Rozdział 12. Szafirowa suknia


      Mildred Knight powoli szła alejką, żwir poważnie chrzęścił jej pod pantoflami. Była skupiona, zadumana, odziana w suknię z czarnego jedwabiu, przyozdobioną onyksami, oraz szeroki kapelusz. Dwa kroki za nią podążał wierny sługa Hopper, też na czarno. W klapie jego marynarki błyszczały dwa medale, które zakładał tylko ze szczególnych okazji.
       Mildred rozejrzała się. Większość zgromadzonych również przyoblekła się w czerń, co w żadnym stopniu nie dziwiło, chociaż niektórzy z mężczyzn nosili zieleń tak ciemną, że bliską czerni, a kilku było nawet w czerwonych i granatowych mundurach galowych. Pochmurni, zasmuceni, tu i ówdzie rozlegał się szloch. Dwie kobiety zmierzające ku wyjściu miały na twarzach czarne woalki, ale z ich ruchów można było wyczytać, że są kompletnie zdruzgotane, jakby zsunęła się na nie posępna lawina.
          Pod dużym, rozłożystym wiązem, który rósł przy cmentarnym murze, skryła się przed słońcem grupa żałobników. Pani Knight ominęła ich w milczeniu, jej uszy pochwyciły tylko rzucone ponurym tonem zdanie: „Tak, strata młodego życia to zawsze wielki smutek, nawet w takich czasach jak te”.
        Od grupy pod drzewem oderwała się kobieta o pociągłej, zbeżowiałej twarzy (zdecydowanie powinna zmienić puder), z pasmami siwizny w kasztanowatych włosach. Pani Knight rozpoznała swoją daleką kuzynkę, Lydię Whitlock.
- Och, Mildred – powiedziała Lydia. – Właśnie niedawno się zastanawiałam, co u ciebie słychać, miałam nawet pisać. Szkoda, że spotykamy się w takich okolicznościach…
- Ano szkoda – odparła pani Knight obojętnym tonem. Pani Whitlock była jej daleka nie tylko pod względem pokrewieństwa.
- Przykro mi z powodu Emily – dodała Lydia.
- Ach, nie ma o czym gadać – skrzywiła się Mildred, wyminęła kuzynkę i przekroczyła cmentarną bramę, by pójść do samochodu i niezwłocznie wrócić do stolicy.

        Kilka godzin później znalazła się już w przedsionku swej londyńskiej rezydencji. Na spotkanie wyszła jej pokojówka Iris, ukłoniła się poważnie, odebrała kapelusz i zniknęła.
Pani Knight nie była w mieście od kilku miesięcy, a i teraz wpadła jedynie na parę dni, przywożąc jedynie czwórkę służących (Hoppera, Iris, szofera i kucharkę). Na miejscu, w Aberlogwyn, pozostało kilka osób odpowiedzialnych za bieżące utrzymanie majątku, reszta dostała wychodne. Dworu miał doglądać wuj Robert, o ile oczywiście nie zapił z sztabsrotmistrzem Miakiszewem: ci dwaj doskonale się dogadywali.
Na tak krótki pobyt nie było nawet sensu zdejmować pokrowców z większości mebli; niektórych pokojów Mildred wręcz nie otwierała. W domu panowała cisza, którą podkreślało jedynie miarowe, spokojne tykanie kilku zegarów. Hopper zawsze nakręcał je z samego rana, ledwo tylko wstał, a zanim zabrał się do innych prac. Dzisiaj, mimo że nie było takiej potrzeby, także wykonał tę czynność, kierując się najwyraźniej wewnętrznym poczuciem obowiązku. Szkoda, że nie przyszło mu do głowy, żeby nastawić wszystkie na tę samą godzinę.
- Już po wszystkim - westchnęła smutno pani Knight. Słońce wciąż stało wysoko, bezlitośniąc ludzi i przyrodę swoimi promieniami, lecz w salonie zaciągnięte szafirowe zasłony zapewniały półmrok, w którym jedne smutne myśli tonęły, lecz inne się z niego wyłaniały.
- Niedługo chyba powinnyśmy wrócić do Walii – zauważyła Emily.
        Siedziała w puszystym, granatowym fotelu, ubrana w lekką beżową sukienkę. Chociaż na zewnątrz panował upał, nogi miała przykryte kocem. Popijała herbatę z konfiturami, która stała na wiklinowym stoliczku przy fotelu.
