Rozdział 37. Zakłócenie porządku


Przybywszy wraz z Davisem i podoficerem żandarmerii wojskowej na miejsce zdarzenia, czyli na niewielkie, zagracone podwórze, kapitan Scolding zastał kilku zdenerwowanych mężczyzn dochodzących się z maltańskim policjantem.
- Długo to jeszcze potrwa? – denerwował się trzydziestoletni osobnik z brodą, wyglądający na majstra. – Dlaczego nie weźmie go pan w końcu do paki?
- To mundurowy, nie moja działka – odpowiedział funkcjonariusz, rozkładając ręce. – Muszę czekać na żandarma.
- To jak? Mamy się sami z nim policzyć?
- Nikt nie będzie się z nikim liczył – warknął policjant. – Narozrabiał, to poniesie odpowiedzialność według prawa, jak tylko marynarka kogoś przyśle. O, już przyszli.
Spostrzegłszy, że ma do czynienia z oficerami, wyprężył się gwałtownie, salutując do czarnego policyjnego hełmu.
- Co tu właściwie zaszło? – zapytał Tony. Nie widział w pobliżu żadnego z członków załogi.
- No więc tak… – stwierdził policjant, licząc po kolei na palcach. – Mamy tu napaść na kobietę, włamanie, nieprzyzwoite obnażenie w miejscu publicznym, prowokowanie bójki, uszkodzenie mienia….
- I do tego był nietrzeźwy! – wtrącił jeden z cywilów.
- W takich przypadkach nietrzeźwość jest zwykle domyślna – zauważył Scolding melancholijnie.
Wciąż się zastanawiał, który z jego ludzi mógł się wpakować w takie tarapaty. Mechanicy rzadko sprawiali większe kłopoty dyscyplinarne, bosman Angus dbał o to, aby rozrywka nie wpływała niekorzystnie na pracę w hangarze. A może to żaden z mechaników, tylko pokładowy, maszynista czy ktoś tam jeszcze? Pomysł, że sprawcą mógłby się okazać Dunmore, był zbyt straszny, aby Tony nie zepchnął go natychmiast na tył głowy.
- Gdzie jest ten człowiek? – zapytał policjanta.
- W piwnicy, panie kapitanie. Kazałem dać go pod klucz, póki nie przyjdzie żandarmeria, bo to jednak, bądź co bądź, siły zbrojne…
- Nie stawiał oporu? – zdziwił się Davis.
- Skąd, całkiem spokojny – odparł funkcjonariusz. – Spadł z dachu, to i trochę był oszołomiony.
- Co to znaczy „spadł z dachu”? – Scolding w dalszym ciągu nie dowierzał w to, co przekazał mu Davis przed kilkoma minutami. – W jakim sensie?
- W dosłownym. Uciekał przed tymi tutaj, wlazł po drabinie na dach, a potem spadł.
- Próbował ze sobą skończyć?
Policjant zastanawiał się chwilę.
- E tam. Zachowywał się bardzo łagodnie, zupełnie jak nie marynarz. Wręcz chciał się poddać karze. Tylko że się poślizgnął, no i zleciał.
- W jakim jest stanie? – kapitan zaczął żałować, że zostawił doktora w restauracji.
- Chyba nic poważnego…
- Coś poważnego to dopiero będzie! – wtrącił jeden z tubylców, noszący rozpiętą kamizelkę na wypłowiałej bordowej koszuli.
- Potłuczony trochę – dodał policjant, ignorując wypowiedź cywila. – Nie wiem, pijackie szczęście. Mój szwagier mówi, że od picia kości się robią giętkie i człowiekowi się trudniej połamać niż na trzeźwo. Widać coś w tym jest.
- W porządku, zabieramy go – zdecydował Tony, po czym zwrócił się do żandarma wojskowego: – Jesteście wolni, załatwimy to sami z podporucznikiem.
Podoficer w czerwonej czapce zasalutował i opuścił podwórze.
- Przyprowadźcie go – zwrócił się Scolding do maltańskiego policjanta. – Jeżeli jest w stanie chodzić.
- Jak to? – zdenerwował się ten w kamizelce. – Nie pójdzie do kozy?
- Jestem jego przełożonym i to do mnie należy decyzja co do kary – wyjaśnił kapitan.
- Niech zapłaci za szkody! – nalegał brodaty.
- To znaczy? Posterunkowy mówił o zniszczeniu mienia. Jakiego?
- A bo łaził po dachu i dachówki postrącał! Teraz muszę robotnika nająć…
Tony sięgnął do kieszeni munduru, przejrzał znalezione banknoty i wręczył jeden brodaczowi.
- Wystarczy na robotnika i na materiał? – upewnił się.
- Wystarczy, panie oficerze, ale… Pan zapłacił z własnej kieszeni, a ten gagatek odejdzie nieukarany.
- A to jeszcze nie wszystko! – wtrącił mężczyzna w kamizelce. – Do dziewczyny się dobierał, łotr jeden!
- To poważna sprawa – przyznał Scolding. – Gdzie ta dziewczyna? Możecie ją przyprowadzić?
- A po co? Przecież wszyscy wiedzą, jak to się odbywa…
- To chcecie w końcu, żeby poniósł odpowiedzialność, czy nie chcecie? – zirytował się Tony. – Skąd mam wiedzieć, jaką karę mu wymierzyć, skoro do końca nie wiem, co się stało?
- Karę polową numer 1 – zasugerował Davis.
Scolding obejrzał się nań z wdzięcznością.
- Bardzo słusznie – potwierdził. – Jeżeli zarzuty się potwierdzą, czeka go miesiąc kary polowej numer 1.
Mężczyźni niechętnie przyznali rację oficerowi, jeden wyszedł zawołać poszkodowaną. Krótko potem policjant przyprowadził sprawcę, którym okazał się starszy marynarz Flynn. No tak, pomyślał Tony, Irlandczyk zawsze znajdzie jakieś kłopoty, albo one znajdą jego. Flynn nieco utykał, bluzę miał podartą z lewej strony, widać też było otarcia na twarzy. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał całkiem żałośnie i był pełen rezygnacji.
- Tak… – powtórzył podporucznik Davis. – Kara polowa numer 1 to nie przelewki.
- Nie połamałeś się? – zwrócił się Scolding do aresztanta. – Czy wiesz, co ci się zarzuca?
- To pomyłka, panie kapitanie – stwierdził Flynn słabym głosem. – Nie zrobiłem nic złego. A w każdym razie starałem się nic nie zrobić.
Czekali w napięciu kilka minut. Miejscowi byli już znacznie spokojniejsi, widać perspektywa szybkiego ukarania winnego ostudziła im głowy.
Po jakimś czasie na podwórzu zjawiła się pulchna osoba stojąca u źródła całego zamieszania. Ubrana była, jak większość tutejszych kobiet, w czarną opończę z usztywnionym kapturem. Na widok Flynna westchnęła ciężko i przyspieszyła kroku. Nie wyglądała na poszkodowaną, raczej na wściekłą.
Z początku próbowała mówić po angielsku, ale dała sobie spokój i ledwo Tony zdążył zapytać ją o napaść i włamanie, zalała go kaskadą słów w miejscowym języku.
- Mówi, że to nieporozumienie i żadnego włamania nie było, tylko poprosiła tego marynarza, żeby jej pomógł z noszeniem wody – przetłumaczył policjant. – Był bardzo dobry, tylko się zrobił trochę namolny…
- To prawda! – potwierdził Flynn. – Tak było! Chciałem pomóc, a jakoś tak wyszło, że się zagalopowałem, przepraszam.
Maltanka z rozmachem uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Potem doskoczyła do człowieka w kamizelce, mierząc weń palcem i wykrzykując coś gorączkowo.
- Mówi, żeby pilnował własnego nosa – zrelacjonował funkcjonariusz. – I że niepotrzebnie robimy tyle szumu, bo sama by sobie poradziła.

