Rozdział 27. Dwaj konkurenci




       Szofer Evans nie lubił grudnia. W ostatnich dniach lało jak z cebra i po każdej jeździe automobil kwalifikował się do gruntownego mycia. Pewną pociechę stanowił fakt, że pani zwykle nie opuszczała domu aż do świąt, kiedy to trzeba było zabrać ją w gości. Tym razem jednak już na początku miesiąca przyszło mu jechać przez ulewę do Caerphilly, żeby odebrać pannę ze stacji.
       Emily siedziała na tylnej kanapie, wsłuchana w szum deszczu, stłumiony warkot silnika i kwaśne milczenie szofera. Zza szyb, z zewnątrz zalewanych, a od wewnątrz zamglonych, nie było widać nic poza niewyraźnymi plamami płowiejącej zieleni i brązu wzgórz. Czuła się jak w akwarium, a raczej antyakwarium, skoro woda była na zewnątrz.
Cieszyła się, że wraca do domu. Już w zeszłym tygodniu miała jechać do Aberlogwyn, ale prace remontowe we dworze przeciągnęły się ponad miarę, co zresztą nie było niczym niezwykłym, wszak remonty zawsze się przedłużają. Miała nadzieję, że nie zastanie swego pokoju odmienionego nie do poznania. Matka nie należała wprawdzie do zwolenniczek rewolucyjnych zmian, ale mogła wpaść na pomysł jakiegoś rozwiązania, które w założeniu miało ułatwić córce życie, a w praktyce zmusi ją do uciążliwej zmiany nawyków.
           Za oknem przesuwał się rozmyty krajobraz, w którym Emily mimo wszystko rozpoznawała znajome kształty i barwy. O, tamta ciemna, wysoka plama to stara jabłoń na rozstajach, za chwilę pojawi się dom dzierżawcy Jonesa, zwanego Jonesem Zielonym dla odróżnienia od trzech innych dzierżawców o tym samym nazwisku (choć łatwiej byłoby ich rozróżniać po imieniu, zwłaszcza tego, który miał na imię Enceladus), a dalej już grunta pod bezpośrednim zarządem Aberlogwyn.
           Miała serdecznie dość Swansea. Nie tyle nawet samego miasta, co spirytystycznych porywów ciotki Flory. W niektórych dniach czuła się wprost namacalnie osaczona obecnością sił nadprzyrodzonych, o których ciotka bez ustanku opowiadała. Jedynym, co utrzymywało Emily przy zdrowych zmysłach, było wspomnienie spotkania z Tonym.
         O ile wcześniej to, co czuła do kapitana Scoldinga, określała jako niekłamaną sympatię, pod której powierzchnią czyhało coś poważniejszego, o tyle po rozmowie na plaży całkowicie straciła dla niego głowę. Kiedy się rozstawali, wryła jej się w pamięć jego szlachetna, przepełniona czułością i jakimś niezwykłym smutkiem twarz. Z późniejszej części dnia Emily nie pamiętała już nic. O tym, że po powrocie do ciotki Flory potknęła się na schodach i niemal z nich runęła, dowiedziała się ze zdziwieniem dopiero nazajutrz.
        Później, gdy tylko pogoda dopisywała – a listopad tego roku był nadspodziewanie ciepły i suchy – panna Knight wybierała się na plażę i długo wpatrywała się w horyzont, tuląc wewnętrznie do siebie wspomnienia wspólnej czułości. Czasem też kazała szoferowi jechać w okolice portu, w irracjonalnej nadziei, że okręt Tony’ego będzie zmuszony zawinąć do Swansea.
W domu za to dostawała nagłych ataków literatury. Zamykała się w pokoju gościnnym, otwierała zaufany brulion i pisała, co jej tylko ślina na język przyniosła, wierszem i prozą (choć tylko ta druga następnego dnia nadawała się do czytania). Którejś nocy, obudziwszy się o wpół do drugiej, spostrzegła ku swemu ogromnemu zdumieniu, że ciągle siedzi przy sekretarzyku z ołówkiem w dłoni, a na kartce, na której dopiero co spoczywał jej policzek, widnieje jedno zdanie: „Profesor Seap nie znosił cielęciny”.
         Przeniósłszy się do łóżka, tak długo zastanawiała się, kto zacz właściwie ten cały Seap i czy ktoś go zmuszał do jedzenia cielęciny, że następnego ranka doszła do wniosku, że ma pomysł na książkę. To był niezły pomysł, z każdą chwilą wydawał się coraz lepszy…
        Samochód wtoczył się na podjazd przed dworem w Aberlogwyn i podjechał pod same stopnie ganku. Evans wysiadł, skrzywił się, gdy na jego twarz zaczęły spadać krople deszczu. Otworzył drzwi od strony pasażera i pomógł panience wysiąść, rozkładając parasol nad jej głową. Kiedy Emily znalazła się pod dachem werandy, kierowca, wydając niezadowolone prychnięcia słyszalne tylko dla niego samego, rzucił się wypakowywać kufry.
        Pani Mildred Knight przywitała córkę wystarczająco ciepło jak na tak ponury, deszczowy dzień. Od razu zaprowadziła ją do salonu i kazała podać herbatę z konfiturami.
- Jak minęła podróż? – upewniła się. – Chyba nie za bardzo się wymęczyłaś?
- Za przeproszeniem, podróż okazała się mniej męcząca niż sam pobyt – odparła Emily, zupełnie pomijając ten jeden aspekt, który był dla niej ulgą.
- Ciotka jest trochę ekscentryczna, powinnaś być dla niej wyrozumiała – pani Knight usiadła naprzeciwko, zamieszała herbatę. – Mieszka sama, to i ma trochę kiełbie pod sufitem.
- Ja to rozumiem, proszę mamy, ale przy mojej wrażliwości ciężko było znieść te ciągłe opowieści o rozmowach z nieżyjącymi ludźmi.
- Cóż, dziecko, w pewnym wieku dożywa się takiej chwili, że większość starych znajomych już nie żyje.
- Ale ciocia Flora mówiła o ludziach, których poznała już po tym, jak umarli.
         Matka zamilkła na moment, próbując znaleźć jakąś rozsądną odpowiedź na tę wieść.
- No cóż, jakieś jedno przecież dziwactwo człowiek może mieć – stwierdziła. – Wypij, rozgrzej się, dziecko, a potem zobacz, jak wygląda twój pokój.
        Okazało się, że remont objął nie tylko piętro, ale i schody. Emily szczyciła się, że w porównaniu z tym, co było krótko po wypadku, już wspina się sprawnie jak koziorożec, ale mimo to musiała na półpiętrze robić przerwy, żeby odpocząć. Teraz jednak robotnicy założyli nowe stopnie, szersze i nieco niższe, i postawili całkiem nową poręcz z ciemnego dębu. Musiała przyznać, że było to istotne ułatwienie.
    Na piętrze wymieniono co słabsze deski w podłogach, pokryto ściany nowymi tapetami i przeprowadzono ogólne przemeblowanie. Emily spostrzegła z ulgą, że jej pokój nie zmienił się jakoś drastycznie, a nawet stał się jaśniejszy. Na zimę łóżko przystawiono do ściany, za którą przebiegał komin – pokój bowiem mieścił się nad kuchnią. Kilka mebli wymieniono… ale panna Knight najbardziej ucieszyła się z nowej biblioteczki, trzy razy szerszej niż dotychczasowa. Do jej własnego księgozbioru dołożono część książek z biblioteki na parterze. Niektóre już czytała i miała ochotę sobie przypomnieć, z innymi dopiero zamierzała się zapoznać. Na nowy regał zesłano wprawdzie i książki, do których ani matka, ani córka nie spodziewały się zbyt często zaglądać, jak stare regulaminy armii indyjskiej, ale i tak lektury pozostawało sporo. Była literatura piękna, były poradniki, były relacje z podróży i parę oprawionych roczników czasopism. Była nawet praca naukowa z dziedziny chirurgii, którą podarował ojcu na pamiątkę jego lekarz batalionowy.
Od czego zacząć? – zaczęła się zastanawiać Emily, i wtedy zdała sobie sprawę, że najlepiej będzie od listów. Na szafce nocnej leżało ich kilka: cała korespondencja, która przyszła do Aberlogwyn pod jej nieobecność. Serce w niej zamarło, gdy przypomniała sobie, że musi wśród nich być list nadany przez Tony’ego w Swansea. Rzuciła się ku szafce, aż niemal upadła. Drżącymi rękami rozgarnęła stosik kopert, znalazła tę właściwą, przycisnęła do piersi, ale lękała się otwierać…
          Podeszła do okna i z zamyśleniem, próbując uspokoić kołatanie serca, wyjrzała na uginające się pod bębnieniem deszczu sylwetki drzew. To miała być jej pierwsza zima po wypadku, już teraz zaczynały jej dokuczać bóle nogi w wilgotniejsze dni. Będzie musiała uważać. Śniegu może nie należało się spodziewać zbyt często, ale z oblodzeniem trzeba ostrożnie.