- W jakim stanie jest Daphne? – zapytała matkę zatroskana.
- Odchodzi od zmysłów. Z Ariadną też chyba nie najlepiej. Dobrze, że tam nie pojechałaś, dla twojej wrażliwości byłoby to aż nadto.
- Całkowita słuszność, mamo – przyznała Emily głuchym, nienaturalnym tonem.
- A jak z tobą, dziecko? Nie miałaś czasem nawrotu?
- Nie, proszę mamy. Ostatnio nawroty to nie mój największy problem.
       Narzeczony Daphne Welsh, podporucznik artylerii polowej, został ciężko ranny na froncie. Trafił do szpitala w Anglii, ale wkrótce zmarł z odniesionych ran. Dla obu sióstr Welsh był to ogromny cios. Fakt, że młody oficer przynajmniej, w odróżnieniu od wielu innych, spocznie w rodzinnych stronach nieopodal Reading, stanowił dość marne pocieszenie. Było oczywiste, że na pogrzeb przybędzie ktoś od Knightów, z dawna zaprzyjaźnionych (a podobno nawet jakoś tam spowinowaconych) z Welshami. Pani Mildred istotnie się stawiła, w odróżnieniu od jej córki. Jednych żałobników to zaskoczyło – w końcu Daphne i Ariadna należały do jej najbliższych przyjaciółek – ale inni nie wykazywali szczególnego zdziwienia.
        Podobnie było zresztą w przypadku biednej Lottie. Emily przyjaźniła się z nią na tyle, na ile panna może się przyjaźnić ze służącą, a jednak w jej ostatnim pożegnaniu nie wzięła udziału. To dlatego, że Emily w ogóle nigdy nie chodziła na pogrzeby. Nawet po śmierci ciotki Myrtle, matki Erniego, nie pojawiła się na cmentarzu. Towarzystwo plotkowało, jednak już sama Mildred Knight dawno doszła do wniosku, że nie można na to nic poradzić.
       Teraz Emily miała jeszcze więcej pretekstów, żeby nie pojawiać się nie tylko na pogrzebach, ale w ogóle w towarzystwie. Do pretekstów tych należało złamanie nogi w trzech miejscach z przemieszczeniem, pęknięcie kości biodrowej i złamanie jeszcze dwóch żeber. Z drugiej strony – i tak nieźle wylądowała. Mogła przecież skręcić kark, uderzyć głową o pniak czy przydrożny kamień albo zostać sparaliżowana…
         Kiedy nieprzytomną, połamaną Emily przewieziono chłopską furą z powrotem do Aberlogwyn, Ernie Griffith dostał od ojca takie lanie, że przez dwa tygodnie nie był w stanie normalnie siedzieć, a co dopiero powozić czy tym bardziej jeździć wierzchem. Emily doskonale zdawała sobie sprawę, że to on i tylko on ponosił winę za wypadek, lecz mimo wszystko było jej żal kuzyna i czuła smutek z powodu dotkliwej kary, jaka go spotkała. Mógł ją zabić przez swoją głupią brawurę! A jednak współczuła mu, bo była dziewczyną nadzwyczaj łagodnego serca.
         W każdym razie ból, jaki odczuwało siedzenie młodego panicza, pod żadnym względem nie mógł się równać z bólem połamanych kości. Emily spędziła wiele tygodni unieruchomiona w łóżku, przyjmując lekarstwa, których działanie jednak czasem ustępowało, a wtedy z bólu gryzła poduszkę. Nawet w tych chwilach, gdy nie bolało, gips i bezczynność doprowadzały ją do szaleństwa. Całe szczęście, że mogła chociaż czytać książki…
- Na podwieczorku będzie doktor Cresnall z doktorową Cresnallową – przypomniała matka, wyciągając ją z zamyślenia. - Załóż coś eleganciejszego, może być ta ciemnozielona suknia z Bath.
- Ciemnozielona? Nie ma mowy! – sprzeciwiła się Emily. – Za wąska! Muszę się jak najszybciej pozbyć wszystkich wąskich spódnic i sukien, zostawić tylko te rozkloszowane. Zaniosę biednym albo jeszcze lepiej, oddam naszej Mary.
