Rozdział 7. Stary park

Maj 1915

      Ze stoków Brecon Beacons zerwał się wiatr i zstąpił ku południowi, czesząc zielone wzgórza hrabstwa Glamorgan. Wiał przez doliny zapełnione górniczymi miasteczkami, przez łąki i pola, na których trwały właśnie wytężone prace. Wiatr przeleciał przez pastwisko na szczycie wzgórza, mierzwiąc wełnę na grzbiecie owcom i dmuchając dymem w twarz staremu pasterzowi, który doglądał trzody, paląc fajkę i wodząc smyczkiem po strunach liry. Dotarł do drugiej łąki, rozwiał grzywy i ogony pasących się kuców górskich, a potem pomknął dalej, omijając wzgórze, i zderzył się z północną fasadą dworu Aberlogwyn.
      Emily Knight mocniej ścisnęła gazetę, czując, jak arkusz papieru z szelestem usiłuje wyrwać się jej z rąk. Jednym pewnym ruchem złożyła ją na pół i odłożyła na wolne krzesło.
- Nawet wiatrowi się nie podoba to, co wypisują – zauważyła.
    Siedziały z matką na werandzie od południowej strony, z widokiem na dworski park. Pogoda ostatnio poprawiła się na tyle, że można było spędzać większość dnia na dworze. Po błękitnym niebie pełzły leniwe chmury, a ich kłębiaste cielska wyglądały niczym powiększone wersje owiec pasących się na horyzoncie.
- Trujący gaz przeciw naszym wojskom! – oburzyła się pani Mildred. – To jest ostateczny dowód, że Niemcy stoją poza marginesem cywilizowanego świata. Ten naród zasługuje na to, żeby go skolonizować, a nie, żeby sam posiadał kolonie.
- Już niedługo i tak ich nie będą mieć – odparła Emily obojętnie. – Co im zostało, Afryka Wschodnia?
- I bardzo dobrze – zgodziła się matka. – Co oni tam wyprawiali, to się w głowie nie mieści.
     Podniosła gazetę, przerzuciła kartki.
- Czytałaś ostatni felieton panny Partridge? Ta kobieta ma tupet!
- Co znowu wymyśliła?
- Pisze z ogromną pretensją, że mężczyźni, a w szczególności nasza bezsensowna arystokracja, niepotrzebnie wywołują wojny, a kobiety muszą za nich sprzątać cały bałagan! Bezsensowna, widzieliście ją! Tak jakby jej wypociny były w jakimkolwiek stopniu sensowne! Ta młoda dama chyba się szaleju najadła. Pewnie, niech Niemcy tu przyjdą, niech palą i rozstrzeliwują, jak w Belgii!
    Emily ze skrępowaniem poruszyła się na krześle. Do felietonów Eleonory Partridge miała dość osobisty stosunek i czuła się niezręcznie, wysłuchując narzekań matki.
- Ja tego tam nie wyczytałam, proszę mamy – sprzeciwiła się. – Moim zdaniem panna Partridge domaga się uznania dla kobiet w czasie wojny. Po odejściu mężczyzn na front gospodarka i życie społeczne trzymają się w dużej mierze na ich głowach, a jednak się ich nie docenia. Jasne, że napisała to dość ostro, ale taka już uroda jej artykułów…
- Wyraz „uroda” jest mało adekwatny – skrzywiła się Mildred Knight. – Przecież ona wszystkim robi wbrew!
- A na czym innym polega felieton? Formułuje się jakąś myśl w radykalny sposób, żeby lepiej trafiła czytelnikowi do głowy. No i panna Partridge właśnie taka jest.
- Niemożliwa! Oto, jaka jest. Że opowiada się za prawem głosu dla kobiet, to jeszcze potrafię zrozumieć. Ale potem, przy debacie o Irlandii, to i Home Rule zaczęła popierać. Później napisała tamten paszkwil przeciw ustawie o amunicji. A teraz to…
- Ale zorganizowała też akcję charytatywną dla belgijskich uchodźców – zauważyła Emily. – Czyli jednak coś pożytecznego robi.
Pani Mildred westchnęła, odkładając gazetę na stół.
- Czasem wydaje mi się, że żadna panna Partridge nie istnieje – powiedziała. – Że to redaktorzy „Modern Herald” wypisują te wszystkie idiotyzmy, żeby wzburzyć czytelników.