List od Tony’ego okazał się niezwykle uczuciowy i tak gęsty emocjonalnie, że Emily dopiero po przeczytaniu zdołała zaczerpnąć jakiś głębszy oddech. Scolding nie napisał wprost, co do niej czuje, ale ogólny ton nie pozostawiał wątpliwości. Zdała sobie sprawę, w jakich okolicznościach go pisał – uwięziony na uszkodzonym hydroplanie, bez większych nadziei na ratunek. Potem przypomniała sobie, że podczas spotkania w Swansea, kiedy ciągle nie potrafiła dojść do ładu ze swoimi uczuciami, list ten został już wysłany. Poczuła, jak coś łaskocze ją w policzek, od oka ku podbródkowi, i minęło trochę czasu, zanim się zorientowała, że to łza. Musiała odpisać, koniecznie.
Ranek był słoneczny, rosa lśniła perliście na resztkach trawnika. Emily uznała, że to dobry moment na krótki wypad do starego parku. Po śniadaniu wyciągnęła brulion z szafki nocnej, zeszła z wysiłkiem na dół, przywdziała jesienny płaszcz i udała się na zewnątrz.
W gęstwinie, wśród niepokojących, a jednak tak dobrze znajomych pni i gałęzi, czuła się bezpieczniej niźli u ciotki Flory. Stąpała ostrożnie, badając laską grunt przed sobą. Ścieżki były błotniste, rozpaćkane, toteż ortopedyczne pantofle Emily już wkrótce pokryły się brunatną glinką. Starała się dobierać suchsze miejsca, chodzić po kępach zmarniałej trawy i stertach opadłego listowia zamiast po samych ścieżkach.
Dostała się wreszcie do altany. Nie bez problemów uklękła i sięgnęła pod ławkę, gdzie spoczywał duży, płaski kamień. Spod niego wydobyła skórzaną torbę owiniętą w stare płótno. Zabezpieczenie przed wilgocią było bardzo prowizoryczne, ale wystarczające: zeszyty w środku okazały się całkiem suche.
Usiadła na ławce i wzięła się do roboty. Tu, z dala od ludzi i służby, trzymała całokształt twórczości, no, może poza tym jednym brulionem, który dopiero co przywiozła ze Swansea. Czegóż tu nie było – próby literackie, listy do rodziny, przyjaciółek i gazet (uwielbiała wytykać różnym redaktorom błędy rzeczowe, ale nie zawsze ją publikowali)… Tu, w mrocznej altanie dziadka Williama, najczęściej nachodziło ją natchnienie. Mogła też pisać bez żadnych przeszkód, nie nachodzona przez nikogo. Wyjęła zeszyt przeznaczony na listy do bliskich, dobyła kartki, zakręciła młynka piórem w palcach.