- Mary? A gdzież by ona miała chodzić w takich sukniach! To przecież żona ogrodnika, w towarzystwie się nie pokaże, a tylko raz-dwa zniszczy…
       Emily nie zamierzała polemizować z matką. Wstała, pragnąc iść na górę. Ciągle jeszcze nie była całkiem przyzwyczajona, za bardzo wsparła ciężar ciała na prawej nodze i straciła równowagę. W ostatniej chwili gwałtownie przytuliła zagłówek fotela, dzięki czemu utrzymała się w pionie, jednak potrąciła stolik, a ten runął. Filiżanka, spodek i cukiernica z trzaskiem wylądowały na podłodze, a ciemna plama z herbaty gwałtownie zaanektowała część dywanu.
- No tak… – Emily zacisnęła zęby. – Jestem do niczego.
- Nie mów tak, proszę – skarciła ją matka. – Tak w ogóle, chyba musimy urządzić ci sypialnię na parterze, żebyś nie musiała utykać po schodach.
- To niekonieczne – zauważyła dziewczyna. – A może i szkodliwe. Zawsze się gdzieś trafią jakieś schody, więc im szybciej dojdę do wprawy w ich forsowaniu, tym lepiej. Już dzisiaj rano nie było ze mną najgorzej, nie uważa mama? Laskę w ogóle zostawiłam na górze, poręcz mi wystarczyła.
- Lepiej się naucz chodzić o lasce! – ofuknęła ją matka. – Dziewczynie z dobrego domu nie przystoi trzymać się płotu, jak ostatniemu pijakowi.

       Emily weszła na piętro, udała się do swojego pokoju i zaczęła przetrząsać szafę. Parę ubrań było tam całkiem nowych: kupiła je za poprzedniego pobytu w Anglii, a jedną nawet uszyto na miarę. Jeszcze nie miała okazji ich założyć. I nie założy, bo ten fason słabo współgra z jej świeżo nabytą ułomnością. W sumie strata czasu i pieniędzy, o ile naprawdę ich komuś nie odda. Tak, to całkiem rozsądne rozwiązanie. Może ogrodniczka Mary rzeczywiście nie bardzo miałaby dokąd się stroić, ale Emily spokojnie znalazłaby kilka przyjaciółek w gorszej sytuacji materialnej. Trzeba tylko tak to urządzić, żeby nie wyglądało na jałmużnę…
        Opadła nagle na łóżko, które skrzypnęło pod nią smętnie, a do wtóru sprężyn z piersi Emily wyrwało się zmęczone westchnienie. Czasami nie wytrzymywała. Gdy już mogła wyjść z łóżka, w pierwszych tygodniach świadomość nowych ograniczeń była dla niej nie do zniesienia. Teraz było już lepiej, ale i tak czasami zwątpienie spadało na nią znienacka niczym drapieżny raróg, odbierając ochotę do czegokolwiek. Akurat w czasie, kiedy miała nadzieję, że wreszcie coś się zacznie dziać, że będzie kimś i osiągnie coś, musiał się jej przydarzyć wypadek, który skazał ją na trzymanie się blisko domu. Nawet jeśli sama podejmie starania, żeby się wyrwać, matka przygniecie ją swoją troską i opiekuńczością, a Emily nie będzie w stanie uciec.
       W dodatku jeszcze, ledwie nastrój Emily zaczął się poprawiać, nadeszły wieści z frontu. Batalion ojca został przerzucony do Flandrii; listy majora Knighta były optymistyczne, lecz jego córka była co dzień pełna obaw – znalazł się przecież na pierwszej linii, a lokalna prasa wciąż publikowała nekrologi oficerów poległych na kontynencie… A potem nastąpił jeszcze bliższy kontakt ze śmiercią. Tragedia Daphne doprowadziła do sytuacji, w której pani Mildred z córką znalazły się w końcu tutaj. Emily nawet nie próbowała sobie wyobrażać tego bólu duchowego, jaki przeżywały teraz obie siostry Welsh (Ariadna była bardzo zżyta z Daphne, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie posądziłby ich o to, że dzielą się jednym mężczyzną).
Jakby tego było mało, felietony Eleonory Partridge w „Modern Herald” były od kilku tygodni nad wyraz słabe. Kontrowersyjne, lecz przewrotnie podane poglądy zastąpiło filozofowanie za pomocą siekiery i przechwałki, że gdyby postawić autorkę na czele sztabu generalnego, to sama by tę wojnę wygrała. Zupełnie nie taka panna Partridge, jak ją sobie wyobrażała Emily. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby felietonistkę ktoś podmienił.
