Rozdział 66. W cierniach




Emily nie chciała szybko wstawać. Nad ranem przyśnił się jej Tony i miała ochotę pozostać w pościeli, dopełnić snu marzeniami na jawie, wypatrywać rysów twarzy swego kapitana w chropowatej fakturze sufitu. Nie widzieli się od pamiętnego weekendu w Southend. Po wszystkim, co wtedy nastąpiło, czuła się tak nasycona jego obecnością, że prawie nie tęskniła, jeśli tylko regularnie do niej pisał. Dopiero gdy przyszedł do niej we śnie, przypomniała sobie, jak bardzo jej go brakowało.
Tym bardziej, że przez ostatnie dwa tygodnie powróciły koszmary. Znów widywała nocami rozkładające się zwłoki, żywe i tchnące ku niej zimną, wilgotną i stęchłą wrogością. Im bardziej rozpaczliwie próbowała przed nimi uciekać, tym mocniej kulała i tym silniejsze nawiedzały ją myśli: „Tym razem Tony’ego tu nie będzie, żeby cię ocalić”. Budziła się w środku nocy i całymi godzinami nie mogła zasnąć, do tego stopnia wytrącona z równowagi, że bolał ją brzuch, a później nie miała apetytu na śniadanie.
Ale co, jeżeli brzuch ją bolał… z innych powodów? Bezpośrednio związanych z Tonym i tamtym wieczorem? Ta myśl pojawiła się ni stąd, ni zowąd i od razu zaczęła nękać jej myśli, jak nachalny gołąb atakuje spacerowiczów jedzących bułki na świeżym powietrzu. Emily z niepokojem dotknęła brzucha. Nie mogła wtedy zajść w ciążę, nie była na to jeszcze gotowa! W przyszłości, kiedy zostanie już panią kapitanową i wszyscy będą pytać Tony'ego, czy to on jest mężem tej słynnej pisarki, przyjdzie jeszcze na to pora, ale jeszcze nie teraz! Co prawda nie miała żadnych innych objawów, o których czytała w książce, ale skąd pewność, że akurat ona nie była rzadkim przypadkiem medycznym?
Zerwała się szybko z łóżka i omal nie runęła jak długa na ziemię, złapała się biblioteczki. Podeszła do lustra, by uważnie się przyjrzeć swojej sylwetce. Czy się jej zdawało, czy jakby przybrała ostatnio na wadze? Może ma minimalnie większy brzuch, odstający na ćwierć cala? Nawet jeśli, to mogło wynikać z innej przyczyny niż ciąża. Prawie na pewno tak było. Nie, pomyślała Emily, wcale nie widać różnicy, przesadzam. Zresztą po miesiącu i tak nic jeszcze nie byłoby widać.
Jest październik, więc zakładając, że, odpukać, TO się stało tamtej nocy, to dobiegnie końca w maju. W międzyczasie, w grudniu, pobiorą się z Tonym, więc mniejsza o ludzkie gadanie. Tyle że zupełnie nie była gotowa, a już strach pomyśleć, jak zareagowałaby matka. Myśli panny Knight zaczęły coraz bardziej odrywać się od rzeczywistości. W jaki sposób ukryć przyszłą zmianę w wyglądzie? Taka na przykład kuzynka Marion była prawie tak szeroka, jak długa, miała trójkę dzieci i za każdym razem nikt nie widział różnicy pomiędzy ciążą a jej normalnym stanem. Sylwetka Emily to jednak diametralnie co innego…
Powinna się jakoś upewnić, a nie tylko polegać na własnej wiedzy, fragmentarycznej i skażonej obawami. Doktor Cresnall nie wchodził w grę. Lekarz był niby zobowiązany do zachowania tajemnicy, ale on, jako, bądź co bądź, przyjaciel rodziny, nie wiadomo, czy się nie wygada matce. Może poszukać innego doktora? Albo pielęgniarki czy położnej, one wydają się bardziej skłonne do trzymania ust na kłódkę. Zresztą kto wie, może wiejskie akuszerki mają sposoby na rozpoznanie ciąży, zanim jeszcze stanie widoczna, nawet w pierwszym miesiącu. A gdyby tak umówić spotkanie przez umyślnego i przyjść na badanie w masce? Bez sensu, wszyscy przecież wiedzą, która panna w okolicy jest kulawa. Nie, bądźmy poważni, czegoś takiego nie umieściłaby nawet w swojej powieści, gdyby pisała romans.