Drogi Kapitanie!

W pierwszych słowach mego listu najmocniej przepraszam za niewyraźny charakter pisma, ale piszę drżącą dłonią. Pewne jest bowiem, że to, co ukryte, odsłoniło się przede mną. Gdy o Panu myślę, dociera do mnie, że nigdy przedtem nawet nie sądziłam, że można kogoś tak mocno pragnąć…

            Wyprostowała się i spojrzała na kartkę z dystansu. Czy pierwsze zdanie przypadkiem nie jest trochę nieskładne? A dalej czy nie za odważna się zrobiła? Tony z pewnością ceni odwagę, ale czy nie uzna jej za namolną albo nawet amoralną? Z pewnością nie, mówiło jej serce, miłość zawsze rozpozna właściwą drogę. Emily jednak za bardzo kierowała się głową, żeby całkiem zdać się na głos serca… chociaż tak bardzo chciała. W jego czułych, ostrożnych ramionach czuła się na swoim miejscu. Zrozumiała w końcu z całą mocą, że potrzebuje go, a on chyba potrzebuje jej tak samo.
            Ostrożnie, jakby chodziła po grząskim gruncie, wróciła do pisania listu do kapitana Scoldinga, ale po chwili stwierdziła, że nie ma do tego odwagi ni weny, więc otworzyła drugi brulion, w którym zaczęła szkicować plan listu do „Modern Herald”. Po chwili przerwała, bo przyszło jej do głowy, że profesor Seap powinien mieć wiernego sługę, najlepiej jakiegoś egzotycznego. Natychmiast sobie to zapisała w trzecim brulionie, żeby nie zapomnieć.
        Kiedy już zeszyt „literacki” wzbogacił się o trzy strony chaotycznych notatek łącznie z niezrozumiałymi dla postronnych schematami, Emily znów skupiła uwagę na liście. Tony sam nic takiego nie sugerował, ale postanowiła wysłać mu jakąś fotografię. W nagłym przypływie frywolności pomyślała o zdjęciu wykonanym przed dwoma laty na kąpielisku w Torquay, gdy stała po kostki w morzu. Zaraz jednak zrezygnowała z tego pomysłu: to było dwa lata temu, kawał czasu, nie zasługiwała wtedy jeszcze na miano Emily Półtoranogiej. Wyglądała na nim bardzo dziewczęco, a przecież zależało jej na tym, by kapitan Scolding traktował ją jak poważną kobietę. Oczywiście w granicach rozsądku: „poważną” nie w tym sensie, że się nie uśmiecha i trudno z niej wykrzesać jakąkolwiek radość życia, tylko taką, której nie należy traktować jak dziecka, która potrafi sama o siebie zadbać, a przy okazji też i o niego, i wszystko to na jednej nodze… Rozwiązanie mogło być bardzo proste – wysłać mu dwa zdjęcia, tamto i tegoroczne. Zostawiła ten wątek rozważań na później i poruszyła kolejny temat…

Moja matka jest niezwykle opiekuńcza, czasem wręcz duszę się od tego. Po moim wypadku jeszcze się jej to nasiliło. Nie wiem, czego nagadała wszystkim kuzynkom, ale ilekroć jedziemy w gości, już od progu zaczynają się rozpływać nad tym, jaka jestem biedna i jak pewnie nigdy w życiu nie wyjdę za mąż. Mam już tego dosyć, chciałabym choćby przez krótki czas poczuć, że sama mam coś do powiedzenia w swojej sprawie.

Nagle Emily poczuła, że jest jej zimno. Zasiedziała się, musiało już minąć półtorej godziny. Chyba będzie musiała z żalem ograniczyć pisanie w parku. Kiedy była unieruchomiona po wypadku, oczywiście tam nie przychodziła. Potem też nie za często, ale z drugiej strony tego lata bardzo rzadko miała natchnienie. Za to po spotkaniu z Tonym jakby pękła w niej tama. Miała ochotę pisać, pisać i jeszcze raz pisać… Przecież w swoim stanie nie może co trochę biegać do parku, tym bardziej zimą. Będzie musiała znaleźć w pokoju jakąś kryjówkę na twórczość, altanę zaś odwiedzać rzadziej. I tak przecież nie ma kłopotów z weną…

