na życzliwy, a nie szyderczy.
- Mam meldunek do kapitana Watkinsa – powiedział.
- No to masz szczęście, staruszku – odrzekł mu człowiek-foka i niedbale machnął za siebie ręką uzbrojoną w wystawiony kciuk. – Dopiero co wrócił z lotu.
    W budynku farmy, zaadaptowanym na bazę lotniczą, rzeczony Watkins właśnie zabierał się do wchłaniania żeberek. Miał na sobie charakterystyczną dla RFC kurtkę khaki z zapięciem na prawym boku, wzorowaną na mundurze ułańskim, ale wszyscy i tak mówili „kurtka ciążowa”.
- Porucznik Anthony Scolding, baza RNAS Chopham – zameldował się Tony, wręczając mu kopertę. – Przesyłka dla pana kapitana.
- Dobrze, chłopie – oficer armii wyciągnął dłoń po kopertę.
        Rozerwał jeden z boków, wyciągnął złożoną na pół kartkę.
- „Watkins, stary byku, gdzie jest moje 50 funtów? Dunmore” – przeczytał z zaskoczeniem. – Co to ma znaczyć?
        Lecz Scolding mu nie odpowiedział, bo już go nie było w tym pomieszczeniu.


     W londyńskiej rezydencji Knightów od rana panował zamęt. Pan przyjechał do kraju! Było to wydarzenie tak rzadkie, że należało je uczcić, toteż pani miała pełne ręce roboty, a służba – jeszcze pełniejsze. Prawie połowa dotychczasowego personelu poszła na wojnę, więc ci, którzy zostali, musieli pracować za dwóch.
- Bywasz w domu tak rzadko, że Boże Narodzenie częściej się zdarza, mój drogi – powiedziała z wyrzutem Mildred Knight. – Twoja własna córka już prawie zapomniała, jak wyglądasz!
- Zapomniała? – major Oliver Knight, oficer 33 Pułku Pendżabskiego, wzruszył ramionami. – Na dworcu od razu mnie przywitała, bez najmniejszej trudności.
- To tylko dlatego, że Lottie jej powiedziała – odrzekła jego małżonka. – Swoją drogą, gdzie się podziewa ta dziewczyna? Gości tylko patrzeć, a obrusy się same nie wyprasują.
        Na obiad zaproszonych zostało kilka osób, w tym parę przyjaciółek pani domu, jej daleka krewna z Devonshire, dyrektor Thornton z wodociągów, doktor Cresnall z żoną oraz jakiś znajomy majora, którego ten przywiózł do Londynu z Aleksandrii.
- Ten twój znajomek to jakiś wojskowy? – zapytała Mildred Knight podejrzliwie.
- Oczywiście – potwierdził jej mąż. – Kawalerzysta.
- Tacy są najgorsi – westchnęła pani domu. – Nie to, co marynarka.

       Emily Knight siedziała w swoim pokoju przed lustrem, a nad nią pochylała się Lottie ze szczotką do włosów.
- Tam po prawej – rzekła Emily. – Trochę wyżej. Splątały się, czy tylko mi się zdaje?
- Włosy ma panienka okazjonalne – przyznała z podziwem Lottie, zajęta układaniem fryzury córki Knightów. – Który naszyjnik? Ten z szafirem, co go pan przywiózł z Indii?
- Wiesz, może dzisiaj pokażę się bez naszyjnika… - Emily wahała się. – Chociaż nie. Jednak założę. W końcu nie po to go dostałam, żeby trzymać w szufladzie.
- A wie panienka, że na obiedzie ma być ten oficer z floty, co uratował panicza Erniego?
- Wiem, Lottie – potwierdziła Emily, spoglądając w lustrze na swoją prostą beżową sukienkę z marynarskim kołnierzem.
- To pewnie ta sukienka nie tak całkiem przypadkowo?