Nie jesteś w żadnej ciąży, nie panikuj – powiedziała do swojego odbicia.
Założyła prostą ciemnobrązową suknię i zeszła na śniadanie. Kiedy z wysiłkiem schodziła po schodach, zaczęły ją dobiegać głosy, które nie od razu rozpoznała. W salonie siedziały przy śniadaniu żona pastora i pani Rees, które przybyły z okolicy w odwiedziny do pani Knight.
Mama jest w domu? – upewniła się Emily.
Musiała pójść do parku, skarbie – odparła pastorowa. – Jakaś pilna sprawa.
Emily zasiadła przy stole, wieszając laskę, jak zwykle, na oparciu. Szybko pojawiła się Iris i podała jej śniadanie.
Rymy są dzisiaj niemodne, Charlotte – mówiła tymczasem pastorowa. – Sztuki się teraz pisze prozą.
To spróbuj zapamiętać tyle tekstu bez rytmu i rymów!
A od czego jest sufler?
Kto miałby nim być? Ty czy ja, Edith? Nie żartuj!
Dostrzegły, że córka pani Knight przygląda im się z zaciekawieniem.
Piszemy sztukę dla parafialnego kółka teatralnego – wyjaśniła pani Rees. – Do wystawienia po świętach.
Chcemy napisać – uściśliła żona proboszcza. – Ale nie bardzo nam idzie, bo nie możemy uzgodnić, czy kwestie mają być prozą, czy wierszem. Słyszałam, skarbie, że znasz się trochę na literaturze. Jak ci się wydaje, co będzie lepsze?
Biały wiersz? – zasugerowała Emily. – Jak w tragediach Szekspira?
Biały? – pani Rees zmarszczyła czoło. – To chyba jeszcze bardziej niemodne.
Ale ma zalety – przyznała panna Knight. – Wersyfikacja i rytm mimo wszystko ułatwiają zapamiętanie tekstu, a przy odpowiednim sposobie recytacji będzie nie do odróżnienia od prozy.
O widzisz, Charlotte, Emilka rzeczywiście się zna! – ucieszyła się pastorowa. – Szczęśliwy będzie kapitan, mając tak inteligentną żonę!
O czym właściwie ma opowiadać ta sztuka? – Emily rozpaczliwie zmieniła temat.
Taki tam drobiazg, o żołnierzu wracającym z wojny do rodzinnego miasta – powiedziała pani Rees.
Aha. Czyli coś jak „Tytus Andronikus”?
No, coś w tym rodzaju.
W takim razie może lepiej wystawić tego „Andronikusa”? – zaproponowała pastorowa. – Oszczędzimy sobie roboty z pisaniem, klasyka jest przecież ponadczasowa. Może tylko trzeba będzie trochę przerobić.
Trochę – zgodziła się Emily.
A ja uważam, że lepiej napisać coś swojego – upierała się pani Rees.
Panna Knight zdążyła zjeść całe śniadanie łącznie z konfiturą, wypić herbatę, a matki wciąż nie było widać. Zaniepokojona przeprosiła pastorową i panią Rees, wstała od stołu i wyszła. W sieni wydawało jej się, że słyszy odgłos samochodu. Gdy stanęła na werandzie, auto było już przed bramą, którą otwierał szofer.
Evans! – zawołała Emily. – Gdzie jest mama?
Pani poszła do parku, proszę panienki – odparł kierowca. – Williams się połamał, więc muszę jechać po doktora.
Jak to się połamał? – Panna Knight poczuła, że ściska ją przerażenie, a zdrowa noga, na której wspiera się cały ciężar ciała, zaczyna drżeć.
Normalnie, panienko. Wlazł na drzewo, żeby ściągnąć grabie, a jak już był na górze, to przyleciała sowa i go dziabnęła w twarz. No i Williams spadł z drzewa, coś sobie złamał i wszystko go strasznie boli, jak się rusza, a do tego twarz ma podrapaną.
Boże, biedny człowiek!
Pani kazała mi jechać po doktora, więc…
Koniecznie po Cresnalla, Evans. Proszę nawet nie próbować z weterynarzem, bo pan Williams zostanie po tym taką samą kaleką jak ja.