Odeskortowawszy potłuczonego i spoliczkowanego Flynna z powrotem do bazy, kapitan Scolding udzielił mu reprymendy. Marynarz był wyjątkowo spokojny i wszystkie uwagi przyjmował bez szemrania.
- Bóg mi świadkiem, że starałem się uniknąć kłopotów, na ile się dało – stwierdził wreszcie. – Nawet jak mnie zaczęli gonić, to żadnemu nie dałem po mordzie, tylko próbowałem uciekać.
- No dobrze, a co z dziewczyną? – zdenerwował się Tony. – Rozumiem, że marynarz ma swoje potrzeby, ale, na litość boską, nie lepiej poszukać kogoś, kto zechce je zaspokoić z własnej woli? Nie będę tolerował napastowania ludności cywilnej. Następnym razem konsekwencje, które wyciągnę, będą naprawdę surowe. Nie jestem zwolennikiem chłosty, ale…!
- Nie było żadnego napastowania, panie kapitanie – sprzeciwił się Flynn. – Ona właśnie chciała, tak samo jak i ja, byliśmy umówieni. Gdyby powiedziała, żebym przestał, to w tej chwili bym ją zostawił. Tylko niepotrzebnie jej siostra weszła w trakcie i narobiła hałasu, bo się jej zwidziało co innego. Tak było, słowo ministranta!
- Przecież zeznała, że było inaczej. I walnęła cię w twarz.
- A co miała zrobić, panie kapitanie? Przyznać się, że sama mnie zaprosiła? Żyć by jej potem nie dali. Ja to rozumiem i nie czuję urazy.
Tony westchnął. Może mechanik mówił prawdę, może zmyślał. Zastanawiająca była zarówno potulność, z jaką przyjmował konsekwencje swojego czynu, jak i niejednoznaczne zachowanie Maltanki, które mogło sugerować, że naprawdę tylko utrzymywała pozory z uwagi na rodzinę i sąsiadów. Czy ja się nadaję na sędziego, pomyślał Scolding, no chyba nie.
- Już się sam ukarałeś, spadając z dachu – oznajmił. – Ale wstrzymam ci żołd na dwa tygodnie. Za dachówki.