       Emily musiała przyznać służącej rację. Rzeczywiście chciała na siebie zwrócić uwagę porucznika. Co prawda ryzykowała, że zakładając taką sukienkę, wyda się mu profanem, szczurzycą lądową bawiącą się w sprawy, na których się nie zna. Nawet nie wiedziała, czy to prawda, że trzy paski na kołnierzu pochodzą od trzech wielkich bitew admirała Nelsona. No cóż, z drugiej strony ubrania w stylu marynarskim nie były też jakoś szczególnie ekstrawaganckie i rzadko spotykane, mieściły się w ogólnie pojętej modzie, więc może gość nie uzna takiego doboru stroju za popisywanie się.
- W dzisiejszych czasach potrzeba odważnych ludzi – powiedziała Lottie lekko nieobecnym tonem. – Mam nadzieję, że panience poszczęści się w tej sprawie. No, idę już, bo jeszcze w stołowym muszę pomóc.
       Emily Knight wstała z wiklinowego fotela i zapięła wokół swej szyi wspomniany wcześniej naszyjnik. Jeszcze raz przejrzała się w lustrze. Tak, teraz można iść robić wrażenie. Siostry Welsh zzielenieją z zawiści, ale to nie o ich opinię przede wszystkim chodzi.
        Matka już od samego lata nosiła się z pomysłem zaproszenia porucznika Scoldinga i Emily nie mogła jej mieć tego za złe. Wybawca Erniego był dość wyględnym mężczyzną, a z krótkiego momentu, przez który udało jej się oderwać myśli od tragedii, jaka o mało nie spotkała jej kuzyna i skupić uwagę na owym oficerze, panna Knight wywnioskowała, że jego charakter przedstawia się równie interesująco. Z pewnością był dzielny, a nawet miły (Emily ciągle kołatały się po głowie te dwa epitety, które przeczytała w jakiejś książce). W każdym razie – do tej pory nie było okazji ku temu, by go zaprosić. Najpierw wybuchła wojna i wszyscy mieli znacznie ważniejsze problemy, a później przyszła jesień i wyjechały z matką na zimę do Walii. Teraz jednak, gdy ojciec przybył z Indii, a nie miał czasu odwiedzać rodzinnej posiadłości, nadarzyła się okoliczność.
       Emily po raz kolejny, podejrzewając u siebie jakowąś obsesję, przejrzała się w lustrze, aby ocenić, czy wygląda dość intrygująco, a potem wyszła z pokoju.

      Tony Scolding przybył na obiad do Knightów punktualnie. Już w sieni przywitał go major Oliver Knight, wysoki, postawny dżentelmen o szerokich barkach i z lekką łysiną.
- Witam szanownego przedstawiciela starszej służby – pozdrowił major gościa, uśmiechając się soczyście pod wydatnym, godnym armii regularnej wąsem. – A więc to pan uratował młodego Griffitha. Bardzo mądrze, bardzo słusznie. Był pan kiedy w Indiach?
- Tylko raz, jako kadet w czasie rejsu szkolnego – rzekł Scolding. – Stanęliśmy w Bombaju.
- Bombaj? Trochę daleko od moich stron – zauważył Oliver Knight. – Powinien pan kiedyś zobaczyć Delhi.
     Tony wymienił z nim jakieś uprzejmości, zabarwione odcieniem przyjacielskiej rywalizacji między armią a marynarką, po czym za jego wskazaniem poszedł w stronę salonu, bacznie rozglądając się w poszukiwaniu Emily.
     Salon był duży i przewiewny, z oknami wychodzącymi na południe; służąca właśnie zaciągała ciężkie granatowe zasłony haftowane srebrem. Na beżowych ścianach wisiało kilkanaście pejzaży, w tym przynajmniej trzy widoki romantycznie zrujnowanego opactwa Tintern. Dywan miał bardzo skomplikowany wzór i można było sądzić, że pochodzi jeśli nie z Persji, to przynajmniej z Afganistanu. Meble wydawały się wykonane z mahoniu, a w kącie stała żyrafa. Tony z pewną aprobatą odnotował obecność fortepianu o strunach ustawionych pionowo, i to większego niż zwyczajne pianino.