Za pozwoleniem, pani to samo mówiła. – Evans ukłonił się i wsiadł do auta.
Patrzyła, jak odjeżdża. Dopiero gdy warkot silnika oddalił się po drodze wśród wciąż zielonych, lecz stopniowo szarzejących wzgórz, usłyszała ze starego parku podniesione głosy stłumione przez drzewa. Ogrodnik się połamał. Co to znaczy? Czyżby miał… nie przeżyć? Gdyby to było coś mało poważnego, nie byłoby powodu krzyczeć… Zimny pot wystąpił jej na czoło, ścisnęła rękojeść laski tak mocno, że kostki dłoni jej pobielały.
Nie, nie wolno wpadać w panikę, pomyślała, ze mną było gorzej, a przeżyłam. Stała i patrzyła to na otwartą bramę, to na park, aż w pewnej chwili przyszło jej do głowy pytanie, którego zapomniała zadać Evansowi.
Skąd się wzięły grabie na drzewie?
Przez tę dramatyczną nowinę czuła się tak wewnętrznie roztrzepotana, że nie chciała wracać do stołu, dopóki się nie uspokoi. Musiała iść na spacer, „rozchodzić” nerwy. Normalnie udałaby się do starego parku, ale skoro właśnie tam wydarzyło się nieszczęście, pozostawała jeszcze „kraina cierni” kawałek gruntu po północnej stronie dworu, gdzie rosła tarnina, głóg i dzika róża.
Biorąc się w garść, Emily okrążyła dom i zanim pierwsze sylwetki ludzkie wychynęły spomiędzy drzew, była już za rogiem. Wkrótce jej oczom ukazały się rzędy krzewów. Dobrze, że pan Williams zdążył jeszcze zebrać owoce dzikiej róży. Mimo wszystko bez ogrodnika trudniej będzie utrzymać posiadłość w porządku. Co prawda roboty na ogół zimą bywa mniej, ale tym razem idzie ślub… Odbędzie się oczywiście w Aberlogwyn, angielska część rodziny będzie się musiała pofatygować do Walii.
Weszła pomiędzy rzędy ciernistych krzaków, powoli spacerowała. Tony wielokrotnie mówił i pisał, jak bardzo uwielbia jej rodzinny majątek. Trudno się było dziwić. Pokój gościnny, gdzie zatrzymał się podczas jej urodzin, Emily traktowała jako swego rodzaju sanktuarium. Przychodziła tam, siadała na łóżku i wspominała najbardziej czułe chwile ich znajomości, a kiedy w pomieszczeniu tym miał czasowo nocować inny gość, odczuwała nie do końca zdefiniowaną przykrość. Wyobrażała sobie, że po ślubie całe to skrzydło domu będzie należało do niej i Tony'ego. Czasem jednak przychodziło jej do głowy inne wyjście – dom w Londynie, gdzie nie pozostawaliby pod tak silną kuratelą matki. Cóż, najpierw trzeba za niego wyjść, a potem się zobaczy.
Jej wzrok padł na szary kształt kilkadziesiąt jardów z przodu, pod krzewem tarniny. Początkowo myślała, że to jakaś płachta, stary worek porzucony przez ogrodnika czy coś w tym rodzaju. Potem rozpoznała męską koszulę ze zgiętym rękawem. Ktoś tam leżał! Poczuła, że brakuje jej tchu, serce zaczęło szybciej bić.
Zbliżyła się i ku własnej trwodze nabrała pewności. To jakiś mężczyzna. Żywy? Stanął jej przed oczami straszny dzień z czasów dzieciństwa, kiedy znalazła w lesie zwłoki samobójcy. Nadleciały z całą wyrazistością koszmary, które od niedawna znów zaczęły ją nawiedzać. Jelita ścisnęły ię jej w bolesny węzeł, żołądek zaczął podchodzić do gardła. Emily czuła, jak trzęsą jej się ręce, nogi i w ogóle wszystko.
To na pewno nie trup, to niemożliwe. Skąd by się tu miał wziąć? Może ten ktoś potrzebuje pomocy? A jednak się nie rusza.