    Wiatr, który teraz już osłabł do lekkiego podmuchu, lekko kołysał wierzchołkami świerków. Emily wstała i podeszła do schodów werandy. Stanęła na krawędzi, wsłuchując się w otoczenie.
- Słyszę kopyta – powiedziała.
- To na pewno Ernie – skomentowała matka.
    I rzeczywiście, już po chwili na gruntowej drodze biegnącej zza wzgórza pojawił się panicz Ernest Griffith, kłusując na zgrabnym kucu górskim. Za nim, na koniu cokolwiek większym, podążał wąsaty mężczyzna. Demonstrując całkowitą pogardę dla pogody i grawitacji, na głowie miał wysoką, białą papachę z kosmatej wełny. W pewnym momencie nie wiadomo skąd, może z żywopłotu, wypadły dwa psy: mały, łaciaty Petey i bury wilczarz Fangs. Zaczęły donośnie oszczekiwać przybyszy, biegając wokół koni. Erniego oczywiście znały, ale sztabrotmistrz Miakiszew ciągle budził ich podejrzenia.
- I ten ojca Rosjanin też jedzie – powiedziała Emily.
- Emily! – skarciła ją Mildred. – Wolałabym, abyś traktowała Fiodora Andriejewicza  z większym szacunkiem.
    Młody Griffith zsiadł z kuca niemal jeszcze w pędzie. Potężny Fangs rzucił się na niego, machając ogonem, i zaczął się wylewnie witać. Tymczasem Fiodor Andriejewicz bez skrępowania wjechał do ogrodu. Pani Knight ścisnęło się serce z przerażenia na widok tego, jak jego koń lawirował pomiędzy różanymi rabatami. Było w tym widoku coś inherentnie nieprzyzwoitego. Wreszcie Miakiszew osadził konia i również zsiadł.
- Witam pana, Fiodorze Andriejewiczu – powiedziała pani domu. – Jadł pan już śniadanie? Bo my właśnie kończymy.
- Śniadanie ja i jadł, ale dowolno dawno – oświadczył sztabsrotmistrz, wiążąc rumaka swego do najbliższego drzewka. – Podniósł się w sześć, żeby doglądać za końmi.
- Chciało się panu wstawać o tej porze?
- Prosto przywykł. W Persji przychodziło się wstawać na fażr, jeszcze do świtu. Ja prawosławny, no wstawał razem z ludźmi, jak ich dowódca.
- Może poczęstuje się pan deserem owocowym? – zaproponowała pani Knight. – Przetwory z zeszłorocznych zbiorów, nasza kucharka znakomicie je przygotowuje.
     Odwróciła się do Iris, nowej służącej, zatrudnionej na miejsce tragicznie zmarłej Lottie. Iris była średniego wzrostu, przy kości, miała ciemne włosy, Aberlogwyn był zaś jej trzecim miejscem pracy w ciągu ostatniego pół roku. Pani Knight z początku odnosiła się sceptycznie do jej kandydatury, ale Hopper przekonał ją, że na jego oko Iris się nadaje do tej pracy, a ona zaufała opinii kamerdynera, nie mając jednak najmniejszego zamiaru dopytywać, na jakich kryteriach ją oparł.
- Przynieś no butelkę brandy – poleciła. – I kieliszek.
      Iris weszła do domu i wszystko wskazywało na to, że zadanie zajmie jej sporo czasu. Emily chciała się już oddalić po śniadaniu, ale obecność gości spowodowała, że nieuprzejmie było uciekać, zatem, chcąc nie chcąc, siadła z powrotem, choć tym razem odsunęła się trochę wraz z fotelem.
Tymczasem Ernie przywiązał kuca do balustrady werandy, a sztabrotmistrz Miakiszew wspiął się po schodach i zasiadł na jednym z wiklinowych foteli, aż szaszka brzęknęła o podłogę.