- O, pan porucznik! – ucieszyła się Mildred Knight. – Czuję nieprzeliczoną radość, że wreszcie udało nam się spotkać. Jak panu upływa służba?
- Zaszczytnie – odrzekł Scolding. – Aczkolwiek czasem bywa nudno.
- Proszę siadać, poruczniku – gospodyni zaprosiła go do stołu, by zaraz zwrócić się w stronę służącej. – Lottie, dziewczyno, co się z tobą dzieje? Wszystko ci dzisiaj z rąk leci…
      Przyczyną zdenerwowania Lottie był ordynans, którego major przywiózł do Londynu. Mohammad wielokrotnie słyszał od imama w swoim rodzinnym mieście, że europejskie kobiety są grzeszne, rozwiązłe i w ogóle Boga się nie boją, a teraz, gdy nadarzyła się okazja, próbował sprawdzić organoleptycznie, czy to rzeczywiście prawda.
    Emily stała przy stole w towarzystwie dwóch innych dziewcząt. Tony z pewnym zadowoleniem odnotował, że będzie siedział naprzeciwko niej, i zastanawiał się, czy takie rozmieszczenie jest przypadkowe, a jeśli nie – kto z Knightów za niego odpowiada.
- Cieszę się, że nie odrzucił pan naszego zaproszenia – powiedziała Emily cichym głosem.
- Nie miałem takiego zamiaru, panno Knight – przyznał Scolding.
- Pan z Royal Navy? – zainteresowała się jedna z młodych kobiet towarzyszących córce pani domu, ta wyższa, ciemnowłosa. – Emily nie wspominała nam, że ma takich interesujących znajomych.
- To moje przyjaciółki, Ariadna i Daphne Welsh – Emily przedstawiła je.
- Na pewno opłynął pan spory kawał świata – ciągnęła Daphne.
- Porucznik Scolding jest lotnikiem – uświadomiła ją Emily.
- To naprawdę fascynujące – Ariadna uśmiechnęła się do Tony’ego.
       Emily obrzuciła ją zaniepokojonym spojrzeniem, jakby przeczuwając rywalkę, ale szybko przywołała się do porządku.
- Kiedy byłam młodsza, chciałam wyruszyć w rejs dookoła świata – powiedziała do Scoldinga. – Jak na razie nic z tego nie wyszło i chyba już nie wyjdzie w takich warunkach…
- Jeśli to nie jest tajemnicą – skąd takie zainteresowania? – zaciekawił się Tony.
- Czytałam wtedy dużo powieści podróżniczo-przygodowych. Robert Louis Stevenson i tak dalej… Moja matka nie uważa tego typu lektur za odpowiednie dla młodej kobiety, ale od czego ma się kuzyna – uśmiechnęła się Emily.
- Przy takim kuzynie jak Ernie książki przygodowe są zbędne – zauważyła Daphne Welsh.
- No właśnie – zainteresował się porucznik Scolding. – Co słychać u panicza Erniego?
- Dobrze się miewa – wyjaśniła panna Knight. – Chciał nawet do nas przyjechać, ale musiał zostać z ojcem w Walii, bo mieli problemy z jakąś wyjątkowo narowistą klaczką.
      Do stołu podszedł major Knight. Towarzyszył mu mężczyzna w długim, czarnym kaftanie, spod którego było widać koszulę z czerwonego jedwabiu. Przy pasie miał sztylet ze srebrną rękojeścią i okuciami pochwy, na piersiach kaftana ozdobne ładownice, a jego sumiaste wąsy wystarczały, aby zawstydzić cały pułk armii brytyjskiej.