Hopper! Iris! – próbowała krzyknąć, ale ze zdenerwowania jej głos nie wybrzmiał tak donośnie, jak by chciała.
Poczuła, że traci równowagę, ale wsparła się na lasce i powoli podeszła bliżej, z trudem, jakby nogi miały jej się zapaść w grunt. Spokojnie, dziewczyno, mówiła sobie w myślach. Jeśli to faktycznie nieboszczyk, nie jest w stanie kogokolwiek skrzywdzić, nieważne, co by mówiła ciotka Flora. Może to ten łobuz Ernie zrobił jej niewybredny kawał? W końcu często tu kiedyś grasował. Ale, po pierwsze, on by czegoś takiego nie zrobił, nie jej. A po drugie, pojechał dziś z ojcem na stację, odstawić konie, które wuj Robert sprzedał wojsku.
Wyraźnie już widziała leżącą sylwetkę. Był to mężczyzna. Leżał na brzuchu, ubrany w poszarzałą z brudu koszulę i burobrązową kamizelkę. Dolna część ciała pozostawała skryta pod krzakiem, a głowę osłaniał ramieniem. Ale czy oddychał? Emily nie potrafiła powiedzieć. Im bardziej próbowała się uspokoić, by dostrzec miarowe ruchy jego klatki piersiowej, tym bardziej się trzęsła i nie mogła rozróżnić, czy rzeczywiście je widzi, czy tylko jest rozedrgana. W końcu zdobyła się na odwagę i stuknęła go w przedramię końcem laski.
Domniemany trup poruszył się, a to już było dla Emily za dużo. Zemdlała.

Ej! Panienko! Wszystko w porządku?
Odzyskując czucie, Emily ujrzała nad sobą przerażające oblicze o zajęczo rozbieganych oczach. Na chwilę straciła dech, ale zaraz się zorientowała, że to nie trup, a żywy człowiek, choć zarośnięty i brudny.
Proszę nie robić mi krzywdy – powiedziała i nawet się jej to udało bez drżenia w głosie.
A masz, ty lorbasie! – rozległ się ryk.
Hopper jak tygrys pojawił się znikąd, a jego kopniak wyrzucił nieznajomego z pola widzenia panny Knight. Podniosła się, by zobaczyć, jak obdartus upada w ciernisty krzak, a krewki kamerdyner okłada go kopniakami.
Co chciałeś zrobić panience, flaku błotny? – wykrzykiwał Hopper. – Jak tyś tu w ogóle wlazł?
Hopper, proszę go już nie kopać – odezwała się Emily.
Służący spojrzał na nią z pewną dezorientacją, podobnie włóczęga. Pojawiła się Iris i pomogła panience wstać. Emily była całkiem rozdygotana, czuła straszny gorąc i chyba podrapała sobie dłoń.
Przed panią się będziesz tłumaczył! – warknął Hopper, brutalnie podciągając zaniedbanego mężczyznę za kołnierz.
Poszli na podwórze przed domem: przodem kamerdyner popychał przed sobą włóczęgę, za nimi Emily wspierała się na ramieniu pokojówki. Przez większość czasu bezsilnie patrzyła w ziemię. Co za niedorzeczny poranek, nie mogła wręcz złapać oddechu!
Przed domem tymczasem parobcy na prowizorycznych noszach wynieśli ogrodnika na otwartą przestrzeń i położyli na skraju różanych rabatek. Pozostało czekać, aż wróci Evans z doktorem. Mildred Knight uwijała się wokoło. Odgrażała się parobkowi Luke'owi, że mu potrąci z poborów. Na widok obdartego mężczyzny zatrzymała się i wbiła weń zaszokowany wzrok.
Iris zaprowadziła panienkę na werandę i pomogła usiąść.
Wiadomo, co się stało ogrodnikowi? – wykrztusiła Emily.
Podobno obojczyk, panienko – odparła Iris. – No i twarz podziobana, ale to już dla Williamsa nie pierwszyzna.
Panna Knight westchnęła. Albo puszczyk zamieszkujący stary park jakoś nie umiał tolerować ogrodnika, albo to ten ostatni nigdy nie mógł zapamiętać, gdzie sowa się gnieździ.
Dlaczego trzeba było ściągać grabie z drzewa?
A bo pan Williams oparł je o wygiętą gałąź. Luke ją trącił, gałąź się odgięła i grabie poleciały!