Emily koniecznie musiała napisać w tej sprawie do redakcji. Miała tylko nadzieję, że jadąc na pocztę, nie złamie tym razem drugiej nogi… Torebki, którą miała przy sobie tamtego dnia, nie udało się znaleźć. Przynajmniej pocieszała ją świadomość, że list, który wówczas wiozła, nie wpadł w niepowołane ręce…

        Gdy przyjechał doktor Cresnall z doktorową Cresnallową, Emily dotrzymała im towarzystwa, a nawet zagrała na żyrafie kilka popularnych melodii. Starała się prezentować pogodę ducha i wychodziło jej całkiem sprawnie. W pewnym momencie jednak udawanie, że wszystko jest w porządku, dało jej się we znaki, więc wyszła powiedzieć kucharce, żeby szykowała deser. Doktor obserwował Emily, gdy wychodziła, i trochę go to zmartwiło. Miała na sobie szeroką szafirową suknię, jednak problemów z chodzeniem nie była w stanie zamaskować, zwłaszcza przed czujnym okiem lekarza.
- Pani Knight – powiedział Cresnall. – Jestem wprawdzie internistą, nie chirurgiem, ale nawet ja widzę, że ten, kto nastawiał pani córce nogę, spatałaszył sprawę. Kto to był?
         Mildred Knight spuściła wzrok.
- Emily była w ciężkim stanie, musieliśmy szybko znaleźć kogoś, kto by ją poskładał. No więc kazałam posłać po doktora Rogersa, bo on często miewa do czynienia ze złamaniami…
- Czy ten Rogers jest ortopedą? – Cresnall zaczął coś podejrzewać.
         Zapadło milczenie i dopiero po chwili pani Knight odpowiedziała:
- Weterynarzem.
- No tak… – westchnął lekarz. – To wiele wyjaśnia.
- Często jeździ do mojego brata, a właściwie do jego kuców. I nasz Hopper jeszcze pomagał – dodała pani domu. – Był trębaczem na wojnie burskiej.
- Co to ma do rzeczy? – zdziwiła się doktorowa Cresnallowa.
- Muzykanci na polu bitwy służą jako sanitariusze – wyjaśnił doktor. – Jak by nie było, widzę, że popełniono parę błędów. Obawiam się, że Emily raczej będzie do końca życia chodzić o  lasce...

     Przez cały dzień pani Knight zajęta była a to pogrzebem, a to podwieczorkiem. Dopiero gdy doktorostwo pojechali, znalazła wreszcie chwilę, żeby przejrzeć pocztę, która przyszła na londyński adres.
- Ciotka Georgina zaprasza nas za dwa tygodnie – mruknęła. – Pisze, że koniecznie chciałaby cię znów zobaczyć, bo podobno wyładniałaś.
        Emily, słysząc ostatnie słowo, wybuchnęła niepowstrzymanym śmiechem.
- Wyładniałam! A to dobre! Ciotka Georgina ma jakieś przestarzałe informacje. Sądzę, że chce się tylko napawać, że jej Margaret nie jest taka jak ja.
- Nie wiem, co się z tobą dzieje – odpowiedziała matka. – Dawniej nie byłaś taka zgryźliwa.
- Nagłe wypadnięcie z wozu należy do zdarzeń, które zmieniają ludzi – odrzekła Emily. – Czasem dość zasadniczo. Oczywiście, wszyscy zdają się nie zauważać, że ciągle jeszcze potrzebuję odpoczynku. Mam biegać na wszystkie spotkania rodzinne, i to na jednej nodze.
- Ten kalambur jest średnio udany – stwierdziła sucho Mildred Knight.
- Jak i moje życie - odparła Emily.
- Nie waż się tak mówić! – oburzyła się matka. – Mogłoby cię przecież już nie być…
- Ale niech mama spojrzy realnie. Dokąd ja z taką nogą wyjdę? Ani za mąż, ani do pracy.
- Bój się Boga, dziecko! Do jakiej pracy? Nasz majątek wystarczy na to, żebyś nie musiała pracować.
- A bo to wiadomo, czy po wojnie jeszcze będą majątki?
- Znowu czytałaś pannę Partridge? – zapytała Mildred Knight z dezaprobatą. – Że też władza nie weźmie w końcu za kark tych wszystkich felietonistów, którzy mieszają ludziom w głowie.
- Czytałam – przyznała się Emily. – Ale nie podobało mi się tym razem.