Ochłonąwszy po załatwieniu sprawy z Flynnem, Tony przechodził między zabudowaniami bazy. Zastanawiał się, czy Connor zdążył już dokończyć obiad i wrócić, czy może jeszcze zostanie na mieście, żeby cieszyć się smacznym posiłkiem zamiast towarzystwem „prytytywów od Bancrofta”.
Wtem od kamiennych murów odbił się echem wystrzał. Kilka spłoszonych mew przeleciało z gwałtownym łopotem skrzydeł, a Scolding odruchowo pochylił się i dopadł ściany. Sięgnął do kieszeni, ale na próżno. Webley pozostał w skórzanej kurtce na wieszaku w kabinie. Co za dzień!
Chyba nie było powodu do alarmu. Czy to aby na pewno głos broni palnej? Pewnie jakiś marynarz coś upuścił albo trzasnęła dętka, a on zareagował, jakby to do niego strzelali… Wtem wystrzał rozległ się drugi raz i Tony nie miał już wątpliwości.
Wyprostował się i szybkim krokiem ruszył przed siebie, nagle uspokojony. Minął marynarzy przewożących torpedę na wózku, odsalutował jakiemuś podporucznikowi rezerwy, którego nie rozpoznawał. Wreszcie znalazł się na skrawku ziemi pomiędzy murami kilku budynków. Oddzielało go prowizoryczne ogrodzenie z okrąglaków, ozdobione tabliczką z napisem: „Strzelnica oficerska. Wstęp – 1 pens, dla oficerów armii – 1 gwinea”, zawieszoną bardziej po to, by robić wrażenie, niż żeby rzeczywiście egzekwować jakieś opłaty.
Scolding wyjrzał ostrożnie zza muru. W świetle stojącej nieopodal latarni Henry Vincent, odwrócony bokiem do tarcz strzelniczych rozstawionych na tle muru, w skupieniu celował do jednej z nich z odległości pięcdziesięciu jardów. Huknął kolejny samotny wystrzał, Vincent znieruchomiał na moment, odrzucił głowę do tyłu, rozległo się szczęknięcie odwodzonego kurka.
- Idzie się! – zawołał Tony.
Obserwator odwrócił się niespiesznie.
- Gdzie się chowasz? – odkrzyknął, nie dostrzegłszy przyjaciela w zasięgu wzroku.
Kapitan wyszedł zza rogu.
- Niezbyt rozsądnie jest się zbliżać znienacka od tyłu do człowieka z odbezpieczonym pistoletem – stwierdził. – Wolałem najpierw dać znak. Strzelasz lewą ręką? Mówiłeś, że wracasz do formy.
- Wystarczająco, żeby pisać, ale jeszcze nie na tyle, żeby strzelać – odparł Vincent. – Poza tym z czystej ciekawości chciałem się sprawdzić. Nic z tego, nie panuję nad podrzutem.
Tony podszedł do tarczy. Trzy kule trafiły w odległości od trzech do pięciu cali od środka tarczy.
- Rzeczywiście, jak na ciebie wynik niezbyt imponujący – stwierdził. – To ten nowy mauser? Jak się sprawuje?
- Pod względem technicznym to wręcz dzieło sztuki, ale skomplikowany. Dużo części, dużo czyszczenia. Nie mam pojęcia, jak Abu Asifa sobie z nim radził w warunkach pustynnych.
- Na morzu na pewno nie będzie problemu z piaskiem – zauważył Scolding.
- Poza tym trudno o amunicję. Może zamieszczę ogłoszenie w prasie, że kupię każdą ilość.
- Aż tyle chyba nie potrzebujesz? Do kontaktu z nieprzyjacielem masz karabin maszynowy.
- Racja. Wiesz, co Connor powiedział? Że lotnikom broń boczna służy do tego, żeby strzelić sobie w łeb w razie uwięzienia w płonącym samolocie.
- Cały doktor… – westchnął Tony. – Byłem z nim na podwieczorku, dwie godziny robił mi wykład swojej filozofii.