Pobiegła po coś do picia. Tymczasem przez bramę wbiegła, lamentując, Mary, żona ogrodnika. Parobek Sian zaczął tłumaczyć, co się stało jej mężowi. Słysząc zamieszanie, z domu wyszły pastorowa i pani Rees. Przystanęły na moment, po czym zdecydowały się dosiąść do Emily.
Matka tymczasem odzyskała już nieco orientację. Weszła na werandę, stała chwilę na schodach, jakby wypatrując w oddali Evansa. Potem zajęła wolne krzesło i spojrzała na włóczęgę.
Hopper bezceremonialnie popchnął ku niej nieznajomego. Mężczyzna upadł na schody, pozbierał się, przysiadł. Wyglądał niesamowicie potulnie, patrząc na nią z dołu jak zbity pies.
Co to za łapserdak? – spytała wreszcie. – Na litość boską, Hopper, czuć go chyba w samym Abertillery!
Dać mu kawałek mydła i zaprowadzić nad staw – powiedziała Emily. Mildred spojrzała na córkę, jakby ta postradała rozum.
Chciał zrobić panience krzywdę! – warknął oburzony służący.
Nieprawda! – zaprotestował włóczęga. – Miałem sobie już iść, ale zobaczyłem, że zemdlała, więc chciałem sprawdzić, czy nic się jej nie stało!
Co pan robi w moim gospodarstwie?! – zapytała srogo pani Knight.
Nie wiedziałem, że to czyjeś gospodarstwo – bronił się obdartus. – Chciało mi się spać, to znalazłem krzaka i się położyłem.
Nie wiedziałeś? – rzucił nieprzyjaźnie Hopper. – Nie zauważyłeś, że przelazłeś przez płot?
Możliwe – nieznajomy wzruszył ramionami. – Byłem tak senny, że już ledwo kojarzyłem.
Wtargnął pan na cudzą posesję – uniosła się Mildred – i nastraszył moją córkę, że mało nie dostała lewitacji! Powinnam wezwać policję!
Spojrzał na nią z przerażeniem.
Najmocniej przepraszam – wyrzucił z siebie. – Trzy dni nic nie jadłem i padłem z wyczerpania akurat tutaj. Jak pani uważa, że muszę zostać ukarany, to niech ten Hopper mi jeszcze raz przywali.
Bezczelny! – syknęła pani Rees.
Chyba nietutejszy? – zapytała pastorowa, zwróciwszy uwagę na jego akcent.
Nazywam się Glenn Cronin – przedstawił się włóczęga. – Jestem z Glasgowa.
No to daleko pan zawędrował!
Wzruszył ramionami.
Jechałem do domu, kiedy Hun posłał nam torpedę i statek poszedł na dno. A niszczyciel, co nas wyłowił, akurat szedł do Cardiff. Wszystko przepadło: ani dokumentów, ani pieniędzy. No to muszę, za przeproszeniem, dyrdać do Glasgowa na piechotę.
Żołnierz? – uściśliła pastorowa. – Z frontu pan wracał?
Cronin kiwnął głową.
Byłem ranny nad Sommą. Mógłbym pokazać bliznę, ale to nie przy paniach.
Te, a w której dywizji byłeś? – dociekał kamerdyner. – Jaki pułk?
Pięćdziesiąta piechoty, kompania polowa wojsk inżynieryjnych.
Saper – mruknął Hopper z pewnym lekceważeniem.
Ale z tym już koniec, tak oberwałem, że jestem niezdatny do służby.
Cóż – odezwała się pani Rees – mnóstwo ludzi w naszym kraju chętnie pomaga inwalidom wojennym. Dlaczego pan nie pójdzie poprosić o pomoc jakiejś organizacji dobroczynnej?
Przecież idę. Trzeci dzień, proszę szanownej pani, padam już z głodu.
Dajmy mu jeść – zaproponowała Emily.
W poszukiwaniu wsparcia spojrzała na pastorową.
No tak – powiedziała żona proboszcza. – To jest, bądź co bądź, uczynek miłosierny wobec ciała i zresztą poniekąd ducha. Głodnych nakarmić…
A my musimy mieć w sobie miłosierdzie, zwłaszcza w obecnych czasach wojny – zapaliła się panna Knight. – Po prostu nie może być tak, żeby były żołnierz Jego Królewskiej Mości tuła się po polach i objadał owoce z krzaków. Człowiek za nas krew przelewał, a myśmy go jeszcze skopali.