- Wreszcie zmądrzewasz! – ucieszyła się jej matka. – A co do zamążpójścia, znajdziemy ci odpowiedniego kawalera. Na szczęście nasze dochody póki co wystarczają, żeby nikt nie odrzucił cię wyłącznie z powodu twojego stanu zdrowia.
- Ja tam bym wolała, jeśli już koniecznie muszę, żeby ktoś chciał mnie bez względu na mój majątek – odrzekła Emily, starając się zachować obojętny ton. – I nawet bez względu na moją nogę.
        Matka podeszła do stolika, nalała sobie i córce kompotu.
- Już ty się nie martw – stwierdziła uspokajającym tonem. – W dzisiejszych czasach mnóstwo wartościowych mężczyzn można spotkać chociażby w armii i flocie. Sama wymieniłabym ci bez trudu kilkanaście nazwisk.
- No, to jest jakiś pomysł – przyznała Emily. – Jakby jeszcze on, nie daj Boże, stracił nogę na wojnie, to razem będziemy mieć całą sprawną parę nóg.
        Oczy pani Knight rozszerzyły się w szoku.
- Co w ciebie wstąpiło, Emily! Takie obscena opowiadać...!
- Mama wybaczy, ale nie rozumiem. Może moje słowa były szorstkie, z pewnością można je nawet uznać za niegrzeczne, ale dlaczego niby obsceniczne?
- Już ty dobrze wiesz, dlaczego! – pani Mildred pogroziła palcem. – Nie strugaj Greka!
- Przepraszam – Emily spuściła wzrok, chociaż, dalibóg, nie wiedziała, jakie skojarzenia wywołała w matce. – Ciągle jeszcze nie mogę dojść do siebie…

***

      Emily biegnie nasłonecznioną łąką w stronę lasu. Zielony krenelaż drzew staje się coraz bliższy. Córka Knightów to dość żywiołowe dziecko. Matka zawsze ją upomina, że gonitwy po okolicy nie są odpowiednią rozrywką dla młodej damy, ale ojciec patrzy przez palce, a stara niańka czasem wręcz pochwala. W końcu ktoś musi mieć oko na małego Erniego od Griffithów, a żeby go upilnować, trzeba za nim nadążyć… Starsza o trzy lata kuzynka nadaje się do tego znakomicie. Tu, u dalszych krewnych w Snowdonii, Erniego wprawdzie nie ma, ale jest łąka. I las.
       Emily wydaje się rozwinięta nad wiek. Od kiedy w wieku trzech lat nauczyła się czytać, spędza dużą część dnia wśród książek. Słowo drukowane inspiruje ją niekiedy do oryginalnych zabaw. Układa więc swoje lalki w szeregu wzdłuż ściany, jedną sadza na środku pokoju, na głowę wkłada koronkową serwetkę, chwyta tłuczek do mięsa podkradziony kucharce – i bawi się w sąd. Później służące w najróżniejszych miejscach domu – szafach, kuchni, spiżarni – znajdują lalki skazane na karę więzienia. Skoro więc mała Emily tak długo siedzi w czterech ścianach, kto by mógł jej mieć za złe, że na dworze zdaje się dostawać wariacji?
        A zatem Emily przekracza granicę lasu. Wokół niej omszałe pnie, rozłożyste paprocie, gęsta ściółka liści. Dziewczynka rusza przed siebie, zaciekawiona. Przyroda przyciąga ją. Emily wypatruje ptaków wśród drzew, omija wystające gałęzie.
        I wtedy widzi kruka. Duży, czarny ptak przelatuje obok, schodząc do lądowania, składa skrzydła i biegnie po ściółce w stronę kępy krzaków. Emily, wiedziona ciekawością, postanawia pójść za nim.
        Teraz Emily zostaje pochwycona w żelazne szpony strachu. „Nie idź tam!” - krzyczy do młodszej wersji siebie, wiedząc, co się zdarzy, co musi się zdarzyć. Ale mimo wszystko idzie dalej. Co tam może być? Pewnie sarna.
         Ale to nie sarna. Nie, to nie była sarna, nie była, nie była, nie była…

         Emily obudził jej własny krzyk. Zerwała się z łóżka z trzepoczącym sercem, koszula była wilgotna od potu. Wokół był mrok. Szybko rzuciła się w prawo, ku szafce nocnej, zapaliła lampę. Ciemność wycofała się do kątów i w nich czyhała. Dziewczyna przez dłuższy czas wpatrywała się w te mroczne przyczółki, próbując wypatrzyć w nich nieprzyjaciela nastającego na jej spokojny sen, ale nic nie zauważyła. Dobrze wiedziała, na logikę, że nic tam przecież nie ma, ale ta świadomość nie pomagała jej.