Dalsza część dnia upłynęła spokojnie i w Aberlogwyn nie działo się nic wstrząsającego. Aż do podwieczorku.
- Musimy porozmawiać o twojej przyszłości – rzuciła mimochodem pani Mildred, dolewając sobie herbaty z imbryka.
- W jakim sensie, proszę mamy? – zaniepokoiła się Emily.
- No cóż, na wiosnę będziesz mieć dwadzieścia lat. Chyba nie chcesz zostać starą panną?
            Emily z trudem powstrzymała znużone westchnienie.
- Do staropanieństwa chyba mi trochę brakuje – zauważyła. – Połowa kuzynek jeszcze nie wyszła za mąż, a są starsze ode mnie. Ariadna, Cordelia, Ruth, Isobel… Mam wyliczać dalej?
- Nie powiedziałabym, że Cordelia albo Isobel to dla ciebie wzór do naśladowania – odparła pani Knight z niesmakiem.
- Zresztą mama też nie w moim wieku poślubiła ojca.
- To były inne czasy. Poza tym przecież ci nie każę już jutro stawać przed ołtarzem, ale zacząć coś planować w końcu musimy.
          Emily poczuła, jak coś w jej środku lodowacieje. Nie była gotowa na małżeństwo. Jeszcze nie teraz. Wszystkie dziewczęta, które znała, cieszyły się na myśl o bliskich zaręczynach, ślubie, urządzaniu nowego domu – a ona nic. Kiedyś pewnie przyjdzie taki dzień, że sama uzna, że nadeszła już właściwa pora, ale najpierw chciała COŚ osiągnąć, stać się KIMŚ.
W dodatku Tony… Matka go uwielbiała, przynajmniej jeszcze jesienią tak było, ale Emily wolała się nie chwalić tym, co ostatnio zaszło między nią a niewątpliwie brawym kapitanem. To przeżycie było dla niej tak potężne, dotykające najbardziej skrytych głębi jej duszy, że nie miała zamiaru dzielić się nim z żadną osobą trzecią. I nie chciała żadnej zmiany ich relacji, na ten moment pragnęła się nacieszyć tym, co jest. Zresztą wątpliwe, czy pani na Aberlogwyn by uwierzyła, że owa przełomowa rozmowa na plaży w Swansea miała charakter całkowicie niewinny. Tak, lepiej było na razie zachować to dla siebie.
- Porozmawiajmy o tym kiedy indziej, mamo – zaproponowała.
- Niby kiedy?
- Poczekajmy przynajmniej, aż wojna się skończy. Dziś to nie sztuka szybko wyjść za mąż, a potem zostać w… no, tą na „w”.
- Więc kto cię będzie utrzymywał, gdybyśmy tak z ojcem, nie daj Boże, zachorowali obłożnie albo mieli kłopoty finansowe?
- Mogę pójść do pracy – rzuciła Emily prosto z mostu.
- Ale ja mówię do ciebie poważnie! – oburzyła się matka.
- Ja również, proszę mamy. Z całej okolicy dziewczyny chodzą do miasta i pracują w fabrykach. Dlaczego ja bym nie mogła?
- Tyś oszalała! Szlachetnie urodzona dziewczyna miałaby tyrać na fabryce? Ty chyba nie wiesz, co mówisz. Straciłaś władzę w nodze i wyobrażasz sobie, że wytrzymasz dziesięć godzin przy maszynie albo przy krojeniu tytoniu?
- Nie straciłam władzy, tylko trochę kuleję – sprostowała Emily. – Poruszam się już całkiem dobrze.
- Nie popisuj się swoją sprawnością, to takie niekobiece…
- Poza tym kto powiedział, że muszę dziesięć godzin szatkować tytoń? A gdybym poszła do tej fabryki pracować w zarządzie? Mężczyźni masowo idą na front, ktoś musi ich zastąpić.
- Wszyscy przecież nie pójdą – pani Mildred pokiwała głową z politowaniem. – Poza tym po co się masz męczyć choćby w jakimś zarządzie, skoro istnieje prostszy sposób ułożenia sobie życia?
- No właśnie. Mogę się utrzymywać z pisania, od czasów szkolnych wszyscy mi mówią, że mam lekkie pióro.
- Lekkie, nie lekkie, wyżyć się z literatury nie da – odparła matka z przekonaniem. – A jeżeli nawet się da, to tylko wtedy, kiedy robi się przy tym wokół siebie dużo warchołu. Tak jak panna Partridge, która nic nie robi, tylko wciąż dolewa oliwy do mrowiska. Przecież nie jesteś taka jak ona, Boże uchowaj!
      Emily parsknęła. Dlaczego właściwie panna Partridge nie wypowiedziała się jeszcze na temat konieczności dopuszczenia kobiet do większej liczby zawodów, pod pretekstem zwolnienia mężczyzn dla armii? Duże niedopatrzenie z jej strony!
- Ja cię do niczego nie zmuszam, wyjdziesz za tego konkurenta, który będzie najlepszy – oznajmiła tymczasem Mildred Knight.
- A kto by mnie w ogóle chciał? – zapytała Emily prowokacyjnie, zastanawiając się, ile czasu minie, zanim matka wymieni nazwisko kapitana Scoldinga.
- Żadnemu pijakowi i utracjuszowi cię z pewnością nie oddam. Rzecz w tym, żeby ci konkurenci w ogóle jacyś byli, a przecież ty w ogóle nigdzie nie bywasz.
- Jak to, proszę mamy? Tyle czasu byłam w Swansea…
- Nie łap mnie za słowo, dobrze wiesz, co mam na myśli. Tak się składa, że od dwóch tygodni mamy nowego sąsiada, zajrzał kiedyś do nas i mówił, że chciałby cię poznać.
Emily poczuła, jak oblewa ją zimny pot, jej żebra jakby zacisnęły się wokół serca. Jak to, Tony już się dla matki nie liczy? Rozczarowanie sprawiło jej niemal fizyczny ból. Szkoda, że jednak nic nie powiedziała… Ale coś ją powstrzymywało. Ojciec któregoś razu napisał z frontu, że w okopie trzeba trzymać głowę nisko. Widocznie nie tylko w okopie. Najpierw trzeba przetrzymać ostrzał, a dopiero potem myśleć o natarciu.
- Sąsiada? – powtórzyła. – Jak to sąsiada?
- Pan Marmaduke Hopkins wprowadził się do Bedwen House przed dwoma tygodniami – wyjaśniła matka. – Przyjechał z Berkshire i zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie, więc zaprosiłam go na czwartek.
- Ale jak to? – Emily była wstrząśnięta nowinami. – Nic mi nie mówiąc?
- No przecież właśnie ci mówię. Już nie bądź taka zgrzędna, powinnaś przecież bywać w towarzystwie. A pan Hopkins wygląda na poważnego właściciela ziemskiego.
- Tak? To dlaczego musiał się przeprowadzić? – zapytała Emily podejrzliwie. – Czy nie dlatego, że narobił sobie długów?
Nie była pewna, śmiać się, czy płakać. Jak można traktować poważnie kogoś, kto nazywa się Marmaduke Hopkins? To brzmi jeszcze groteskowiej niż Enceladus Jones.
- Wstydziłabyś się osądzać człowieka, zanim jeszcze go na oczy zobaczyłaś – powiedziała pani Knight z przyganą.
- Cesarza Wilhelma też na oczy nie widziałam,  a mam o nim określone zdanie – Emily odbiła argument.
- Co za niedorzeczne porównanie! Pan Hopkins zyskuje przy bliższym poznaniu, jak mi się zdaje – uznała matka. – Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz, że wpadłam na ten pomysł!