Myśmy? – zdziwiła się pani Knight. – Przecież nie ja osobiście, a już na pewno nie ty, wręcz było odwrotnie. Jeżeli mielibyśmy się litować nad każdym łazęgą…
Nawet jeśli chciał mi zrobić krzywdę – przerwała jej córka – to nie zrobił, a Hopper już go ukarał na zapas.
Chyba trochę dzisiaj, dziecko, spadłaś z formy. Przecież ten… jegomość jest kompletnie niezadbany!
Jak niezadbany, to niech się umyje. Kawałek mydła się dla niego znajdzie.
Pasowałoby mu też dać czyste ubranie – zaproponowała pani Rees – albo przynajmniej pożyczyć, aż sobie wypierze własne.
Mildred Knight rzuciła jej zabójcze spojrzenie.
Myślisz, Charlotte, że jesteśmy Armią Zbawienia? – zapytała surowo. – Aberlogwyn to nie noclegownia!
Pomoc jednemu zbłąkanemu wędrowcowi to nie noclegownia – stwierdziła pastorowa, widocznie urażona.
Pani na Aberlogwyn poczerwieniała nieco.
Przepraszam, Edith, jeśli to zabrzmiało ordynarnie i przez to ci się wydaje, że pogardzam ideą dobroczynności – zwróciła się do żony proboszcza. – Ale już i tak wszystkiego nam brakuje przez te zatracone U-booty!
Właśnie! – odcięła się podekscytowana Emily. – Ten nieszczęśnik cierpi z tego samego powodu co my! Co z Brytyjczyków za społeczeństwo, skoro doprowadziliśmy do czegoś takiego?
Znowu przesiąkłaś socjalizmem?
Emily wstała w porywie oratorskiej pasji, ale zerwała się za szybko. Zakręciło jej się w głowie i gwałtownie opadła z powrotem na krzesło, które groźnie zatrzeszczało. Iris podbiegła ratować panienkę, choć nie było takiej potrzeby.
Jestem przez ciebie u kresu załamania nerwowego – westchnęła matka, po czym odwróciła się do Hoppera. – Dać temu człowiekowi mydło i jakąś miednicę. I zaprowadzić go gdzieś, żeby się umył. Potem dać mleka i chleba z masłem.
Tylko żeby w tej miednicy była woda – przypomniała Emily słabym głosem.
Bardzo przepraszam – odezwał się Cronin z pewnym zakłopotaniem – ale jeśli jestem dla szanownych pań zbytnim ciężarem, to mogę wszystko odpracować.
Odpracować – powtórzyła pani Knight. – Miałabym wziąć do gospodarstwa kogoś, o kim nic nie wiem?
Może i jestem lorbas, ale umiem dobrze pracować, jak mi powiedzą, co robić.
Wyciągnął dłoń. Mildred spojrzała na niego z obrzydzeniem, potem na Hoppera, który wyjął z dłoni Cronina przedmiot i wręczył pracodawczyni. Emily nachyliła się, żeby też widzieć. Był to brązowy medal z podobizną Jego Królewskiej Mości, zawieszony na wypłowiałej i przybrudzonej różowej wstążce z dwiema czarnymi pręgami.
Co to takiego? – zapytała matka.
Tyle mi zostało z całej służby Jego Królewskiej Mości – odparł Cronin.
Hopper, weteran wojny burskiej, wzruszył ramionami. Żadna z obecnych pań też nie umiała rozpoznać odznaczenia.
Może morskie – przypuściła pastorowa i spojrzała na Emily. – Jak myślisz, skarbie, kapitan Scolding na pewno by wiedział?
Glenn Cronin rzucił ku niej okiem, potem ku pannie Knight, po czym błyskawicznie znów spuścił wzrok ku ziemi.
SGM – mruknął tajemniczo. – Jak się topiliśmy, to pomogłem takiemu jednemu. Dali mi blaszkę, a mogliby lepiej na bilet do domu.