          To się znowu stało… Jeszcze tylko tego brakowało do kompletu. Od kiedy była małą dziewczynką, prześladował ją ten koszmar. Wracało do niej to, co się zdarzyło, gdy miała osiem lat, jednak za każdym razem inaczej. I za każdym razem straszniej. ON sięgał po nią, pragnął ją dopaść… Spodziewała się, że czas przyniesie poprawę. Kiedy TO się wydarzyło, Emily nabawiła się także lęku przed lasami, ale przez lata oswoiła go i przezwyciężyła, stary, zdziczały park w Aberlogwyn stał się jej przyjacielem. Ale nie ze wszystkim była w stanie sobie poradzić. A teraz wystarczyła sama rozmowa o pogrzebie, aby koszmar wrócił…
         Emily rozejrzała się. Zegar pokazywał drugą w nocy (wiedziała, że to właściwa godzina, bo sama go nastawiła). Dom był pogrążony w ciemności i miękkiej ciszy. Matka z pewnością już spała. Nie musiała się chyba martwić o to, czy Hopper oddaje się wszeteczeństwu z żeńską częścią służby, bo żadne podejrzane odgłosy o tym nie świadczyły. Cóż, widocznie jest dyskretny.
Odrzuciła kołdrę i ostrożnie podciągnęła koszulę nocną. Prawa noga była krótsza od lewej chyba o dwa cale i lekko wykrzywiona, jakby się skurczyła. Ale to jeszcze nie koniec. Najgorsze było to, że od kiedy poskładali jej nogę, stopa pozostawała skrzywiona w prawo (chyba o jakieś dziesięć stopni – Emily nigdy nie przyszło do głowy tego zmierzyć), nie dało się postawić jej równolegle do lewej.
- Oto, czym jestem – powiedziała dziewczyna w ciemność. – Kaleką. Pokraką. Dawniej wbiegałam po schodach w okamgnieniu, a teraz każdy stopień to osobny wysiłek.
         Da sobie radę. Musi tylko przejść ten chwilowy kryzys. Jak kiedyś powiedział Ernie, patrząc na jej zmagania z kulami w pierwszych tygodniach po wyjściu z łóżka – pirat u Stevensona w ogóle nie miał jednej nogi, a był sprawniejszy niż niejeden zdrowy.
- Długa Emily Silver – westchnęła panna Knight.
          Chciała spokojnie zasnąć, tak, aby koszmar nie wrócił. Myśleć o czymś przyjemnym... Albo o kimś. Kapitan Scolding? Sama nie wiedziała, dlaczego tak bardzo się przywiązała do człowieka, którego widziała dwa razy w życiu, ale myśli o Tonym uspokajały ją. Wyobrażała sobie, jak oboje siedzą w starej altanie w Aberlogwyn, słońce pada im na twarze przez dziurę w dachu. Marzyła o tym, jak opowiada kapitanowi o swoim życiu, a on z zainteresowaniem słucha… Przy nim mogłaby się stać tak rozmowna, jak nigdy wcześniej.
         Wtedy, po tamtym strasznym wydarzeniu, kiedy Emily poszła ze Scoldingiem do ogrodu i przeżyła na jego oczach załamanie, mógł powziąć błędne przekonanie, że jest ona jakąś straszną beksą. A przecież na co dzień się tak nie zachowywała. Ani łzy, na przykład, nie uroniła, kiedy jej powiedziano, że będzie kaleką, tylko zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób od tej pory zmieni się jej życie. To, że nie była taka sprawna jak jeszcze wiosną, irytowało ją, wprawiało w przygnębienie, ale w żadnym razie nie płakała. Ale pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a każde sprostowanie tylko ściąga większą uwagę na błąd, którego dotyczy. Czy Emily ma szansę to odrobić?
       A może ten człowiek jest jej dobrym duchem? Erniego uratował, jej też próbował pomóc, a że się mu wtedy nie udało, to nie jego wina, skąd przecież miał wiedzieć o TYM? Może warto kontynuować tę znajomość? Oj, nie tylko do „Modern Herald” będzie musiała jutro napisać. Natura nie znosi próżni, więc Tony z pewnością przez te miesiące zdążył już sobie zwerbować jakąś narzeczoną, ale…
      Przykryła się kołdrą, zgasiła lampę i powoli osunęła się w spokojny sen, kołysana wspomnieniem mężczyzny, którego prawie nie znała.