- Pozwoliłem sobie zaprosić na obiad znajomego, którego poznałem w czasie postoju w Egipcie – powiedział major. – Porucznik marynarki Anthony Scolding, sztabsrotmistrz Fiodor Andriejewicz Miakiszew.
- Bardzo miło – Rosjanin uścisnął Tony’emu dłoń. – Ja pierwszy raz w Londynie.
- Miło powitać sojusznika – rzekł Scolding. – Jest pan może Kozakiem?
- Nie, ja nie kozak. Ja sztabsrotmistrz dziesiątego ingermanlandzkiego huzarskiego pułka, a tylko lata trzy nazad ja postąpił w Persku Kazaczu Brygadu.
- Perską? – zdziwił się Scolding.
- Znaczy, jest takie formowanie w Persji – wyjaśnił Miakiszew. – Na służbie u szacha ja był, tak jak perskie kozaki – sama odliczna część zbrojnych sił perskiej imperii. A w ogóle u Persów same miejscowe oddziały, jak żołnierze oni pełna jerunda. Porządna jeszcze tylko centralna rządowa żandarmeria, w której obyczno Szwedy. A Perska Kazacza Brygada – po większości i nie kozaki. Razwie że kozacza uniforma, a tak kozaków mało. Ja, na przykład, od Wołogdy.
- Jak pan trafił do Egiptu? – Tony był w dalszym ciągu zainteresowany.
- W Persji teraz pełny bardak – powiedział sztabsrotmistrz. – Nasze wojsko, Anglicy, Turki, Niemcy… Bez pół litra nie rozbierzesz. Ja poszedł z eskadronem przeciw Turek, no u mnie nie powiodło i w plen popadł. Turecki plen, rozumiecie, a tu krugom Niemcy. Łoszadkę ukradł i doskakał na południe, a tam już uże wasza armia. Nu i jakoś to wyszło, że okazał się jechać w Brytanię…
     Siedzieli już od dłuższej chwili. Lottie postawiła na stole wazę z zupą, rzucając od czasu do czasu niepewne spojrzenia na Mohammada, który, nie przejmując się niczym w swym turbanie i kurcie do kolan, stał akurat za krzesłem swego przełożonego.
- Ten ordynans twojego ojca chyba się nam przygląda, Emily – zauważyła Ariadna Welsh.
- Wiem, co chcesz powiedzieć – odrzekła panna Knight beznamiętnym tonem. – Że jest fascynujący.
- Wiesz, nigdy nie widziałam na własne oczy Hindusa.
- On jest Pusztunem – sprecyzowała Emily.
      Przystąpili do jedzenia. Tony miarowo przemieszczał łyżkę ruchem wahadłowym od talerza do ust, jednak oczu nie spuszczał z panny Knight. W jej szczupłych, wąskich dłoniach kryła się delikatność, jakaś ostrożność czy wręcz nieśmiałość, a z drugiej strony nie całkiem do tej ostrożności i nieśmiałości pasująca, skryta w samej głębi pewność siebie.
         Na drugie danie była pieczeń wołowa.
- Straszna drożyzna przez tę wojnę – westchnęła Mildred Knight. – Na szczęście udało nam się wcześniej zrobić zapasy. Produkty na ten obiad przywiozłam od nas, z Walii.
- No i pierwszorzędna wołowina – doktor Cresnall pokiwał głową. – Myślałem ostatnio, żeby kupić sobie domek letniskowy gdzieś w waszej okolicy, na przykład w Pembroke…
- To dość szeroka definicja „naszej okolicy”, doktorze – zwrócił uwagę major.
- Oliwierze Williamowiczu, bądźcie lubiezny – zasygnalizował Miakiszew. – Jest u was jeszcze trochę tej przewschodnej walijskiej wiski?
- Lottie, dziewczyno! – zawołała pani Mildred. – Przynieś whisky ze spiżarni. Tylko nie porozlewaj czasem!