      Pan Marmaduke Hopkins przyjechał we czwartek bryczką zaprzężoną w brzydką szkapę o ordynarnym pysku, którą Emily natychmiast ochrzciła „krwawym mustangiem”. Sam, korpulentny mężczyzna po trzydziestce, z brunatnym wąsem pod kolor garnituru, zrobił na niej wrażenie poczciwiny o ujemnym poziomie wyobraźni.
Matka kazała jej czekać za stołem i wstać tylko na powitanie, żeby kalectwo Emily nie rzucało się tak bardzo w oczy. Hopkins przywitał się, opadł ciężko na fotel.
- No tak – wysapał. – Cieszę się, że pannę widzę, no bo w końcu mieszkamy tylko siedem mil od siebie, to pasowałoby odwiedzić, tak?
      Emily miała ochotę zapytać, czy gdyby odległość wynosiła osiem mil, to już by nie zasługiwała na odwiedziny. A siedem i pół? Powstrzymała się. Uświadomiła sobie nagle, że pan Hopkins nie stanowi dla niej najmniejszego kłopotu, spokojnie da sobie z nim radę.
       Podano posiłek, a po nim herbatę i walijską whisky na rozgrzanie, bo pogoda wciąż pozostawała chłodna i słotna. Cała trójka jadła nieśpiesznie, rozmawiając o neutralnych sprawach, takich jak pogoda czy gospodarka.
- Jeżeli nie tajemnica, dlaczego zdecydował się pan na przeprowadzkę do Walii? – zapytała w pewnym momencie pani Knight, lekko zaniepokojona biernością córki.
- Cóż, pojawił się kupiec na mój majątek, oferował dobrą cenę, to wypadało przyjąć ofertę, tak? – odrzekł nowy sąsiad.
- Ale dlaczego akurat tutaj? – odezwała się wreszcie Emily. – Ziemia lepsza niż w Berkshire?
- Tak. Czy lepsza, to się jeszcze zobaczy, ale część z tego i tak potrzebuję na pastwiska, więc mnie obchodzi, aby co rosło, tak? Trochę mniejszy areał niż tam, ale dzięki temu zaoszczędziłem trochę i do wiosny mam spokój. Zaraz po żniwach wziąłem się za przeprowadzkę. Żeby pani wiedziała, ile mnie kosztowało samo zorganizowanie transportu dla bydła. Koleje teraz dają pierwszeństwo wojsku, więc znaleźć odpowiednią ilość wagonów, załadować inwentarz, przewieźć…
- A po co przewozić? – panna Knight niespecjalnie kryła się z ironią. – Przepędzić nie łaska? Na własnych kopytach też by dały radę.
- Emily! – szepnęła matka z niezadowoleniem. – Co ty wyprawiasz, dziewczyno!
- Wie pani, ile by to trwało? – pan Marmaduke nie zauważył kpiny, która przeleciała mu nad głową i wbiła się w ścianę. – A tu trzeba było zaraz dom remontować, wyporządzić spichrze, tak? Huk roboty, ale na koniec jeszcze mi starczyło czasu pojechać do Londynu…
- A tymczasem we Flandrii zginęło albo zostało rannych z górą czterdzieści tysięcy naszych żołnierzy – odpowiedziała Emily. – Co pan o tym sądzi?
       Hopkins uniósł brwi na niespodziewaną zmianę tematu. Pani Mildred spiorunowała córkę spojrzeniem, wykrzywiła usta, ale nic nie powiedziała.
- Tak… Mnie to nie grozi, panno Knight – stwierdził gość. – Do wojska się nie wybieram.
- A nie czuje się pan jakoś zobowiązany z tego powodu, że zawiera transakcje w czasie, gdy inni dogorywają w okopach? Może chociaż dokłada się pan jakoś do wysiłku naszego narodu, przeznacza część funduszy na dobroczynność albo coś w tym rodzaju?
- Wie pani co? – Hopkins spojrzał na nią lekko zmętniałym wzrokiem. – Produkuję owies, produkuję pszenicę – to są towary, których wojsko też potrzebuje. Bez owsa kawaleria nie pojedzie, tak?
- A marynarka? – Emily rozzuchwaliła się. – Ona może się obejść bez owsa.
- Może i nie… – sąsiad podrapał się po głowie. – Ale bez mąki? Bez wołowiny? To podstawa dla sił zbrojnych, tak? Jeżeli ta wojna jeszcze trochę potrwa, to uda mi się zrobić parę niezłych kontraktów, będę zabezpieczony na parę lat do przodu.
     Matka zdecydowanie przerwała córce dalsze próby wyzłośliwiania się nad gościem i skierowała rozmowę na bezpieczniejsze tory. Pan Marmaduke opowiadał głównie o swoich dochodach i tym, jak dobrze sobie radził w gospodarstwie. Wreszcie zaczął ciągnąć niemiłosiernie rozwlekłą opowieść o tym, jak w jakiejś wsi o nazwie Cockpole Green przepłacił dziesięć funtów za byka. Emily zamyśliła się. Podejrzewała, że nawet kupowanie bydła potrafiłaby opisać w sposób sto razy bardziej zajmujący. Ot, profesor Seap, wyruszając do Tybetu, kupuje jaka na kaszmirskim targu… A skoro tak, to da sobie też radę z powieścią przygodową dla młodzieży, dyskretnie przemycającą między wierszami krytykę polityki kolonialnej Imperium Brytyjskiego w dziedzinie stosunku do tubylców.