3 komentarze:

  1. Dzieńdoberek, mamy dziś piękny dzień, wiaterek piździ jak cholera, więc zamiast wyjść do ludzi wpadam tutaj i komentuję. Ostrzegam: jak zawsze będzie dużo nieogaru.
    Tym początkiem, to Ty chciałaś nas, zacnych czytelników, wkręcić, nie? Powiem ci, że prawie dałam się naciąć, ale potem coś mi nie styknęło i sobie myślę: no nie, przecież by tego nie zrobiła. To by było zbyt brutalne i zresztą bezsensowne, bo Emily ma być wielką tró loff Tony'ego (tak, ja tak sobie wymyśliłam i będę płakać, jak zrobisz inaczej, ale do niczego Cię nie przymuszam, żeby nie było). Tak więc: ciekawa próba, ale nie ze mną takie numery, mam 18 lat, za stara jestem, żeby się dać nabrać (hashtag: dorosłość, gorąca osiemnastka, starośćnieradość, takadorosła).
    No i potem mamy wreszcie te wyczekane fragmenty, w których Emily może nam się trochę bardziej pokazać - dla mnie to dalej mało, bo bym w sumie chciała jeszcze więcej o niej (a jednocześnie i więcej Tony'ego, to jest nie do pogodzenia), ale jako-tako jestem usatysfakcjonowana. Przede wszystkim dlatego, że Mildred to fajna babka, a potem dlatego, że Emily nie jest głupia, podoba mi się, jak ona się wypowiada. Nie będę Ci tu cytować, bo wiesz, że co napisałaś, ale jest dobrze. Bardzo dobrze nawet, Karolinka approves.
    Nie ogarniam ni w ząb, o co z tym snem chodzi, aczkolwiek jeśli to ma być w przyszłości wątek do rozwinięcia, to jestem bardzo na tak!
    I wiesz, takie rozmyślanie o miłości swojego życia (hehehe, wybacz, nie mogę inaczej) przed snem jest baaaaardzo romantyczne. Fakt, że ja i romantyczność to dwie rzeczy, które kompletnie się nie łączą, aczkolwiek lubię o tym czytać. WIĘCEJ, DAJ MI WIĘCEJ. Nie chcę, żebyś czuła się w jakikolwiek sposób nagabywana czy terroryzowana, ale za dłuższe rozdziały też bym się nie obraziła. ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nareszcie jesteś! :D Ten rozdział budził moje szczególne wątpliwości, zatem cieszę się, że - przynajmniej w Twojej opinii - Emily nie wyszła mi jednak beznadziejnie. No i Mildred jest fajna, co tu dużo mówić. Zwłaszcza jej średnio frasobliwe podejście do frazeologii... Sen był próbą przywołania Strasznej Traumy z Dzieciństwa, oczywiście będzie w przyszłości jakoś tam rozwinięty.
      W ogóle ostatnio był taki czas, że wskutek różnych rozmyślań ukształtował mi się nieco lepiej wątek romansowy, postać Emily nabrała rumieńców, tak że BĘDZIE WIĘCEJ! Chociaż trochę potrwa, zanim się to w pełni rozwinie, bo przecież jest jeszcze Tony, no i jego koledzy też zasługują na trochę czasu antenowego :)
      Z długością rozdziałów różnie bywa, jedni czytelnicy chcą dłuższe, inni krótsze... Staram się trzymać w okolicy 10 stron przeliczeniowych :D
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
    2. Trochę mi to zajęło, fakt, ale tydzień to, jak na mnie, i tak niezły wynik. :)
      W sumie nie wpadłam na to, że sen może mieć jakikolwiek związek z przeszłością Emily, ale teraz, gdy mi to wyjaśniłaś, jestem jeszcze bardziej ciekawa, jak to rozwiniesz!
      To się cieszę, że będzie więcej, bo te 10 stron jakoś strasznie szybko mi mija, jeśli chodzi o tę historię. To chyba wina twojego stylu, jest taki lekki, przystępny i nieprzesadzony, lubię go przeogromnie. Chyba jeszcze nie miałam okazji Ci tego powiedzieć.
      Trzymam za słowo. :)

      Usuń