Po drugim daniu nastąpiła przerwa przed deserem. Panowie zaczęli rozmawiać o wojnie na froncie tureckim – w Mezopotamii opór wojsk osmańskich dawał się siłom Imperium we znaki. Doktor Cresnall dowodził, że ostateczny rozbiór Turcji jest tylko kwestią czasu. Major się z tym nie zgadzał, przywołując artykuły w gazetach, mówiące o silnym wsparciu, jakiego sułtanowi udzielają Niemcy, a słowa Knighta potwierdzał Miakiszew, który znał sprawę z autopsji. Tymczasem Emily pięknie grała na żyrafie.
- Mildred mówiła, że jest pan lotnikiem – zaczepiła Tony’ego Violet Thornton, żona dyrektora z wodociągów. – To znaczy, że pan lata? W powietrzu?
- Latam samolotem – uściślił Scolding. – Na razie, odpukać, jakoś udaje mi się utrzymać  w górze.
- Ale to pewnie niebezpieczne?
- A gdzie dzisiaj jest bezpiecznie, szanowna pani! – wtrąciła się kobieta, którą Emily nazwała ciotką Georginą. – Mamy wojnę…
- Narzeczony mojej siostry jest teraz na froncie we Francji – powiedziała Ariadna Welsh, posyłając Tony’emu znaczące spojrzenia. – Daphne bardzo to przeżywa. Próbowałam się postawić w jej sytuacji i sądzę, że to, mimo wszystko, musi być wielki honor…
       Tymczasem nadszedł deser. Podano herbatniki i konfitury, później miało być jeszcze ciasto. Tony gawędził niezobowiązująco z Miakiszewem, spoglądając na przemian to na Emily, to na jej rodziców, to znów na doktora Cresnalla czy siostry Welsh. Mohammad najwyraźniej wyszedł, bo nie było go w zasięgu wzroku. Za to pojawił się nieznajomy osobnik w burym prochowcu, który wyglądał na człowieka z niższych sfer. Mało kto zwracał na niego uwagę, z wyjątkiem Lottie, która na jego widok chyba się zdenerwowała.
- To lokaj od Appletonów z sąsiedniej ulicy – stwierdziła Emily. – Ciekawe, po co tu przyszedł.
        Nieproszony gość, będący zarazem cudzym służącym, mówił coś rozgorączkowany do Lottie. Tony obserwował go kątem oka, chociaż jego wzrok w naturalny sposób przyciągała Emily (a także częściowo obie panny Welsh). Było coś niepokojącego w postawie lokaja, wydawał się coraz bardziej wzburzony. Lottie też stawała się jeszcze bardziej nerwowa i chociaż rozmawiali półgłosem, widać było, że się kłócą.
- To nie będziesz niczyja! – ryknął w pewnym momencie fagas od Appletonów. Wyciągnął zza pazuchy rewolwer i zaczął strzelać.
       Pierwsza kula chybiła celu. Przeleciała przez pokój, rozbijając karafkę, i ugodziła Violet Thornton w dłoń. Thorntonowa krzyknęła, potem zaczęli krzyczeć inni. Kolejne kule dosięgły służącej. W pierś, w brzuch, w nogę, znowu w pierś: na jej fartuchu rozkwitały szkarłatne róże śmierci. Biedna Lottie opadła bez życia na podłogę jak szmaciana lalka.
Miakiszew wskoczył pod stół, Cresnall uciekł do drugiego pokoju, ciotka Georgina zemdlała. Z drugiego końca stołu zaczął dochodzić odgłos wymiotowania i głęboki szloch. Tony czuł się oszołomiony, nic nie kazało mu się spodziewać takiej tragedii. Na chwilę stracił zdolność reagowania, mógł tylko obserwować…
Zabójca, kurczowo ściskając w dłoni dymiący rewolwer, stał w rozkroku nad zakrwawionym ciałem Lottie, wokół którego na dywanie leniwie rozlewała się ciemnoczerwona kałuża. Twarz lokaja zdradzała kompletną dezorientację. Musiał być szalony, skąd wiadomo, co teraz zrobi? Jednak nie zdążył zrobić nic, bo podkradł się do niego z korytarza Mohammad i przejechał mu nożem po szyi. Lokaj, krztusząc się własną krwią, padł na dywan tuż obok tej, którą pozbawił życia.