Hopper sprawiał wrażenie, jakby miał wielką ochotę znowu porachować Croninowi kości, więc pani Knight wezwała parobka Siana i kazała mu zaopatrzyć włóczęgę. Tymczasem u bramy wreszcie pojawił się automobil. Doktor Cresnall nie czekał, aż Evans do końca otworzy wrota i wjedzie na podwórze, lecz wysiadł i od razu puścił się biegiem ku poszkodowanemu ogrodnikowi. Matka szybko poszła w tamtą stronę, zaś Emily wstała i z pewnym wysiłkiem wróciła do domu.
Miała ochotę wyrzucić z siebie wszystko, napisać list do Tony'ego albo przynajmniej opisać całą tę historię na pierwszym wolnym arkuszu papieru. Była jednak zbyt wycieńczona, żeby wejść na górę. Usiadła w salonie na otomanie i odchyliła się na oparcie.
Była przekonana, że postąpiła słusznie. Miała obowiązek pomóc inwalidzie w trudnej sytuacji życiowej – w ten sposób wniosła własny, skromny wkład w wysiłek wojenny, zamiast tylko siedzieć i marnować papier. To odrobinę tak, jakby walczyła ramię w ramię ze Scoldingiem. W myślach opowiadała przebieg tego poranka swojemu kapitanowi, zastanawiając się nad doborem wystarczająco obrazowych słów i sformułowań. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że w trakcie tej opowieści Tony bierze ją delikatnie za nadgarstek, podnosi jej dłoń do ust i na końcu każdego palca składa czuły, lecz mocny pocałunek…
Emily? Dobrze się czujesz?
Panna Knight wyprostowała się gwałtownie, widząc przed sobą zdezorientowaną matkę.
Całkiem dobrze, proszę mamy. Lepiej, niż by można pomyśleć po dzisiejszych wydarzeniach. Co z ogrodnikiem?
Dobrze mówiłam, że obojczyk. Będzie musiał leżeć zagipsowany, a Mary będzie wokół niego latać całą dobę.
Emily westchnęła, przypominając sobie czas, gdy sama znajdowała się w takiej sytuacji, tyle tylko, że wokół niej krzątała się Iris.
Przynajmniej dobrze, że od razu znalazł się nowy pracownik.
Ten cały Cronin nie jest ogrodnikiem – matka pozostawała sceptyczna. – Sam powiedział, że jaką pracę mu dadzą, to będzie robić. Czyli niewykwalifikowany.
Jakąś część roboty jednak zdoła wykonać.
Mildred Knight spojrzała poważnie na córkę.
Strasznie się dziś rządzisz od rana – powiedziała.
Ślub za dwa miesiące, proszę mamy, przyzwyczajam się do roli pani domu.
Ja jeszcze żyję! – zirytowała się matka. – A ty już chcesz za naszego Williamsa przyjąć do roboty nie wiadomo kogo, kto wie, czy nie pijaka.
Nie było od niego czuć alkoholu.
Było czuć tyle rzeczy, że może i alkohol gdzieś tam się zaplątał!
Ale mówił składnie.
E, wydaje mi się, że trochę jakby bełkotał.
To taki akcent, proszę mamy. To Szkot, który służył w northumberlandzkiej dywizji. Jest zdemobilizowany i niezdolny do służby, więc nie ma obawy, że armia go nam zabierze.
Do salonu weszła pastorowa z panią Rees, obie mimo wszystko w skowronkach.
Już będziemy się zbierać, Mildred! – zawołała pierwsza z nich. – Dziękujemy za śniadanie!
I nie zapomnijcie wpaść do mnie w przyszłą sobotę! – dodała pani Rees.
Emilko, skarbie – powiedziała z egzaltacja pastorowa – twoja patriotyczna i chrześcijańska postawa zrobiła na nas ogromne wrażenie!
Dziękuję, ja tylko…
No proszę, Charlotte – żona proboszcza nie pozwoliła jej dokończyć, zwracając się do przyjaciółki. – Próbujemy wystawić sztukę o żołnierzu wracającym z wojny i co? Jak raz trafia nam się akurat nieszczęśnik, który przeżył Sommę i wojnę na morzu! To znak!