- Boże drogi! – Cejloński Storczyk uśmiechnął się. – Chyba porozstawiał po kątach całą załogę!
- Dziś tylko samego dowódcę. Przekonywał mnie, że najwyższa pora, bym przejął dowodzenie na okręcie.
- I jak zareagowałeś?
- Potraktowałem to jako jego zwyczajne ględy. Powiedz, jaki miałbym powód, żeby kopać dołki pod Bancroftem? Bo Connor go nie lubi? A kogo on w ogóle lubi, wyłączając nas dwóch?
- Może doktor traci grunt pod nogami, czuje, że Bancroft nie będzie się z nim dłużej cackał, więc stara się pozyskać twoje poparcie. W jaki konkretnie sposób miałbyś zdetronizować starego? Chyba nie przez otwarty bunt na pokładzie?
- Nie zdążył powiedzieć. Musiałem przerwać posiłek, żeby wyciągać Flynna z kłopotów.
Vincent zakręcił młyńca pistoletem i płynnym ruchem schował go do drewnianej kabury na prawym boku, przykrył połą munduru. Obaj oficerowie opuścili strzelnicę, kierując się ku nabrzeżu. Nie spieszyło im się. Henry, jako ranny, był jeszcze zwolniony z pełnienia wacht, a Scolding musiał chwilę ochłonąć po interwencji w sprawie Flynna.
- Siedzieliśmy z Connorem w restauracji – opowiadał – kiedy nagle zobaczyłem na ulicy Davisa z żandarmem. Pytam, o co chodzi. Przyszła wiadomość do bazy, że ktoś z naszej załogi wszedł w konflikt z prawem i naraził się tubylcom…
- I oczywiście pobiegłeś z nimi rozwiązywać sytuację? – westchnął Vincent z rezygnacją.
- Cóż, Davis nie ma doświadczenia w pertraktacjach…
- Wyręczając go, na pewno nie sprawisz, że się nauczy. Nie po to jesteś dowódcą, żeby wszystko robić sam.
- To czysty przypadek – tłumaczył się Tony, czując, że przyjaciel ma do niego słuszne pretensje. – Akurat przechodzili obok. Gdyby wybrali inną drogę, dowiedziałbym się po wszystkim. A tak postanowiłem samemu dopilnować sprawy.
- Oczywiście. Ale nie sądzisz, że dwaj oficerowie i jeden żandarm to za dużo autorytetu jak na jednego pijanego marynarza?
- Za dużo – przyznał Scolding. – Chyba szukałem jakiejkolwiek rozrywki. Nic się nie dzieje, poczta się spóźnia, czekamy na nowe samoloty jak na paruzję.
- Przynajmniej masz szansę odpocząć. I marnujesz tę szansę, jak zwykle.
Wyszli na nabrzeże. „Evelyn” była przycumowana w swoim stałym miejscu, ale przebywało na niej tylko kilku ludzi. Reszta załogi na czas postoju w Birgu rozlokowała się w bazie i rotacyjnie zmieniała się przy pracach pokładowych, tylko George Angus całą dobę urzędował w hangarze.
- Bardziej z sensem będzie dać go do rusznikarza, żeby przekalibrował na nasze naboje – Tony wrócił na moment do tematu mausera.
- Słusznie – zgodził się Vincent. – Ale to już w domu.
- Co masz na myśli, mówiąc „w domu”? Chyba nie Cejlon?
Henry rzucił przyjacielowi takie spojrzenie, jakby Tony powiedział nagle coś nieprzyzwoitego.
- No wiesz? Przyłapałeś mnie. Oczywiście, że chodzi o Anglię. Zwłaszcza Portsmouth.
- Bardziej tęsknisz za Portsmouth niż za rodzinną plantacją?
- A dziwisz mi się? Wcale nie myślę o Cejlonie. Prawie. Było ciepło i miałem pokój równie duży, jak nasza mesa, ale…
- Nie zamierzasz tam wrcać?
- Zostanę w Anglii, kiedy to wszystko się skończy, to postanowione. Została mi tylko jedna cuma do zerwania…