Od paru tygodni napawał się urokami Walii. Do Persji nie bardzo mógł wrócić, do Rosji jakoś mu się nie spieszyło. Napisał do władz wojskowych z prośbą, aby pozwolono mu walczyć w szeregach armii brytyjskiej, a tymczasem major Knight udzielił mu gościny. Żeby jednak nie wyglądało, że pod nieobecność męża pani Mildred gości pod swoim dachem obcego mężczyznę, Fiodor Andriejewicz zagnieździł się u jej brata w sąsiedniej posiadłości Roddbwlch. Z Robertem Griffithem szybko znaleźli wspólny język, między innymi dlatego, że obaj byli zapalonymi koniarzami. Ernie chwalił się, że Miakiszew zamierza nauczyć go dżygitówki. Pani Knight tego nie pochwalała, bratanka swego mając za przesadnie skłonnego do brawury. Była pewna, że takie ryzykanctwo jest skutkiem wychowywania się bez matki, która zmarła, gdy Ernie miał osiem lat. Nie było komu równoważyć wpływu Roberta. Dziedzic Roddbwlch z pewnością kładł swojemu synowi w głowę różne głupoty, kiedy akurat nie był zajęty końmi, a zresztą także i wtedy, gdy był.
Młody Griffith wyjął coś z sakwy przy siodle, a potem, zamiast wejść po schodach, przeskoczył przez balustradę.
- Przyniosłem „South Wales Daily Post” i “Citizen”, już przeczytane – oświadczył, kładąc gazety na stole.
- Dziękuję – powiedziała pani Knight. – Możesz w takim razie zabrać w zamian „Modern Herald”.
- Bądźcie lubieżny – odezwał się Miakiszew. – Mogę li ja zajrzeć? Zawsze to przygodzi się dla rozwicia obcego języka.
- Ależ proszę bardzo, Fiodorze Andriejewiczu – uśmiechnęła się pani na Aberlogwyn. – Robi pan chyba spore postępy, nieprawdaż?
- Niesomnienno – przyznał sztabsrotmistrz. – Z wielkim interesem czytam te wasze gazety.
       Przez chwilę siedział w rozluźnionej pozie. Zainteresował go jakiś artykuł, może analiza wydarzeń na froncie wschodnim, gdzie podobno znowu doszło do ofensywy, może przedrukowana za londyńskim periodykiem korespondencja z ciężkich walk na Dardanelach, a kto wie, czy nie sam niesławny felieton panny Partridge. Nie uchwycił jak trzeba środkowego arkusza, który spłynął pod jego nogi. Ernie podniósł arkusz i jego oczy przegalopowały po szpaltach.
- Oficerowie, którym przyznano Distinguished Service Cross za męstwo na morzu w obliczu nieprzyjaciela – streścił jedną z notek, rozglądając się za znajomo brzmiącymi nazwiskami. – Podporucznik Llewelyn Mayfield – to przypadkiem nie ten nasz, z Caerphilly, syn aptekarza? I jest jeszcze kapitan marynarki Anthony Scolding.
- A to i nawiernych nasz brawy kapitan! – zauważył Miakiszew. – Napisano, za czym?
- Nie, tylko wymieniają nazwiska – stwierdził panicz Griffith.
- Człowiek czynu – rzekła Mildred Knight z uznaniem. – Od początku mówiłam, że on nie jest tuzinkowy.
        Emily, z braku lepszego komentarza, przewróciła oczami teatralnie, a przynajmniej operetkowo. Matka znowu dosiadła ulubionego konika i pewnie zaraz zacznie się rozpływać nad przymiotami tego dzielnego oficera. Scolding istotnie był sympatyczny, co do tego Emily nie miała wątpliwości, ale apoteoza, jakiej oddawała się pani Knight, ilekroć go wspomniała, przekraczała wszelkie granice.
- Może by go tak zaprosić do naszego dworu, co, Emily? – Mildred spojrzała na córkę porozumiewawczo.
- Mnie się wydaje, proszę mamy, że skoro jest wojna, to on może, nie wiem, być na służbie.
- To nic. W końcu kiedyś ta wojna się skończy albo dostanie urlop – stwierdziła pani Knight z przekonaniem. – Bądź tak dobra i napisz kiedyś do niego list.
- Dlaczego ja? To przecież mama jest w tym domu gospodynią.
- Oj tam, kombinujesz jak koń na blachę! Z jakim interesem on by tu przyjechał, gdybym to ja go zaprosiła? To zadanie należy do ciebie.
- Wątpię, czy będzie chciał – odrzekła Emily z pewnym lekceważeniem. – Nawet gdyby mógł.
- Iris, gdzieś ty jest? – zirytowała się pani Knight. – Ruszasz się jak meduza w grochówce! Zapraszam do środka, Fiodorze Andriejewiczu, bo prędzej lunie niż ta dziewczyna tu przyjdzie.