Dopiero teraz zaczął się prawdziwy rwetes i apokalipsa. Gdzieś po schodach galopowała służba, sztabsrotmistrz Miakiszew międlił w ustach piętrowe rosyjskie przekleństwa, gryząc się nerwowo po wąsach i nie zważając na towarzystwo dam. Jęki i płacz wypełniły przestrzeń, kotłując się od ściany do ściany. Mohammad, cały czas ściskając w dłoni zakrwawiony kindżał, stał na środku, ze zdezorientowaną fascynacją obserwując panikę, która rozgrywała się wokół. Boże, żeby tylko teraz jeszcze nie oblizał tej kosy – przemknęło Tony’emu przez myśl, ale zaraz potem doszedł do wniosku, że w tym całym chaosie i tak nikt by tego nie zauważył.
Obejrzał się na Emily. Była bardzo blada, znów się trzęsła, tak jak wtedy, gdy jej kuzyn Ernie pogrążał się w jeziorze. Jej oczy wydawały się nabiegnąć krwią, usta drgały, wargę co chwila przygryzała, a dłonie nawiedziła niepewność.
- Emily źle się czuje! – zawołała Mildred Knight. – Trzeba ją wyprowadzić do ogrodu! Lottie, dziewczyno…
        Po czym zdała sobie sprawę, że Lottie już nikogo nigdzie nie wyprowadzi, i zemdlała, twarzą strącając cukiernicę z blatu. Major Knight szybko podtrzymał małżonkę.
- Hopper! – krzyknął na kamerdynera, który właśnie wbiegł do salonu i zszokowany wpatrywał się w dwa trupy na ziemi i stojącego nad nimi Pusztuna. – Leć po policjanta!
       Córka majora wydawała się bliska załamania, więc Tony uznał, że pora przejąć inicjatywę. Tu, w salonie, do niczego się już nie przyda, nie zapobiegł zabójstwu. Chwycił Emily subtelnie, acz pewnie pod ramię i wyprowadził ją do ogrodu na tyłach domu.
        Na dworze było chłodno. Drzewa jeszcze gołe, pod nogami brązowa trawa, która dopiero parę dni wcześniej wychynęła spod topniejącego śniegu. Tu jednak było znacznie ciszej. Zgiełk panujący w salonie, na miejscu zbrodni, tutaj wydawał się prawie niesłyszalny. Stanęli koło krzewu dzikiej róży, na razie jeszcze bezlistnie szczerzącego ciernie.
        Emily drżała, na jej twarzy widniał grymas odbierający jej sporo uroku, oczy zaczęły łzawić. Tony chciał ją w jakiś sposób uspokoić, ale w jaki? Nie może przecież powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, bo już w tej chwili nie jest.
- To straszne – wyrzęziła. – Nie, nie mogę. Pan wybaczy, poruczniku.
        I po prostu się rozpłakała. Głowę pochyliła do przodu, by włosy przesłoniły jej twarz. Reakcja taka, choć całkiem zrozumiała, wprawiła go w jeszcze większe zakłopotanie, więc tylko ujął ją ponownie pod ramię, aby poczuła jakiś pewny punkt, który ją podtrzymuje w tej ciężkiej chwili.
- Przepraszam – odezwała się Emily po kilku minutach. – To jest coś, czego nie pojmuję. Przecież jeszcze kilka godzin temu pomagała mi się uczesać, rozmawiałyśmy… A teraz… Przepraszam.