Tego popołudnia Henry Vincent zajął się ćwiczeniami na strzelnicy nie tylko po to, by doskonalić umiejętności. Chodziło mu przede wszystkim o zatarcie smętku sprowadzonego przez sen, który przyśnił mu się nad ranem. Sen o Cejlonie.
Nad plantację nadciągnął monsun. Ze zwieszających się nad ziemią potężnych kłębów chmur lunął deszcz, szarą kurtyną przesłonił ścianę dżungli na horyzoncie. Rzędy krzewów herbacianych kołysały się, wręcz falowały pod ciężarem padającej na nie wody. Z rzadka przemykała wśród nich pochylona sylwetka robotnicy, która nie skryła się w porę pod dachem. Wszystko wypełniał szum deszczu i poruszanych przezeń liści. Ktoś tu musiał się mocno modlić do Indry…
Porucznik Vincent stał w drzwiach suszarni herbaty i patrzył na deszcz. Jego mundur był przemoczony. Mundur? To znaczy, że jest już po wojnie, a on wrócił na wyspę. Szybko poszło. Ale miał przecież nie wracać?
Poczuł, że w suszarni jest ktoś jeszcze oprócz niego. Odwrócił się i w głębi pomieszczenia spostrzegł Josephine Longbrook we własnej osobie i we własnej perłowoszarej sukni. Stała pod rozpostartą parasolką, choć była przecież pod dachem.
- Henry, dlaczego pan tak przede mną ucieka? – zapytała.
- Josephine, dlaczego mnie prześladujesz? – odpowiedział Vincent w nieco biblijnym tonie.
Jej niebieskie oczy wydawały się tym razem mniej zimne niż zwykle.
- Od samego początku cię kochałam – powiedziała.
A więc jednak się mylił! Wyciągnęła rękę, a Henry ostrożnie ujął jej dłoń. W jednej chwili Josephine pociągnęła Vincenta prosto na siebie. A więc taki miał być finał tej historii miłosnej! Niespodziewanie uderzyła go bezlitosna myśl: co teraz z Lindą? Na pewno umrze z rozpaczy! Chciał się wyrwać z objęć Josephine, ale nie był w stanie zrobić ani kroku…
Po przebudzeniu opanowało Henry’ego tak strasznie dojmujące poczucie przykrości, że przez chwilę czuł bezsens wszystkiego. Dlaczego Josephine? Czemu to nie Linda nawiedza go w snach? Czyżby, w ten czy inny sposób, był na nią jednak skazany? A może w końcu okazałoby się, że nie jest taka zła?
Niemożliwe. To tylko wrodzona dobroć Vincenta przejawiła się we śnie, każąc mu marzyć, że i Josephine może się kiedyś okazać sympatyczna. Jego doświadczenie mówiło jednak co innego. Ktoś, kto na samym początku znajomości bierze się do policzkowania, nie rokuje nadziei na dalszy ciąg. A co najważniejsze – gdyby nawet się okazało, że panna Longbrook zyskuje przy bliższym poznaniu, to przecież Henry nie mógł zaprzepaścić tego kruchego, choć wszechogarniającego szczęścia, które udało mu się zbudować z Lindą. Nie ma mowy!
Zerwał się z łóżka, usiadł przy biurku i zaczął pisać list. Zaledwie parę zdań, ale ich ułożenie przyszło porucznikowi ze sporym trudem, jakby wisiał nad nim miecz Damoklesa i groził upadkiem w momencie postawienia ostatniej kropki. Ale tak było trzeba. Henry musiał podjąć męską decyzję i przeciąć ostatnią cumę…