A czemu tylko jedną powieść? Może całą serię? To by było źródło niewielkiego, lecz stałego dochodu na dłuższy okres, zwłaszcza gdyby udało się publikować w odcinkach w jakiejś gazecie. Może niekoniecznie od razu w „Modern Herald”, tam mogliby nie zaakceptować takiej twórczości.
Tony’emu z pewnością by się ten pomysł spodobał. Pilot i pisarka – czyż nie byliby uroczą parą? Wyobraziła sobie, jak wchodzi z nim pod rękę na jakiś bankiet, oboje w wytwornych strojach, kapitan Scolding z całym kompletem orderów, i wszystkie pary oczu ku nim się zwracają, po kątach rozlegają się szepty: „A kim jest ta niezwykle interesująca osoba wsparta na ramieniu bohatera wojennego?” I nikt potrafi udzielić odpowiedzi, która zawierałaby całą prawdę, bo przecież Emily pisze pod pseudonimem…
- Panno Knight, czy pani w ogóle mnie słucha? – zirytował się Marmaduke Hopkins.
- Proszę? – zerwała się. – Przepraszam, chyba trochę się zamyśliłam.
       Pokojówka Iris stanęła na progu salonu, dyskretnie dawała pani znaki, że ma jakąś sprawę. Matka przeprosiła gościa, wstała i wyszła na korytarz dowiedzieć się, o co chodzi.
- Nie rozumiem, dlaczego pani tak niepoważnie mnie traktuje – wymamrotał tymczasem sąsiad podejrzanie ponosowiałym głosem. – Przecież ja nie jestem byle jakim łapserdakiem, tylko dżentelmenem o poważnym podejściu do życia.
- W jakim sensie? – Emily wprawdzie piła po posiłku tylko herbatę, nie whisky, ale i tak szumiało jej w głowie od jakiegoś nieokreślonego podniecenia; coś takiego czują pewnie kawalerzyści przed szarżą. Pragnęła skończyć tę nasiadówkę, iść do siebie i zająć się pisaniem do Tony’ego. Ale gość nie zamierzał opuszczać towarzystwa.
- W każdym – wyjaśnił. – Na przykład jak planuję się żenić, to też całkiem na poważnie, tak? I od razu powiem, że ja nie wierzę w te pogłoski, co krążą po okolicy, że niby jest pani kulawa…
- A powinien pan, bo rzeczywiście jestem – wypaliła panna Knight bez zastanowienia. Pogłoski z okolicy? Cóż to, matka ukrywała przed potencjalnym konkurentem ten drobny szczegół? To by pasowało, po cóż innego kazałaby się jej maskować za stołem?
        Marmaduke Hopkins spojrzał na nią dzikim, zdezorientowanym wzrokiem, jak gdyby spodziewał się, że swoje kalectwo córka gospodyni ma wypisane na twarzy, i próbował je właśnie znaleźć.
- Nie, nie sądzę… – powiedział. – To znaczy, oczywiście, jest mi bardzo przykro, tak, ale i tak byłbym skłonny się o panią starać…
- Jak to „i tak”? – Emily rozpędziła się, ośmielona chwilową nieobecnością matki. – Chce pan powiedzieć, że moja wartość jako kobiety jest niższa dlatego, że kiedyś tam wypadłam z bryczki? Może jeszcze sądzi pan, że nie będę przez to w stanie nikogo znaleźć i czyni mi pan przysługę?
- No nie, ale… – Hopkins pogubił się. – Proszę nie uważać, że nie potrafię się obchodzić z kobietą. Jestem co prawda niestety wdowcem, ale jeszcze wszystko wiem dokładnie i…
       Wdowcem? To znaczy, że jego żona… umarła? I ona miałaby być następna w kolejce? Emily zakręciło się w głowie, krew zadudniła w uszach, wzrok niespodziewanie odpłynął na sufit – i zemdlała.
        Mildred Knight, wydawszy dyspozycje Iris, wróciła do salonu, gdzie zamarła ze zdumienia, zastając przy stole nieprzytomną córkę i spanikowanego sąsiada.
- Co pan jej zrobił?! – napadła na nowego właściciela Bedwen House.
- Nic, to ona sama coś się znerwowała. Ja tylko powiedziałem, że jestem wdowcem, tak?
- Po co!?! – oczy pani Knight rozszerzyły się niebezpiecznie. – Ona jest taka wrażliwa, nie wolno jej narażać na wstrząsy!
- Wielkie mi co! Dlaczego mi pani nie powiedziała, że pani córka ma jakieś takie…
- Trzeba było trochę pomyśleć! – syknęła gospodyni. – Po poważnym dżentelmenie mogłam się spodziewać więcej rozumu!
          Pan Hopkins gwałtownie zerwał się od stołu, ruszył ku drzwiom.
- Nigdy jeszcze nie przeżyłem tak dużo upokorzeń w ciągu jednej wizyty! Żegnam!
- Szerokiej drogi! – warknęła pani Knight bez serdeczności i rzuciła się cucić córkę.