      Weszli do domu, a Emily została na werandzie. Siedziała w bezruchu jeszcze przez chwilę, a kiedy zorientowała się, że nikt nie wymaga koniecznie jej obecności, udała się w swoją stronę. Przeszła przez różany ogród, chwytając wzrokiem ślady podków pomiędzy klombami, i zwiewnie wsunęła się pomiędzy pnie starego parku, jej jasną sukienkę przykryły cienie drzew.
       Park powstał jeszcze za regencji jako ogród angielski. Potem przyszła era romantyzmu i ówczesny pan na Aberlogwyn, William Knight, doszedł  do wniosku, że atmosfera parku jest niewystarczająco mroczna. Aby ją ulepszyć, zakazał prowadzenia jakichkolwiek prac ogrodniczych na jego terenie, z wyjątkiem okresowego zbierania co większych gałęzi, a i to tylko przed zimą, kiedy potrzebny był opał. W rezultacie park, w którym wyniosłe świerki sąsiadowały z bukami, dębami i inną drzewiną, zarósł na dziko i stał się ciemniejszy pod ażurową plandeką liści. Zagnieździły się w nim puszczyki, podobno widziano także tchórza lub podobne zwierzę. Choć pan William, dziadek Emily, dawno nie żył, służba nadal nie zapuszczała się do parku, ale nie ze względu na ów zakaz, lecz dlatego, że nikt nie miał ochoty wybić sobie zębów czy zwichnąć nogi wskutek wdepnięcia w norę albo potknięcia się o gruby niczym lina okrętowa korzeń.
       Stary park dawniej budził w Emily lęk. Zdawał się jej pełen nienazwanych, bluźnierczych upiorów, czekających tylko, aby złapać ją i wciągnąć pod ziemię, poniżej korzeni, do wilgotnego, odrażającego królestwa szczątków. Jednak poprzedniego roku coś się zmieniło. Drzewa przyciągały ją mimo wszystko. Opierała się z początku, ze strachu przed tym, co się kłębi wśród gałęzi i co szeleści w krzakach, ale ostatecznie zdecydowała pokonać swój lęk i któregoś lipcowego dnia weszła do parku. Po tym, jak z początku przez Emily przebiegł strach, zorientowała się szybko, że nie ma tam nic, co stanowiłoby dla niej realne zagrożenie. Potem przychodziła tam coraz częściej i z coraz większym przeczuciem, że ów zdziczały skrawek zadrzewionego terenu jest miejscem dla niej przyjaznym.
      W głębi parku kryła się stara altana, zbudowana dawno temu jeszcze przez dziadka Williama  i od tamtego czasu nie naprawiana. Celowo nie dopuszczał do niej rzemieślników, bo zależało mu na uzyskaniu malowniczej ruiny, a kiedy zmarł, już w ogóle nikt się altaną nie interesował. Zarośnięta dzikim winem, stanowiła dla Emily swoisty azyl, do którego zdążała, gdy miała ochotę spędzić jakiś czas w samotności.
      Panna Knight wstąpiła na stopień, który zaskrzypiał pod jej pantofelkiem, ominęła drugi, beznadziejnie złamany. Na ziemi widniała nieregularna plama światła, którą słońce łobuzernie rzucało poprzez dziurę w dachu. Gdzieś w kąt wepchnięto ławkę na żeliwnych nogach, która jednak prezentowała się znacznie lepiej, niż należałoby sądzić po przedmiocie pozostawionym przez dziadka Williama, co sugerowało, że jednak ktoś zaglądał tu i po jego śmierci. Pomiędzy prawą parą nóg tejże ławki leżał duży, płaski kamień. Emily podniosła go, aby z dołka, który się pod nim krył, wydobyć skórzaną sakwę. Wewnątrz był brulion i ołówek. Dziewczyna zamyśliła się na chwilę, a kiedy wreszcie przyszła jej do głowy klarowna koncepcja, zaczęła pisać.
      Było już wpół do jedenastej, gdy udało jej się dopracować tekst stylistycznie i  przepisać na czysto. Wyrwała kartkę z brulionu, włożyła do koperty, zaadresowała. Ukryła list w zanadrzu, a zeszyt schowała w miejsce, gdzie dotąd spoczywał. Właściwie mogłaby pisać w domu, ale odkryła, że natchnienie spływa na nią właśnie w starej altanie. Cóż, pozostało pojechać na pocztę…
       Kiedy Emily wróciła do dworu, matka siedziała w salonie wraz z Erniem i Fiodorem Miakiszewem. Ich rozmowa najwyraźniej dotyczyła dostaw dla wojska, na których wuj Robert od wybuchu wojny zarabiał duże pieniądze. Pani Knight była przekonana, że jej brat sprzedawał konie przede wszystkim pułkowi Glamorgan Yeomanry, lokalnej formacji konnej wojsk terytorialnych, Ernie natomiast przekonywał, że kuce górskie bardziej się nadają do rozmaitych jednostek wsparcia.