Droga Josephine,

Biorąc pod uwagę burzliwy rozwój sytuacji w Europie, jestem zmuszony darować Pani wolność i zwolnić Panią z danego słowa. Tysiące mil, jakie nas dzielą, czynią dalszą naszą znajomość niemożliwą. Życzę Pani szczęścia, którego żadną miarą nie mogę Pani dać.

Pod spodem nonszalancki, zamaszysty podpis, z „DSC” na końcu. Porucznik Vincent nigdy dotąd takiego nie stosował, nawet pisząc do panny Dryden, ale tym razem popadł w dziwną euforię i zapragnął pokazać, kto tu rządzi. Oceniwszy swój krótki list z zadowoleniem, włożył do koperty i schował do kieszeni. Nieokreślony nastrój smutku i zagubienia przez cały dzień utrzymywał się gdzieś tam na drugim planie, więc Henry zdecydował, że musi dziś znaleźć sobie jakąś konstruktywną – a może raczej destruktywną – rozrywkę. Dlatego po obiedzie poszedł się ćwiczyć w strzelectwie. Skupienie na tym, by trafić w cel, huk wystrzału i odrzut broni w jakiś paradoksalny sposób go uspokajały. Może zaczynał popadać w obłęd, ale nie to uważał za problem.
Wieczorem, po rozmowie z Tonym, udał się Vincent do mesy oficerskiej.
- Gdzie się podziewa Dunmore? – zapytał od progu, nie dostrzegając wśród zebranych Northumbryjczyka.
- Poszedł polować na króliki – odparł Matthews.
- Po ciemku?
- Tak powiedział.
- Niech lepiej uważa, żeby go znów jakaś stodoła nie zaatakowała – skomentował Henry.
- Pewnie na dwunożne – uznał Arthur Braeburn. – Albo po prostu siedzi w knajpie i pije.
- Znów poszedł pić beze mnie – w głosie Matthewsa brzmiało rozczarowanie. – Czasem myślę, że on mnie już wcale nie szanuje.
Davis, wykorzystując chwilę przerwy w obowiązkach, skupiał się na pisaniu listu do domu.
- Słuchajcie, może tak być? – zapytał nagle, unosząc głowę znad kartki. – „Tu, u stóp zamku wielkiego szpitalnika Jeana de la Valette…”
- Nie szpitalnika, tylko wielkiego mistrza! – poprawił Matthews. – To, że rycerzy tego zakonu nazywa się szpitalnikami, nie znaczy, że najważniejszy z nich to wielki szpitalnik! Słuchaj, Davis, wielki szpitalnik to był… eee… jeden z ich sztabu, odpowiedzialny właśnie, no cóż, za szpital.
- La Valette to ten, co Turków pokonał, prawda? – upewnił się Skipworth, wyciągnięty na krześle pod ścianą.
- Ten sam – odparł Matthews. – Turcy już raz się tu pchali i ponieśli sromotną klęskę, a w tamtych czasach przecież nie było jeszcze Royal Navy.
- O, mogę tak napisać – ucieszył się Davis.
- Będzie jutro poczta? – zapytał Henry, zajmując miejsce przy stole.
- Ma być – odparł Braeburn. – Straszne opóźnienie tym razem, nie wiem, co to za blasfemia.
- Wczoraj przysłali meldunek, że mijają Sardynię – stwierdził Traylor. – A więc jutro wejdą do portu. Niech lepiej to będzie prawda!
- A co, czekasz na pilny list? – zapytał Davis.
- Kto nie czeka! – przyznał ze śmiechem Braeburn. – A nie, chwila, ja przecież nie czekam.
- Może wreszcie dostanę coś od narzeczonej – wyjaśnił Traylor.
- A, tej, co ci uciekła z Londynu? – skojarzył Matthews.
- Nie uciekła, tylko wyjechała na jakiś czas, dopóki nie ustanie zagrożenie nalotami.
- To jak ona wytrzyma taki kawał drogi od wyższych sfer? – nie dowierzał Braeburn.
- Zazdrościsz? – Traylor zaczął zdradzać pewną irytację zaczepkami kolegi. – Na pewno da sobie radę. Nie tylko jest zjawiskowo piękna i całkiem zamożna, ale ma mnóstwo talentów.
- Jak również trzy cycki.
- Coś ty powiedział?! – oburzył się Godric.
- A bo ty zawsze musisz się przechwalać! Wszystko u ciebie lepsze niż u innych! Więcej forsy, lepsza chałupa, lepsza szkoła, na lepszych łajbach służyłeś, to i panna musi być jakaś nadzwyczajna, co?
- Nie spodziewałem się po tobie takiego chamstwa.
- Po synu pastora? Naiwnyś… Jeszcze nie do takiej blasfemii jestem zdolny.
- Niech ci będzie – parsknął Traylor. – Ale muszę ci powiedzieć jedno: ona jest tak wspaniała, że każdego, kto by jej w jakikolwiek sposób uchybił, jestem gotów wyzwać na pojedynek.
- Coś ci powiem, Godric. Jesteś kopnięty.
Co on gada, pomyślał Henry. Przecież wspaniała to jest Linda. Uśmiechnął się do swoich myśli i wspomnienia panny Dryden. Nastrój momentalnie mu się poprawił. Uśmiechnął się, na pewno? Nie, zaśmiał się w głos…
- Czego zęby suszysz? – warknął Traylor, zaszokowany tak niecodziennym odgłosem jak śmiech Vincenta, i wyszedł urażony.
- Co za sztywniak, wyciągnięty prosto z obiadu u biskupa – stwierdził Braeburn.
Nie przypadli sobie z Traylorem do gustu. Chociaż tyle dobrze, że nie latali razem w jednej załodze, tylko obaj byli pilotami, za to używali na zmianę jednego samolotu, do niedawna, zanim Senussi naszpikowali go ołowiem. Loty w takiej atmosferze byłyby nie do zniesienia…
- Dobra! – zawołał Davis, zrywając się sprężyście z krzesła. – Jutro mam wachtę od rana, a potem kapitan kazał mi dopilnować odbioru radiostacji po naprawie, więc nie wiem, ile mi zejdzie. Kładę list na kominku, gdyby pocztylion przyszedł, to mu dajcie.
Henry uznał, że może zrobić tak samo, żeby już wreszcie zrzucić niewidzialne brzemię, które tak długo dźwigał na barkach. Sięgnął do kieszeni, raz jeszcze przeczytał swój krótki list do Josephine Longbrook. Po namyśle dopisał jedno zdanie:

Nie jestem tym samym człowiekiem co dawniej.

- Brutalne czasy wymagają brutalnych rozwiązań – mruknął.
Schował kartkę do koperty i zakleił jak najszybciej, żeby się nie rozmyślić.


2 komentarze:

  1. Jaki piękny rozdział! Wszystko bardzo mi się podoba, zwłaszcza rozwiązanie sytuacji z Flynnem ("kara polowa numer 1"!). Fajnie też rozwijasz w tle relacje między członkami załogi, a że ja zwykle czytam opka dla tła (jakoś tak wychodzi), to każda drobnostka w tym względzie daje mi sporo radości. Jak i dało teraz widmo Josephine, za które bardzo dziękuję :) Chociaż Henry chyba nie wywinie się tak łatwo, jakby chciał...
    W ankietce zaznaczam przerzucenie się z sadyzmem na kogoś innego na chwilkę - ale nie myślę wcale, jakoby Henry wystarczająco oberwał :D Po prostu chcę bUlu u cierpienia dla wszystkich bohaterów! (Tak jak szczęścia i spokojnego życia... Co jest trochę sprzeczne... Ech.)

    Miętówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podoba, tym bardziej, że praca nad tym i poprzednim rozdziałem nie była łatwa :)
      Sadyzmu starczy dla wszystkich, spokojna głowa! :D

      Usuń