         Do kolacji Emily zdążyła dojść do siebie. Wieść, że Marmaduke Hopkins raczej nieprędko pojawi się znów w Aberlogwyn, bardzo ją uspokoiła i nawet jakoś uradowała. To straszne, co miłość robi z człowiekiem, do jakiego okrucieństwa go skłania…
- Od razu wiedziałam, że nic z tego nie będzie! – powtarzała matka. – Zaprosiłam go tylko dlatego, że mi się naprzykrzał. Ale nie martw się, znajdziemy ci jeszcze jakiegoś kawalera.
      Emily pokiwała głową. Przyszedł jej do głowy nowy pomysł na życie towarzyskie. Będzie zniechęcać każdego kolejnego konkurenta, rozwalcowując go intelektualnie, a kiedy już wyrobi sobie markę wyjątkowo wybrednej i narowistej panny, wówczas odkryje karty, zdradzając, kto jest jedynym mężczyzną jej godnym. A może i nie odkryje, zależnie od okoliczności.
- Wiesz co, dziecko – przypomniała sobie nagle Mildred Knight – ostatnio jakoś nic nie słychać o kapitanie Scoldingu. Pamiętasz go jeszcze w ogóle? Może byś tak do niego napisała albo coś?

***

…Nie zamierzam (przynajmniej na razie) opowiadać matce o NAS. Nie to, żeby miała jakieś obiekcje wobec naszego, nazwijmy to, romansu. Wręcz przeciwnie, za każdym razem, kiedy sobie o Panu przypomni, napełnia się takim entuzjazmem, że czasami czuję się zazdrosna (żart). Gdyby się dowiedziała, co ostatnio wyjaśniło się w NASZEJ sytuacji, w ogóle nie miałabym życia. Może to brzmieć irracjonalnie, jednak wolę, przynajmniej na razie, ukrywać to przed nią, choć wiem, że byłaby zadowolona. Zawsze to jakaś namiastka przygody.

Emily złożyła brudnopis listu, odsunęła szufladę w szafce nocnej i schowała kartkę pod papierem wyściełającym dno. Wystarczy pisania na dziś. A pan Hopkins jeszcze doczeka się sportretowania w przyszłej powieści jako jeden z przeciwników profesora Seapa.
Sięgnęła po leżące na szafce stare wydanie powieści Dickensa „Marcin Chuzzlewit” i otworzyła. W środku krył się wycinek z gazety, zawierający informację o ponownym odznaczeniu Tony’ego krzyżem DSC. Ucałowała z czułością wycinek, schowała z powrotem, zamknęła szufladę i zgasiła lampę.


            

7 komentarzy:

  1. NOCIA!!! <3

    (Nie powiem, że lecę czytać, ALE JAK TYLKO ZNAJDĘ CHWILĘ.)

    OdpowiedzUsuń
  2. MELDUJĘ SIĘ.