- Chyba przydałaby mi się mała przejażdżka – powiedziała Emily. – Ernie, powieziesz mnie?
     Młody Griffith zgodził się natychmiast, pragnąc zrobić na kuzynce wrażenie swoją zdolnością władania końmi. Od razu skierował się do dworskiej stajni, położonej po wschodniej stronie posiadłości, a Emily kazała Hopperowi kazać stajennemu pomóc w zaprzęganiu.
     Już wkrótce lekka bryczka wytoczyła się na wiejską drogę, przecinającą majątek Aberlogwyn dwie części. Dawniej należała ona do dworu i Knightowie pobierali opłaty za przejazd, ale krótko po śmierci swego ojca Oliver Knight, niedoświadczony w prowadzeniu gospodarstwa, popadł w długi i był zmuszony sprzedać drogę hrabstwu. Potem sytuacja rodziny uległa poprawie, w czym sporą zasługę miała – od samego ślubu – pani Mildred, ale odzyskiwać drogi już nikomu się nie chciało. Po przeciwnej stronie drogi, w stronę wzgórza, rozciągał się sad, będący jednym z głównych źródeł utrzymania majątku, oprócz hodowli owiec i uprawy zboża na dalej położonych gruntach. Przy sadzie przycupnął niewielki, acz schludny domek, w którym mieszkał ogrodnik z żoną i dwaj parobcy odpowiedzialni za sadownictwo. Ich zakres prac obejmował też park, ale w tej dziedzinie nie przemęczali się zbytnio. Za sadem było zaś wzgórze, a za wzgórzem – pastwiska należące do Roddbwlch.
- To dokąd jedziemy, Emily? – zapytał Ernie.
- Do Blackwood. Oczywiście nikomu nic nie powiesz – uśmiechnęła się panna Knight.
- Jasne, że nie. Słowo kawalerzysty.
      Dom ogrodnika, wraz z całym sadem i wzgórzem, ruszył z miejsca i usunął się w tył sprzed oczu Emily. Powóz ze skrzypem i dyskretnym furkotem szprych ruszył w dół polnej drogi.
- Naprawdę chcesz wstąpić do kawalerii?
- Wszyscy mi mówią, że za młody jestem – przyznał Griffith. – Trudno, poczekam.
- A co, jeżeli wojna się skończy, zanim dorośniesz?
- W Indiach na pewno też będzie co robić – rzekł Ernie z rozbrajającą prostotą.
     W dolinę zjechali, w las ciemnozielony. Emily wpatrywała się w drzewa z pewnym niepokojem. Chociaż często tędy jeździła, te drzewa były jej jednak obce, nie jak tamte w starym parku. List miała schowany w kopertówce, którą ściskała w dłoni. Kiedy już go wyśle, wróci do domu inną drogą, przez otwarte pola zaludnione owcami…
    Podjechali na szczyt kolejnego wzniesienia, dalej czekała ich droga w dół. Ernie zaciął konie, popisując się, jak zwykle, szybkością. Strzelał z bata, wstawał z kozła, wykrzykiwał coś niewyraźnie albo po walijsku (na jedno wychodzi).
- Nie pędź tak – zwróciła mu uwagę panna Knight. – Nigdzie się nam nie śpieszy.
- Szybciej będziesz na miejscu – uśmiechnął się Griffith. – Widzę, że aż się palisz, żeby dotrzeć na pocztę. Wio-o-o!
- Ale to niebezpieczne!
- Etam, doskonale panuję nad końmi! Miakiszew powiedział, że jest ze mnie urodzony jeździec! Buahahahaha!
    Emily miała wielką ochotę wzruszyć ramionami, ale nie mogła. Pęd sprawiał, że musiała kurczowo trzymać się burty ekwipażu. Czuła we włosach strugi bezlitosnego powietrza. To było emocjonujące i przerażające zarazem.