       I znowu dała się ponieść słonej fali, która zaczęła opuszczać jej oczy. Tony dalej ją podtrzymywał, powtarzając sobie, że taki jest w tym momencie jego obowiązek. Nie wiadomo, ile czasu tak spędzili. Pół godziny, godzinę? W każdym razie w chwili, gdy wydawało się, że dziewczyna już odzyskuje jako taką równowagę, od strony domu nadszedł jeden z lokajów Knightów.
- Policja przyjechała, panie poruczniku – powiadomił. – Chcą z każdym porozmawiać.
         Wrócili zatem do domu. Emily była słaba, lała się przez ręce, nogi jej się plątały. Zaraz przy drzwiach czekał na nich Hopper, który podał panience sole trzeźwiące.
        W salonie ciała Lottie i lokaja Appletonów leżały przykryte kocem. Doktor Cresnall pomagał komuś omdlałemu, Daphne Welsh wachlowała zieloną na twarzy siostrę, rozciągniętą na kanapie. Umundurowany konstabl stał obok zakutego w kajdanki Mohammeda, a inspektor po cywilnemu rozmawiał z Thorntonem. Kiedy skończył, przepytał Scoldinga o przebieg tragicznych wydarzeń. Potem próbował zadać kilka pytań Emily, ale zorientował się, że jest ona w marnym stanie psychicznym, więc ograniczył się do ogólników.
- Musimy zatrzymać pańskiego ordynansa do wyjaśnienia – zwrócił się inspektor do majora.
- Jak to? – najeżył się Oliver Knight. – Przecież już panu mówiłem, jak było. Tamten człowiek zamordował naszą służącą, a sam zaraz potem został zabity przez mojego ordynansa. Mohammad działał w naszej obronie i nie widzę powodu…
- Ja to rozumiem i nie mam podstaw, żeby panu nie wierzyć, majorze – tłumaczył się śledczy. – Musimy zachować procedury. Ten pański Hindus zabił człowieka. Wprawdzie zabójcę, ale i tak musimy go zatrzymać, żeby się upewnić, że to była obrona konieczna…
- Była. Ja to panu mówię jako jego przełożony. Sam pan przecież widział, co on zrobił tej biednej dziewczynie…
- Proszę się już nie denerwować, majorze – powiedział policjant po cywilnemu. – Wszyscy świadkowie potwierdzają to, co pan mówi.
        Dalszej części rozmowy Scolding nie dosłyszał, ponieważ jego uwagę odwróciła Mildred Knight, blada na twarzy, ale przynajmniej już zdążyła dojść do siebie. Kazała Emily usiąść na kanapie, po czym zwróciła się do porucznika.
- Przykro mi, że coś takiego się zdarzyło akurat wtedy, kiedy pan nas odwiedził – uśmiechnęła się słabo. – Oczywiście przykro mi, że się w ogóle zdarzyło, ale proszę sobie nie wyrabiać zdania na nasz temat na podstawie tego zdarzenia…
        Tony spojrzał na przykryte kocem bryły obu ciał.
- Czy mogę być w jakiś sposób pomocny? – zapytał.
- Panie poruczniku, doceniam chęci, ale damy sobie z tym radę – przyznała pani Mildred. – Dziękuję, że zaopiekował się pan moją Emily, ona jest taka wrażliwa… Ten człowiek musiał być niespełna rozumu… Teraz sobie przypominam, Lottie parę razy wspominała, że czegoś od niej chciał… To okropne, wybaczy pan…
      Atmosfera, mówiąc oględnie, nie sprzyjała spotkaniom towarzyskim. Część gości, przesłuchana przez inspektora, zaczęła się już zbierać do domu; Ariadnę Welsh zaniesiono na piętro, Emily również nie czuła się dobrze. Nie było sensu kontynuować tego przyjęcia. Scolding pożegnał się zatem z Knightami i zaczął podążać do wyjścia.