    Dobra, no to jedziem. Przyznam, że nie spodziewałam się teraz rozdziału z Emily, ale nie żebym właśnie wyrażała swoje rozczarowanie czy coś, jak najbardziej mi to pasuje. Nie przypomnę sobie za nic, czy wcześniej dawałaś jakieś znaki, że Emily mogłaby interesować się pisaniem własnych tekstów, przyznaję, nie chce mi się sprawdzać, ale ten tego, nie wiem czemu nie podejrzewałam jej o aż takie zapędy. Niemniej pilot i pisarka - rzeczywiście, para byłaby z nich przeurocza, Karolinka pochwala taki pomysł. :D Potem Emily mogłaby pomóc Tony'emu spisać wspomnienia z wojny, skleić to w książkę, nazwać "Słowo o brawym kapitanie" i zarobić kupę hajsu, a może po latach doczekałoby się ekranizacji, choć tego Tony i Emily by już pewnie nie zobaczyli. :D Joł, nie ma to jak dać się ponieść wyobraźni.
    Z tym drugim "adoratorem" to nie wiem, czy ten pomysł jest do końca trafiony, nie żebym cię jakoś krytykowała za niego czy coś (nie no, kurde, właśnie to robię, NIE CHCEM ALE MUSZEM), wydaje mi się ten wątek tak zbędny, że aż bardzo zbędny. Ale oczywiście doskonale rozumiem motywacje Mildred, no tak, ona o Tonym nie wie najlepszych szczegółów, Emily już się do dwudziestki zbliża (jooooł, ja też, w sumie jeszcze 19 nie mam, ale czuje, że mi zleci), wypadałoby mieć kogoś na oku, no ale... Jakoś mi ten pomysł nie leży, nie wiem, jak tylko o Marmaduke (matko przenajświętsza nie umiem tego odmieniać) wspomniałaś, to od razu się domyśliłam, że pewnie będzie z niego jakiś sporo starszy, mało przystojny buc, co to wojnę traktuje jak okazję do zarobku i generalnie zwisa mu, kto i w jakich ilościach tam ginie, póki da się zgarnąć trochę hajsu. Jakbyś zrobiła z niego jakiegoś bardziej rozgarniętego kandydata (w sensie nie takiego sztampowego, bo Marmaduke niestety taki jest), to może by mi bardziej się ten wątek spodobał, ale póki co jestem na nie i uważam, że można się było bez niego obejść. No chyba że planujesz to jakoś pociągnąć, ale po tym, jak Emily mu przygadała i wyszedł taki oburzony, to już raczej nic z tego nie wyjdzie. Męski honor chyba mu nie pozwoli.
    Dobra, co ja to jeszcze chciałam... E, ja tam jestem zdania, że Emily się powinna przyznać Mildred o tej całej sprawie z Tonym, jak to się potoczyło i w ogóle... Znaczy się może nie ze szczegółami, bo wiadomo, mówić "no, całowałam się z nim na plaży w Swansea" (Swansea to było, nie?), ale wspomnieć, że można by go jeszcze raz zaprosić, on by tam jakiś urlop w końcu dostał, to by wpadł i od razu mógłby zasugerować, że chciałby sobie zaklepać pierwsze miejsce w kolejce do Emily - niech dziewczyna znowu nie przesadza, wydaje mi się, że Mildred powinna być z czegoś takiego zadowolona, w końcu jej córka złapała kapitana. Ale nie będę się tutaj zapędzać już zbytnio, bo w sumie ty ją znasz lepiej i lepiej wiesz, jakby się zachowała. Bo motywowanie takiej tajemnicy, która nie ma po co być tajemnicą, w kategorii "namiastki przygody" jest jakieś takie dziecinne.
    No, ogółem to reszta miód malina, czytało się jak zwykle przyjemnie, czekam z niecierpliwością na następny rozdział. To już dwudziesty siódmy, aż się zdziwiłam, jak daleko już zaszłaś z tym opowiadaniem! Tak z czystej ciekawości, jeśli mogę zapytać: wiesz już może tak orientacyjnie, ile rozdziałów w ogóle tutaj będzie? Wiem, strasznie ciekawska jestem. :P
    Aaaa, bo zapomnę. Masz tam w pewnym momencie napisane coś o dolewaniu oliwy do mrowiska. No nie, tak nie będzie. Albo się wkłada kij w mrowisko, albo dolewa do ognia.
    No, to chyba już wszystko. :D Trzymaj się deski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, #Confiteor: ten rozdział to w sumie była typowa zapchajdziura. Z jednej strony chodziło mi o to, żeby no kurcze trochę Emily rozbudować, jeszcze bardziej wyciągnąć z tego rozmemłania, które ongiś jej zarzucano, a z drugiej ile można zachwycać się Henrym? Zresztą jak czytelnicy naciskają, że rozdział ma być jak najczęściej, no to się zdążyło jeszcze w lipcu :D
      Mr. Marmaduke Hopkins wyszedł sztampowy cokolwiek, i generalnie miał być ultrabanalnym gościem, bo to się wpisuje w jeden z czołowych tematów opka, jakim jest konflikt "ludzie z wyobraźnią vs. ludzie bez wyobraźni". Mniejsza o to, jeżeli w nieokreślonej i mało prawdopodobnej przyszłości Tony pójdzie do druku, ten kawałek się wyedytuje. Tak samo jak sporą część początkowych rozdziałów.
      Co do zamiłowania Emily do słowa pisanego, to wcześniej były jakieś takie poszlaki, ale wychodzi na to, że dość dyskretne. I dobrze. Ale teraz musiała dać ujście po prostu, bo nie wytrzymałaby, albo coś. Jeżeli chodzi o jej milczenie w kwestii Tony'ego, to ja to widzę tak, że ona woli do wszystkiego dochodzić stopniowo, się trochę boi bycia rzuconą na głęboką wodę i dorabia do tego ideologię, że niby wcale nie, tylko ona tak specjalnie.
      Ale jak to, dolewanie oliwy do mrowiska jest nie w porzo, a kiełbie pod sufitem są w porzo? :D Masakrowanie frazeologizmów to od zawsze trademark Mildred.
      Ile będzie jeszcze rozdziałów? NIE WIEM! A orientacyjnie? DUŻO! :D
      No więc skoro wiadomo, co było nie tak (czy raczej "kontrowersyjne" - słowo-wytrych), to teraz uprzejmie proszę o wskazanie, co konkretnie było miód malina :3

      Usuń
    2. Ja się tam Henrym mogę baaaaardzo długo zachwycać. XD EJ, ja na nic nie naciskam, tylko się upominam o to, co mi się należy. :D No chyba że był ktoś jeszcze, kto nie komcia, a naciskał.
      Gdybyś chciała znać moje zdanie, to koniecznie ten kawałek wyedytuj. Wiadomo, ty wiesz, co dla twojego opka najlepsze, a ja jestem ostatnią osobą, która powinna udzielać komukolwiek rad na temat pisania, ale ten tego, serio mi ten kawałek i ta postać nie leży. BTW, jak Tony pójdzie do druku to chcę darmową kopię (wybacz, bieda podkarpacia mi doskwiera). :D
      Haha, to kiełbie mi jakoś umknęło. Ale ten tego, jeśli to miało być tak, że Mildred zmasakrowała, to... Jakoś tego nie zauważyłam. Serio, byłam pewna, że to twoja robota i w dodatku nieświadoma. I też nie jestem pewna, czy dodawanie w wypowiedziach postaci masakrowania frazeologizmów jako cechy charakterystycznej to dobry pomysł. Ktoś może uznać, że to po prostu ty ich nie znasz. Ja bym się z tego wycofała, bo ani to nie zapada w pamięć, żebym pamiętała, że Mildred już kiedyś jakiś frazeologizm zmasakrowała, ani nic. Noale, to tylko moje skromne zdanie. :D Przyszła ci pinda skomentować i narzeka.
      TO DOBRZE, ŻE DUŻO. Cieszy mnie to. :D
      No co, cała reszta. Ponarzekałam na co chciałam, ale do reszty rozdziału nie mam zastrzeżeń.

      Usuń
    3. Cóż, powiem tyle, że literatura czasem wymaga od swych sług podejmowania ryzykownych decyzji... Who dares wins! :D
      I tradycyjnie proszę o tradycyjną dawkę kciukotrzyminy, bo aktualnie moja wena wydaje się rozbita, rozproszona i w odwrocie. A przecież to dopiero grudzień piętnastego...

      Usuń
    4. Stara, ja za ciebie trzymam kciuki 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. :D

      Usuń
    5. No i chyba pomaga, bo czuję, jak wstępuje we mnie natchnienie :D

      Usuń