Skoro ten Cronin ma zostać u was w Aberlogwyn przez parę dni – zaproponowała pani Rees z roziskrzonym wzrokiem – wypytaj go trochę, jak było na froncie! Wiesz, będziemy wystawiać tego „Tytusa”, ale własną sztukę i tak mam zamiar napisać! A relacja naocznego świadka jest po prostu bezcenna!
Tylko ja cię bardzo proszę, Charlotte – rzekła pastorowa – niech to będzie bez rymów!

6 komentarzy:

  1. Dzięki za komentarz i link. Rozdział, jak sądzę, wyszedł mi dużo lepszy od poprzedniego. Cóż, kiedy za jakiś czas trzeba będzie napisać następny...
    Do Sabatona mam stosunek dość umiarkowany, ale ten kawałek wydaje mi się jednym z lepszych tego zespołu, które zdarzyło mi się słyszeć. Inna sprawa, że do pisania opka próbuję się raczej inspirować muzyką tematycznie niepowiązaną.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozmaicie to bywa. Przy planowaniu scen obyczajowo-romansowych szukam natchnienia w bardziej nastrojowych klimatach, typu wczesny Queen (z okresu przedwąsatego) czy Kate Bush też raczej wczesna. Za to przy batalistyce sięgam po wyroby metalowe. W tej chwili trudno mi przywołać konkretne nazwy i tytuły, ale np. parę utworów Acceptu się nadaje (choć np. "Neon Nights" bardziej mi pasuje do nalotu bombowego niż walk myśliwskich). Jak był rozdział z powstaniem wielkanocnym, to pomagała mi płyta Gary Moore'a "Wild Frontier". Ale to wszystko psu na buty, bo i tak nie potrafię zawczasu rozplanować sceny bitewnej (ani nawet zwykłej bijatyki), tylko za każdym razem piszę ją z marszu, lepiej mi przez to wychodzi chaos pola walki.
    W kwestii odznaczenia błąd, pręgi na wstążeczce powinny być białe, nie czarne :D SGM - Sea Gallantry Medal, za ratowanie tonących.
    Wuj Robert może jeszcze wystąpić, o ile pijany nie prześpi okazji, ale z działa raczej nie skorzysta, bo po ostatnim razie wujek Eugene pozbawił je cech bojowych.
    Wincyj będzie, ale trudno powiedzieć kiedy, bo czeka mnie teraz skok przez Kanał z powrotem do naszych lotników, a w tym wątku trochę zastój.

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja tylko zostawię radosny kwik na nowy rozdział i komunikat, że jak coś to kibicuję naszym lotnikom - nie odczuwam w tym wątku żadnej blokady z perspektywy czytelnika, więc ten zastój pewnie tylko w szanownej autorskiej głowie. Oby przeszedł!
    Wracam do pisania artykułu z dedlajnem na wczoraj, opko zdecydowanie umiliło prokrastynację, podziękowania serdeczne składam
    - Miętówka

    OdpowiedzUsuń
  4. No i co najlepszego uczyniliście, mam już 3 zdania nowego rozdziału, które na razie nijak nie pasują do dotychczasowej akcji :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziamdziaramdzia, co tu się odwaliło, jak mnie nie było?
    Sama nie wiem, czy mam nadzieję, że to coś więcej niż tylko pregnancy scare, którego nikomu nie życzę, bo to nic fajnego, ale tego, Emilcia zamiast macać się po brzuchu, zastanawiać czemu boli i myśleć, czy przytyła, a potem liczyć, kiedy będzie rodzić, jeśli rzeczywiście zaciążyła, powinna pomyśleć, kiedy miała ostatni okres i ile jej się spóźnia. Chyba że pomyślała, a ja, jadąca na deprywacji snu, nie zauważyłam, to soraski.
    I o co chodzi z tym gościem z krzaków, co on, kto to, skąd on, po co, a na co, a dlaczego, a co się dzieje.
    NIC NIE OGARNIAM I CHYBA TO WIDAĆ, ALE SIĘ STARAM.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby od początku o tym pomyślała, to nie byłoby angstu. Czasem, jak się człowiek zestresuje, to zapomina o najbardziej oczywistym rozwiązaniu. A potem sobie o nim przypomni i się zastanawia, czy nie jest aby wyjątkowym przypadkiem medycznym, jednym na milion czy coś. Przy generalnej przeróbce trzeba to bydzie uwypuklić.

      Usuń