- Jest mi nieustannie przykro z powodu tego wszystkiego – pani Mildred bezsilnie kręciła głową. – Może pan oczekiwać kolejnego zaproszenia, kiedy już dojdziemy do siebie…
      I wyszedł Tony z rezydencji Knightów. Cóż było robić przez resztę wieczoru? Mógłby polecieć z powrotem do Chopham, ale wolał nie ryzykować z lataniem po nocy, jeszcze wpadnie na komin fabryczny albo rozbije się przy lądowaniu. To już lepiej zostać na noc w Sutton’s Farm, wychylić parę kufli z lotnikami RFC i posłuchać przechwałek o ich wojennych przewagach. Wszystko będzie lepsze niż wspomnienie sympatycznego obiadu, który przerodził się w rzeźnię…

        Emily Knight długo nie mogła zasnąć. Było jej duszno, przewracała się z boku na bok, prześcieradło zdawało się ją parzyć. W jej głowie ciągle kołatał się odgłos wystrzału. Przed oczami majaczyła Lottie, życzliwa, posłuszna i uczynna Lottie, leżąca na dywanie z nienaturalnie wygiętą nogą, cała we krwi, z przerażeniem na twarzy… O Boże.
        Lottie była tylko o dwa lata starsza od Emily, służyła u Knightów od czterech lat. Chociaż matka ciągle poganiała służącą, Emily szybko znalazła w niej powiernicę i przyjaciółkę na tyle, na ile to było możliwe między panienką a pokojówką. Lottie cieszyła się na ten dzisiejszy obiad, lubiła przy pracy obserwować ludzi z wyższych sfer, ciekawił ją również Scolding. Co prawda skarżyła się na Mohammada, ale to, co się stało… Ona była tylko dwa lata starsza! Gdyby tamten szaleniec nie został powstrzymany, Emily sama mogłaby paść jego ofiarą i to teraz ona leżałaby na zakrwawionym dywanie, pod kocem… Na tę myśl żołądek jej się ścisnął, łzy napłynęły do oczu. Poczuła krew spływającą z ugryzionej wargi… To mogłaby być ona. Ale i tak jest wystarczająco źle. Te puste, pozbawione życia oczy Lottie…
       Próbowała jednak zasnąć, skupiając myśli na czymś innym. Przecież z tym obiadem wiązała nadzieję bliższego poznania człowieka, który uratował Erniego. Porucznik Scolding był sympatyczny. Przeczuwała to od pierwszego spotkania, ale teraz się to potwierdziło. I co? Chciała zrobić na nim jak najlepsze wrażenie, założyła sukienkę z marynarskim kołnierzem, aż tu nagle zwyczajnie się przy nim rozbeczała. Gorzej być nie mogło. A może jednak mogło? Biedna Lottie…
         A co, jeżeli nad Scoldingiem ciąży jakieś fatum? Kiedy się spotkali za pierwszym razem, kuzyn Ernie o mało się nie utopił. Za drugim razem stało się to… Czyżby jego obecność w jej życiu była związana z pasmem nieszczęść? Ale zaraz, jakich nieszczęść, przecież Erniego uratował. To była tylko jedna tragedia, a w takim razie można mówić o zwykłym zbiegu okoliczności…

Emily martwiła się tak długo, aż w końcu ją to zmęczyło i swe delikatne, acz pełne nieuświadamianej pewności siebie palce zaciskając na krawędzi jaśminowej poduszki, zasnęła.

2 komentarze:

  1. Z góry przepraszam za spam.
    Chciałam Cię serdecznie zaprosić na forum literackie All in One - http://www.allinoneflota.pl/.
    Jesteśmy otwarci na wszelkie formy literackie i nastawieni na rozwój. Na naszym forum znajdziesz rozmaite poradniki oraz spotkasz się z rzeczową i konstruktywna krytyką.
    Jeśli chcesz się rozwijać, to All in One jest miejscem dla Ciebie!

    Po za tym, całkiem fajne opowiadanie ;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu akcji! Emily ma złote serduszko, teraz jeszcze wyrobi sobie stalowe nerwy.

    OdpowiedzUsuń