    Przymknęła na moment oczy, a kiedy znów je otworzyła, zmartwiała. Zbliżał się ostry zakręt, a Ernie gorączkowo próbował okiełznać konie. Boże drogi, przecież nie zdąży!…
Bryczka weszła w zakręt bardzo ostro, zarzuciło ją w bok. Konie zakwiczały z trwogą, panicz Griffith z nie mniejszą trwogą wykrzyknął słowo, o którego znajomość ani Emily, ani jej matka go nie podejrzewała. Tylna oś nie wytrzymała siły odśrodkowej i powóz z impetem wypadł na pobocze, przewracając się na bok. Emily wyleciała z siedzenia jak z procy. „List! Nie może wpaść w niepowołane ręce!”, zdążyła jeszcze pomyśleć w powietrzu, widząc kątem oka szybującą kopertówkę. Upadła na ziemię, usłyszała trzask. I tyle.


6 komentarzy:

  1. Przeczytałam i postaram się wyrazić jakoś konkretniej, bo widać tu duże niedkomcianie.
    Research w opku jest cudowny i co prawda nie mam bladego pojęcia, na ile wszystko pokrywa się z rzeczywistością (a IWŚ to jest temat za duży, żeby sama zabrała się za badanie go głębiej), ale czyta się to bardzo fajnie. Poza tym klimat trochę kojarzy mi się z "Paragrafem 22" czy czymś podobnym - akcja powoli idzie do przodu, ale większość czasu antenowego dostają jakieś przypadkowe wydarzenia towarzyszące bohaterom. Bardzo przyjemnie czyta mi się o życiu codziennym w jednostce, jeszcze bardziej, jeśli pojawiają się jakieś opkoidalne nawiązania (linki do przedmiotów, które kupili Angus i Flynn były tak absurdalne, że ryknęłam śmiechem).
    Z bohaterów chyba najbardziej przypadł mi do gustu Dunmore - jest po prostu niesamowity z tymi jego jazdami typu polowanie z samolotu na zające. Chociaż kiedy Tony "zestrzelił" sterowiec też był imo bardzo Dunmorowaty. Bo w większości akcji Tony porywa mnie najmniej - nie wiem, czy od początku miał być takim głównym bohaterem, co to jest dobry, odważny, ma truloff i jest porządnym żołnierzem, czy po prostu tak wyszło. W każdym razie w moich oczach wypada trochę nijako.
    Natomiast całkowicie kupił mnie język pisania, też taki Hellerowy, i ogólnie czytało mi się bardzo przyjemnie, czekam też na następne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że czyta się fajnie, bo z moich projektów blogoliterackich ten, jak na razie, stawia mi największy opór w trakcie tworzenia :) Akcja faktycznie powoli idzie do przodu, cały czas mam wrażenie, że to dopiero ekspozycja, ale pracuję nad tym, żeby trochę ją podkręcić. Opkoidalne nawiązania były i będą!
      Z Tonym mam pewien problem, który chyba jest zresztą u mnie problemem systemowym: niby główny z niego bohater, a jednak otoczenie wypada ciekawiej (no dobra, Sinclair jest kompletnie nijaki i prawie w ogóle nie ma czasu antenowego). Tony jest, mam wrażenie, za bardzo akuratny. No ale scena ze sterowcem rozgrywa się w 1917 roku, a teraz jestem w 1915, więc mam jeszcze prawie dwa lata, żeby go trochę dewelopnąć. Może by tak dołożyć mu jakąś traumę? Pomyślę...

      Usuń
    2. Cóż, domyślam się, że Brawy Kapitan stawia większy opór, bo taka Natalie to była już czysta parodia. A tutaj to w zasadzie wydawać i stawiać na półkę (tylko na papierze niestety nie działałyby genialne linki zakupów).
      O, akuratność Tonyego jest tu dobrym słowem. Z niego taki poprawny gentleman, porządny żołnierz i odważny człowiek - no, taki aż wizerunek z plakatów zachęcających do zaciągnięcia się do wojska. Ale sądzę, że sposób narracji (i fakt, że nie skupia się ona tylko na jednej osobie) pozwala na taką a nie inną kreację.
      A trałma jak najbardziej pasuje, szczególnie, jeżeli miałby to być Element Opkoidalny.
      Nie wiem, czy kojarzysz książki Naomi Novik (cykl o Temerairze), ale Tony kojarzy mi się z ich głównym bohaterem, Laurencem. To też (co prawda były) oficer marynarki, też jest taki uprzejmy, obowiązkowy, no, akuratny po prostu. I w tym na przykład wypadku ta jego osobowość wydawała mi się po prostu rzeczywista i prawdziwa - tak że chociaż nie został moim ulubionym bohaterem, to jednak nie zniechęcił mnie do przeczytania kolejno siedmiu książek z cyklu. Także uważam, że gdyby Tony jednak się nie zmienił i został jaki jest, to też mógłby być porządnym bohaterem, chociaż raczej bez wianuszka fanek.

      Usuń
    3. @"wydawać i stawiać na półkę" - pięknie dziękuję za komplement :D
      Naomi Novik, niestety, nie znam :( A w kwestii kreacji Tony'ego i jego akuratności - z jednej strony przez to, że jest głównym bohaterem, oglądamy często akcję z jego perspektywy (choć nie z narratorem konkretnym), to i nic dziwnego, że Dunmore i reszta wypadają barwniej. Zastanawiam się nad jego podkręceniem, ale z drugiej strony już wolę, żeby był "przeźroczysty" jak dotąd, niż żeby stał się Marianem Słojem. Akcja podkręcania trólowicy się też powoli zaczyna, może jak nie on, to chociaż ona zyska trochę charakteru.
      Do wianuszka fanek największym pretendentem jest Dunmore, chociaż podobno i Henry Vincent cieszył się pewnym uznaniem; ale i on jest jeszcze do rozwinięcia.

      Usuń
  2. Na Brawego Kapitana natknęłam się jeszcze w tamtym roku i powiem, że na początku nie czułam się przekonana do tego bloga, ale w końcu zdecydowałam się, że jak nie zobaczę, to nie będę naprawdę wiedzieć, więc przeczytałam i powiem krótko: nie żałuję. Niczego nie żałuję, że tak zarzucę klasykiem.
    A teraz dłużej: kocham sposób, w jaki prowadzisz narrację. Masz tę lekkość, której mi tak bardzo brakują, a którą tak bardzo cenię. Twój styl nie jest pozbawiony humorystycznego zabarwienia, kocham Twoje opisy, podziwiam Twoją wiedzę (serio, chylę czoła, chciałabym potrafić rozegrać to wszystko tak jak Ty). Zauważyłam, że kilka osób przede mną zwróciło uwagę na niezbyt zapadające w pamięć postacie - ja jestem zdania, że to można dopracować, a póki co jestem niesamowicie ciekawa, co działo się, zanim Scolding "ustrzelił" sterowiec. :) Emily, choć rzeczywiście jest dość bezbarwna, wzbudziła moją sympatie - ja chcę już wiedzieć, jak ta dziewczyna będzie się rozwijać, jak potoczą się jej dalsze losy (bądź przeklęta za urywanie w takim momencie! :P).
    Nie pozwalasz akcji stać w miejscu - ciągle coś się dzieje! Jak nie topi się Ernie, to padają trupy, Tony zrzuca do wody Niemiecki samolot, a bryczka z Emily wypada z drogi! Serio - nie pozwalasz się nudzić.
    Podsumowując: już dawno nie spotkałam się z tak dobrym (a przede wszystkim dobrze przygotowanym) opowiadaniem w blogosferze i, jeśli mam być całkiem szczera, powoli zaczynałam tracić nadzieję, że takie znajdę.
    PS Nawiązując do twojego komentarza - chcę być w wianuszku fanek Dunmore'a, ale w sumie Vincenta też uwielbiam (NIGDY nie rób mu niczego złego, proszę, za bardzo go uwielbiam :D).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię, która sprawiła mi dużą przyjemność. Staram się nie wypuszczać niedoróbek, jednak ceną tej staranności jest, niestety, niewielka częstotliwość publikacji :) Ale chyba mogę już zapowiedzieć, że następny rozdział ukaże się niedługo, w ciągu paru tygodni.
      Cieszę się, że Emily wzbudza sympatię, bo mam wrażenie, że w wątkach z nią związanych poruszam się trochę po omacku. Ten rozdział był jakąś tam próbą wysondowania potencjału Knightów i spółki... Mam nadzieję, że przyjdzie czas i na pogłębienie jej charakteru :)
      Vincentowi spodziewam się wkrótce dać nieco więcej "czasu antenowego", chociaż niekoniecznie od razu w następnym rozdziale.

      Usuń